8 listopada będziem pamiętali. Szybalin, rok 1944

Czytaj dalej
Franciszek Prus, oprac. Szymon Kozica

8 listopada będziem pamiętali. Szybalin, rok 1944

Franciszek Prus, oprac. Szymon Kozica

Odwracam głowę: w naszą stronę biegną szare sylwetki – jest ich wiele. Rozdzierający krzyk Mamy i niemal jednocześnie tuż za naszymi plecami ogłuszający huk karabinowego wystrzału...

Teraz, gdy z perspektywy tak wielu minionych lat spisuję te wczesnochłopięce wspomnienia, wydaje mi się, że tamto doznane uczucie opuszczenia, osamotnienia, z domieszką poczucia krzywdy i żalu, będzie wracało do mnie melancholijnym echem przez całe życie. To wtedy – mam takie przeświadczenie – w tę banderowską noc 8 listopada, gdy wyrwany przez Mamę z chłopięcego snu, słuchając jej struchlałej modlitwy o ocalenie, potem ogarniając lękliwym i zdziwionym spojrzeniem rudawe płomienie podpalonego domu rodzinnego, pamiętając rozdzierający w śmiertelnej ucieczce w błotnistą ciemność jej krzyk sprzęgnięty z ogłuszającym trzaskiem dwukrotnego wystrzału i świdrującego powietrze przelotu kul obok naszych głów oraz mając zapisany głęboko w podświadomości następny dzień, 9 listopada 1944 roku – dzień trwogi i wielkiego smutku śmiertelnie zranionej polskiej społeczności Szybalina – wtedy nakreślone zostały ścieżki naszego polsko-szybalińskiego przeznaczenia. Straciliśmy na zawsze dom rodzinny, Ojczyznę. Oczekiwało nas – o czym jeszcze nie wiedzieliśmy – wygnanie.

Ostry, rozkazujący krzyk: „Kidaj granatu pid czerwonu dachiwku!”. Nasza chatka pokryta jest czerwoną dachówką

Było po wykopkach

W ogrodzie Rozalii Kurdyjagi z domu Prus, mojej stryjecznej babci, mieścił się tzw. sklep – rodzaj piwnicy ziemnej, wbudowanej w pochyłość stoku tego ogrodu. Dobrze pamiętam: w tym sklepie, częściowo obok, w nieładzie leżały świeżo wykopane ziemniaki, przykryte łętami. Gleba żyzna, czarnoziemna. Naszą chatynkę ojciec ogacił otuliną z pszennej słomy, tzw. zagatą. W tamtych okolicach i tamtych czasach dość powszechny sposób sezonowego ocieplenia wiejskich chat przed zimą.

Szybalin

Duża galicyjska wieś, malowniczo rozłożona po obu brzegach niewielkiej rzeki Ceniówki (lewy dopływ Złotej Lipy), na trakcie wiodącym z Brzeżan przez Kozowę do Tarnopola. Moja wieś rodzinna. Strasznie ucierpiała w roku 1916, znalazła się wtedy na jednym z głównych kierunków wielkiej ofensywy armii carskiej, prowadzonej przez generała Aleksieja Brusiłowa przeciwko armii austriacko-węgierskiej. Linia frontu zatrzymała się wzdłuż rzeki i jej doliny, dzieląc Szybalin na strefę rosyjską – na wschód od Kozowy i Tarnopola, i austriacką – na zachód w kierunku Brzeżan i Lwowa. Ludność w całości ewakuowano.

Tomasz Prus, syn pana Franciszka, przed rodzinnym gospodarstwem swoich dziadków (na zdjęciu z mieszkającą tam Ukrainką). Z domu z czerwoną dachówką 8
Zrujnowana mogiła Julii Prus, babci pana Franciszka, na cmentarzu w Szybalinie.

Powracający w 1917 i 1918 roku szybalinianie zastali prawdziwy kraj-obraz po bitwie. Według ich opowiadań (m.in. mojej śp. Mamy), teren wsi po obu stronach rzeczki był zryty transzejami, zasiekami, pokryty niewybuchami. Zachował się tylko jeden dom. Ucierpiały silnie też od artyleryjskiego ognia rosyjskich baterii pobliskie Brzeżany.

