Adaś, który omal nie zamarzł na mrozie, ma się dobrze

Czytaj dalej
Fot. Katarzyna Ponikowska
Katarzyna Ponikowska

Adaś, który omal nie zamarzł na mrozie, ma się dobrze

Katarzyna Ponikowska

2,5-letni chłopiec spod Olkusza w mroźną andrzejkową noc 2014 roku wyszedł z domu w piżamce i spędził na zewnątrz kilka godzin. Temperatura jego ciała spadła do 12 stopni C. To cud, że go uratowano. Dziś Adaś to chodząca radość.

Tylko proszę mnie nie pytać o tamte zdarzenia, bo za każdym razem, kiedy o tym opowiadam, płaczę – zastrzega na wstępie naszej rozmowy mama Adasia, Paulina Ćwięczek, której nadal bardzo trudno mówić o tym, co się wydarzyło półtora roku temu. Ale z drugiej strony nie może o tym zapomnieć. - Był czas, że każdego wieczora, kiedy kładłam się spać, przypominałam sobie to wszystko kolejny raz – przyznaje kobieta, tuląc do siebie Adasia. - Nie chcę myśleć, co by było gdyby...

Dziś Adaś ma prawie cztery latka. W ogóle po nim nie widać, że jest po tak strasznych przejściach. Wszędzie go pełno, ma mnóstwo energii. Lubi jeździć na rowerze, biegać. Trudno mu usiedzieć na miejscu. - Trzeba mieć oczy dookoła głowy – przyznaje jego mama. – Nigdy nie wiadomo, co dziecku strzeli do głowy. Wystarczy chwila, moment... Tak jak wtedy – dodaje.
***

Były Andrzejki 2014 roku. Rodzice zawieźli Adasia do babci. Chłopczyk bardzo chciał jechać, bo u babci miało być też dwóch jego kuzynów. Długo się bawili, do godziny 23. Potem wszyscy poszli spać. Rano Adasia w łóżku nie było. W domu też. Babcia zaalarmowała rodzinę i policję. - Kiedy rozmawiałam z mamą, jakoś to do końca do mnie nie docierało. Myślałam, że może jest w łazience, może się gdzieś schował. Ale kiedy wyszłam na zewnątrz i zobaczyłam, jaka jest temperatura, to przeraziłam się – wspomina pani Paulina.

Podczas poszukiwań rodzicom nie dawała spokoju myśl, co przeżywa ich ubrany w koszulkę i skarpetki syn, skoro im jest zimno, choć są w kurtkach i ciepłych butach. Szukała go cała wieś. Kiedy rodzice dostali sygnał, że chłopiec się znalazł, pobiegli pod dom, w którym go reanimowali. - Chcieliśmy wejść, ale nas nie wpuścili. Nie wiem, ile to trwało. Długo... Nagle wyszedł ratownik i powiedział, że dziecko na razie nie żyje. To był cios – pani Paulinie łamie się głos. - Zaczęłam się modlić. Nie mogę dalej mówić... – przerywa wspomnienia ze łzami w oczach.

Do dziś nie wiadomo, dlaczego Adaś tej nocy otworzył sobie drzwi i wyszedł z domu. Ustalono, że stało się to prawdopodobnie koło 2–3 w nocy. Nie przeraziło go to, że jest ciemno i bardzo zimno. Nigdy takich rzeczy nie robił. Nawet ze swojego pokoju nie wychodził w nocy do łazienki. Miał przy łóżku nocnik.

- Kiedy wrócił do zdrowia, mówił, że wyszedł szukać robaka. Tylko tyle. Nie mam pojęcia, co ma na myśli – mówi mama.
Rano na zewnątrz było ok. –5 stopni. Noc była jeszcze zimniejsza. Temperatura ciała odnalezionego 2,5–latka, który przebywał na mrozie kilka godzin, wynosiła jedynie 12 stopni. Kiedy został przywieziony do szpitala, nie dawał żadnych oznak życia. Nie oddychał, nie miał czynności serca ani odruchów neurologicznych.
***

Sami lekarze są zdania, że cudem udało się Adasia uratować. Jeszcze większym cudem jest to, że tragiczne zdarzenia listopadowej nocy nie odbiły się praktycznie w ogóle na jego zdrowiu. Nie zostawiły śladu na jego sercu, mimo że bardzo długo był reanimowany. - Kiedy wychodziliśmy ze szpitala, Adaś miał problemy z chodzeniem. Nie miał też odpowiedniego ścisku w dłoniach. Ale potem było już tylko lepiej. Jego organizm bardzo szybko się zregenerował – cieszą się rodzice. - Regularnie jeździmy na kontrole do szpitala w Prokocimu, ale wydaje się, że wszystko jest już w porządku.