Polska powstawała z popiołów.

Nie wszyscy jednak wracali. Bardzo wielu jako żołnierze Austrii poległo (m.in. mój dziadek Antoni Prus – na froncie alpejskim)... Zapanowała nieopisana nędza, pogłębiona dodatkowo wojną polsko-ukraińską (1918) i wielką epidemią tyfusu, którego ofiarą padło tysiące obywateli Brzeżańszczyzny (także moja babka po linii Mamy – Prakseda Sidorowicz). Dopiero dopełniająca zniszczenia, kolejna wojna – polsko-bolszewicka (1920), zwycięska – sprawiła, że do Brzeżan i Szybalina wróciła nasza Najjaśniejsza, wymarzona pokoleniami, wycierpiana, wywalczona i wymodlona Wolna Polska.

Pochowani przy trakcie do Brzeżan. Zabici w czasie napadu 8 listopada 1944 roku: Apolonia Adamów – ok. 18 lat, Michał Adamów – ok. 20 lat, Paweł Szynklarz – ok. 20 lat, Jan Szymański – ok. 40 lat, Paweł Krych – 37 lat, Adam Uchman – ok. 17 lat, Franciszek Uchman – ok. 19 lat, Apolonia Uchman – ok. 50 lat, Stefania Ruchlewicz – ok. 19 lat, Anna Ruchlewicz – ok. 40 lat. Pochowani na maleńkim, wydzielonym polskim cmentarzu w Szybalinie, przy trakcie do Brzeżan.

Polska powstawała z popiołów. Pomimo skrajnie trudnych ekonomicznych, ciężkich uwarunkowań politycznych, narodowe marzenie o wielkości i gorączkowe próby odnalezienia jej utraconego przed wiekami wątku przebijały się z uporem przez te trudności i na przekór im zaczęły nabierać realnych kształtów: rodziła się z niczego Gdynia, Centralny Okręg Przemysłowy, rozpoczynał się rozkwit literatury (Władysław Reymont), muzyki (Karol Szymanowski), pierwsze znaczne sukcesy sportowe (Janusz Kusociński), nauki ścisłe, w tym matematyczne (Stefan Banach)... Była armia...

TO zaczęło się...

... około godziny 20. W zalegający w ciemnościach listopadowy wieczór. W położonej po wschodniej stronie Ceniówki części Szybalina, zamieszkanej przez polskie rodziny. Według Anastazji Krych był 24 października, w pamięci szybaliniaków utrwaliła się data 8 listopada 1944 roku.

Potężny huk przed wejściowymi drzwiami. Mama strwożona i drżąca decyduje się. Owiniętego w chustę usadawia mnie na swoich plecach.

Miałem niespełna 7 lat

Dobrze pamiętam: Mama budzi mnie z głębokiego snu, stawia na stole. Zasypiam na stojąco. Mama potrząsa mną, pospiesznie ubiera, owija w dużą kraciastą chustę. Drżącym z trwogi półszeptem modli się: „Pod Twoją obronę uciekamy się święta Boża Rodzicielko…”. Wybudzam się. Ojca nie ma: był na warcie na posterunku w domu rodziny Adamów, która strasznie ucierpiała tej nocy. Mama nie może podjąć decyzji. Nasza izdebka cała rozświetlona falującym od dwóch niewielkich okien czerwonawym blaskiem. Za oknem od podwórka przemknęły pojedyncze cienie. Ostry, rozkazujący krzyk: „Kidaj granatu pid czerwonu dachiwku!”. Nasza chatka pokryta jest czerwoną dachówką. Potężny huk przed wejściowymi drzwiami. Mama strwożona i drżąca decyduje się. Owiniętego w chustę usadawia mnie na swoich plecach. Wchodzimy do maleńkiej sieni. Mama otwiera drzwi. Na głowy sypie się nam zaprawa murarska i skruszony gruz z nadwyrężonej futryny. Z wysokości maminych pleców widzę z lewej strony podwórka płonący wysokim i trzaskającym płomieniem stóg słomy. Na prawo, wzdłuż muru naszej chatki, rdzawym ogniem pali się i dymi słomiana zagata. Nisko suną chmury, widoczne od oświetlającego je pożaru, pada mżawka. Patrzę na to z mieszaniną lęku i jakiejś trwożnej chłopięcej ciekawości. Mama podrzutem „poprawia” mnie, bym się nie osunął. Skręcamy w prawo, wzdłuż płonącej zagaty, w kierunku ogrodu Kurdyjagów. Otwarta furtka... Tuż za węgłem przed nami ciemna męska postać. Widzę ją oko w oko z wysokości maminych pleców.

Wracają. „Tu sczezła, tu sczezła”. Szukają. Jest błotnisto. Grząsko. Mży. Znikają. Ciemność i cisza.

Odruchowo skręcamy w lewo, w ciemność

„Stij!”. Odwracam głowę: zboczem, na ukos, w naszą stronę biegną szare sylwetki – jest ich wiele. Rozdzierający w śmiertelnym przerażeniu krzyk Mamy i niemal jednocześnie tuż za naszymi plecami ogłuszający huk karabinowego wystrzału – raz, drugi. Razem z hukiem bardzo wyraźny, wyróżniający się śmiertelną wibracją, ostry świst kul – jednej i drugiej, tuż przy naszych głowach. Biegniemy w dół, błotnistym zboczem. Przywieram co sił do matczynych pleców. Staczamy się po śliskiej od mżawki glebie do wejścia wspomnianego już ziemnego sklepu Kurdyjagów. Kucamy. Chwilka i przed nami, na wyciągnięcie ręki, przebiegają ciemne postacie. Wracają. „Tu sczezła, tu sczezła”. Szukają. Jest błotnisto. Grząsko. Mży. Znikają. Ciemność i cisza.

Tomasz Prus, syn pana Franciszka, przed rodzinnym gospodarstwem swoich dziadków (na zdjęciu z mieszkającą tam Ukrainką). Z domu z czerwoną dachówką 8
Tomasz Prus, syn pana Franciszka, przed rodzinnym gospodarstwem swoich dziadków (na zdjęciu z mieszkającą tam Ukrainką). Z domu z czerwoną dachówką 8 listopada 1944 roku uciekał na plecach swojej mamy siedmioletni Franciszek

Mimo grozy sytuacji – pamiętam to dobrze – czułem się bezpieczny, ciągle na plecach Mamy. Tylko to jej rozdygotane ciało. W trudnej, kucznej pozycji Mama co chwila podrzutem „poprawia” mnie, bym nie spadł. Przywarłem mocno do niej i... zasnąłem. Tak około 20 minut. Mama ostrożnie podnosi się, budzę się – ciągle na jej plecach. Biegniemy do Kurdyjagów. Widzę babcię Rozalię. Cicha i trwożna wymiana zdań. Babcia bierze mnie na ręce i oddaje, także struchlałej z przerażenia, swojej córce, ciotce Katarzynie Zamojskiej. Do Mamy mówi: „Dońciu, ja za was już odmówiłam Anioł Pański”. Widziała z okna swojego domu naszą dramatyczną ucieczkę, widziała oddane do nas przez banderowca z najbliższej odległości strzały i była przekonana, że przy wejściu jej ogrodowego, ziemnego sklepu zostaliśmy zamordowani. Ciotka Katarzyna umieszcza mnie natychmiast w gliniastej piwnicy swojego mieszkania. To rodzaj schronu domowego. Są tam już Hania i Michał Szumowie, nieco starsi, moi kuzyni, dzieci drugiej córki Rozalii – Marii.