- Jeśli kogokolwiek za tamto zdarzenie winię, to tylko siebie. Ludzie myśleli, że odstawiliśmy dziecko do babci, a sami poszliśmy na imprezę. Tak nie było, musiałam spędzić andrzejki w pracy. Potem wróciłam do domu. Chciałam dobrze, wyszło źle – mówi pani Paulina.

Po wypadku nie tylko ona się obwiniała. Babcia też czuła się winna, mimo że córka kilkakrotnie zapewniała ją, że nie ma do niej o nic żalu. - Teraz jesteśmy po prostu bardziej czujni, bardziej ostrożni. Na wszystko zwracamy bardziej uwagę – podkreśla Paulina Ćwięczek. Dziś niechętnie zostawia syna. Jeśli już, to potrafi kilka razy dzwonić, czy na pewno są zamknięte drzwi.
- Na pewno jestem bardziej przewrażliwiona. Jak zaboli Adasia nóżka, to od razu analizuję z jakiego powodu, czy wypadek nie miał na to wpływu. W piątek był z przedszkola na wycieczce. W drodze powrotnej zasnął, pani nie mogła go dobudzić. Ja też nie. Opanował mnie strach, że już go nie dobudzę, a on po prostu smacznie spał. Kiedyś w ogóle bym tak nie pomyślała... – dodaje mama.

Szczęśliwa rodzina w komplecie: mama Paulina, tata Mateusz, Adaś i dwuipółmiesięczny Antoś.
Katarzyna Ponikowska Szczęśliwa rodzina w komplecie: mama Paulina, tata Mateusz, Adaś i dwuipółmiesięczny Antoś.

Rodzice cały czas uczulają chłopca, żeby sam nie podchodził do drogi, żeby się nie oddalał. - Jak miał dwa latka, uciekał nam w stronę ulicy i patrzył, czy ktoś za nim biegnie. Teraz zrozumiał, że tak nie wolno. Bawi się przy domu. Jak przechodzimy przez ulicę, nawet jak z daleka widzi auto, czeka, aż przejedzie. Nawet mi nie pozwala przejść – mówi Mateusz Ćwięczek, tata. – Coś więc chyba udało nam się mu wpoić.

Kiedy Adaś doszedł do siebie, cała rodzina zaczęła go rozpieszczać. Dostawał wszystko, co chciał. - Teraz już trochę inaczej podchodzimy. Ograniczamy mu oglądanie bajek, słodycze. Ale nadal wie, jak nas podejść. Jak czegoś chce, przymila się, mówi mi na przykład, że mam piękną fryzurę. A jak czegoś nie dostanie, potrafi powiedzieć, że mam brzydką bluzkę – śmieje się mama.
***

Rodzina docenia teraz bardziej każdą chwilę spędzoną razem, każdy dzień, każde święta. Adaś chętnie pomaga w domu i angażuje się w przygotowania. Przed Bożym Narodzeniem razem z mamą zrobił choinkę z papieru. W ubiegłą niedzielę był święcić palmę, którą zrobiła mu babcia. Wygrał nawet nagrodę. Teraz czeka go malowanie pisanek.

Rodzice Adasia są szczęśliwi. Starają się coraz rzadziej wracać pamięcią do tamtych zdarzeń, choć całkowicie na pewno nigdy nie uda im się o tym zapomnieć. - Było minęło. Adaś jest zdrowy, jest szczęśliwy. To jest najważniejsze – podkreśla tata chłopca.
Ale wszystkie wycinki prasowe, wszystkie artykuły zachowali. Kiedyś pokażą je Adasiowi. – Może ta historia jakoś na niego wpłynie. Może zostanie lekarzem? Bardzo bym chciała, żeby pomagał kiedyś innym, tak jak jemu ludzie pomogli – przyznaje mama. - Ale niczego mu nie będziemy narzucać. Każdy powinien robić to, co czuje – zastrzega tata.

Historia Adasia. Tym wydarzeniem żyła cała Polska. Adaś Ćwięczek z Zawady noc z 29 na 30 listopada 2014 roku spędzał u babci w Racławicach. Nad ranem niezauważony wyszedł z domu. Znaleziono go po kilku godzinach kilkaset metrów od domu. W stanie głębokiej hipotermii trafił do szpitala w Krakowie – Prokocimiu. W lutym 2015 r. chłopiec opuścił szpital i wrócił do domu. Jest nadal pod kontrolą lekarzy.

Autor: Katarzyna Ponikowska

Katarzyna Ponikowska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.