Nagle na zewnątrz domu, tuż za oknem, rozdzierający lament. To rozpaczają ciotki Maria, Katarzyna i babcia Rozalia

Ale dramat się nie skończył

W opuszczonym domu została w kołysce półtoraroczna siostra Bronisława... Dalszy ciąg zdarzeń znam od Mamy. Babcia Rozalia, nasza wybawicielka, pyta: „A gdzie dziecko? Idź po dziecko, idź po dziecko”. I dosłownie ciągnie struchlałą, przerażoną Mamę do objętego tłumionym ogniem tlącej się zagaty naszego domku. W śmiertelnym strachu zatrzymują się przed wejściowymi, nadwerężonymi wybuchem drzwiami. Są przymknięte. Uciekając, zostawiliśmy je otworem. Może we wnętrzu czai się banderowiec? Mama przełamuje strach. Otwiera i wchodzi. Mieszkanie wypełnione gryzącym dymem. Słyszy krztuszącą się od dymu siostrę. Widzi, że leży odkryta na stole. A więc byli! Wydobyli z kołyski i tak pozostawili. Może sprawdzali, czy to chłopiec? Nie – dziewczynka, więc oszczędzili. Mama zawija ją w poduszkę i przekazuje babci Rozalii. Jest ocalona.

Do końca swoich dni nosiła dużą zabliźnioną szramę powyżej skroni

Wnętrze domku wypełnia się gryzącym dymem. Ale na niewielkim strychu są nasze zimowe zapasy: nieco mąki, trochę pszenicy, prosa, gryczanej kaszy. Bez nich nie przetrwamy zimy. Mama wchodzi do niewielkiej spiżarni i po drabince wspina się na ten stryszek. Cały zapas po omacku zrzuca na glinianą polepę spiżarni. W duszącym dymie traci orientację. W ciemności omackiem szuka zejścia. Trafia na nie przypadkiem i całym bezwładem ciała spada. Ciężko rani głowę, ale ratuje swoje życie i... zapasy. Posłużyły nam na przetrwanie zimy w Brzeżanach i w czasie naszego exodusu na Zachód. Do końca swoich dni nosiła dużą zabliźnioną szramę powyżej skroni – na szczęście, mało widoczną.

Ukryci w piwnicznym schronie z Hanią i Michałem Szumami pozostajemy w całkowitej ciemni, przykryci drewnianą przykrywą. Jest trochę słomy. Przytulamy się do siebie i zasypiamy. Budzimy się. Przez niewielką szparę przykrycia przebija światło dnia. Chce nam się sikać. Sikamy na polepę. Płaczemy. Ktoś wreszcie podnosi pokrywę. Ciotka Maria. Wychodzimy. Jest biały dzień. Po niebie mkną białoszare obłoki. Jest chłodno. 9 listopada. Ciotka prowadzi naszą trójkę do swojego domu, położonego niżej, za gliniastą drogą, u podnóża stoku. Na drodze gromada ludzi, głównie kobiety. Słyszę lamenty, ożywione rozmowy. Widzę Mamę z siostrą na ręku. Ucieszyłem się, ale ciotka Maria każe iść dalej. Mama na czole ma okropną ranę, ogromny opuchnięty krwiak. Na twarzy – to dostrzegłem i zapamiętałem - niezagasłe jeszcze przerażenie. Daje mi ręką znak, bym podążał za ciotką. Przejmuje nas babcia Rozalia i prowadzi do obszernej kuchni. Daje jedzenie: gęstą kaszę jaglaną. Każe tu pozostać, nie wychodzić. Mówi, że jest wielkie nieszczęście. Są pozabijani – tak to określa. Wymienia parę nazwisk.

A następnie w Skąpem. Nie zdając sobie jeszcze sprawy, że – jak rozbitkowie – dotarliśmy na stały brzeg naszej drugiej Ojczyzny – Ziemię Lubuską (wówczas administracyjna część województwa poznańskiego) – wyrzuceni tu przez tsunami niewyobrażalnej katastrofy geopolitycznej, jaką była II wojna światowa, i morderczy, ludobójczy szał banderowskiego nacjonalizmu. Był czerwiec 1945 r.

PS Strzelającego do nas banderowca Mama poznała. Tę mroczną wiedzę trzymała jednak w tajemnicy do czasu naszego smutnego exodusu – w obawie, by ojciec nie szukał niebezpiecznej zemsty. W 1978 roku, w dniu, w którym jedyny raz wspólnie z ojcem odwiedziłem rodzinny Szybalin, dziwnym zbiegiem zdarzeń odbywał się w tamtejszej cerkwi pogrzeb tego człowieka. Jakby sam czas dokonywał wyrównania rachunków.

Franciszek Prus, oprac. Szymon Kozica

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetalubuska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.