Lucyna Makowska

Antoś śnił mi się, że leży w tej trumience taki niespokojny…

- To był nieszczęśliwy wypadek, Antoś  był oczkiem w głowie dziadka - mówi przez łzy Henryka Bartczak, babcia maluszka. Fot. Lucyna Makowska - To był nieszczęśliwy wypadek, Antoś był oczkiem w głowie dziadka - mówi przez łzy Henryka Bartczak, babcia maluszka.
Lucyna Makowska

Półtoraroczny chłopczyk wpadł do garnka z gorącą galaretą. W szpitalu żył zaledwie pięć dni.

Kartowice. Dom w środku wsi. W kuchni na stole palą się dwie świeczki. W milczeniu siedzą, przy nim mama i babcia 16- miesięcznego Antosia. W głowach wciąż kołaczą się im tragiczne wydarzenia sprzed dwóch tygodni.
Był czwartek, 8 listopada. - Byłam w toalecie - przypomina sobie Marta Bartczak, mama chłopca – przyszła za mną 7,5 letnia córka umyć ręce, a Antoś za nią.

Mama Antosia widziała w łazience, na podłodze garnek, ale nie przypuszczała, że to ten z gorącą galaretą. W pewnym momencie chłopczyk stracił równowagę i przechylił się do tyłu upadając pupą na pokrywkę, wówczas ta musiała się odsunąć.
-Usłyszałyśmy płacz, córka wołała o pomoc - opowiada łkając pani Henryka, babcia chłopca, która w tym czasie dusiła w kuchni ziemniaki.- Gdy przybiegłam Antoś stał nad garnkiem i przeraźliwie płakał. -Wpadł tam rączkami- dodaje mama chłopca.- Natychmiast zaczęłam z niego ściągać ciuszki, moja mama owinęła go w mokrą pieluszkę, a ja dzwoniłam na pogotowie- dławi się łzami relacjonując wydarzenia feralnego dnia.

Dyspozytorka kazała jej chłodzić dziecko do czasu przyjazdu karetki. Ta przyjechała bardzo szybko. - W pokoju na łóżku dawali mu leki przeciwbólowe, czymś go owijali, mi kazali wyjść. Antoś był cały czas przytomny, płakał… Potem coś jeszcze robili w karetce. Na miejsce dotarł drugi zespół pogotowia. Ratownicy cały czas dawali mu leki.

- To był nieszczęśliwy wypadek, Antoś  był oczkiem w głowie dziadka - mówi przez łzy Henryka Bartczak, babcia maluszka.
Lucyna Makowska - To był nieszczęśliwy wypadek, Antoś był oczkiem w głowie dziadka - mówi przez łzy Henryka Bartczak, babcia maluszka.

Po chwili przyleciało pogotowie lotnicze, które przetransportowało maluszka do szpitala w Zielonej Górze. Tam podłączono go do respiratora, sam nie mógł oddychać. Następnego dnia rano matka dostała telefon ze szpitala, że musi przyjechać i podpisać zgodę na transport synka do Szczecina. Już wtedy Antoś miał ostrą niewydolność nerek. Przez gęstą mgłę helikopter nie mógł polecieć, więc malec pojechał do Szczecina karetką. W sobotę z rana mama chłopca była już przy jego łóżku. Mały był w pod respiratorem, wciąż dostawał silne dawki leków.

Od poniedziałku, 12 listopada mieszkała w schronisku, być bliżej syna. – On wyglądał coraz gorzej, cały był spuchnięty, nerki zupełnie przestały pracować nie dawali mu najmniejszych szans, miał zbyt rzadką krew, ja jednak wierzyłam, że z tego wyjdzie - mówi pani Marta.- Usłyszałam najgorsze co może usłyszeć matka, że jej dziecko umrze…W środę rano lekarze powiedzieli, że mięśnie mu się rozpadają, zdążyłam mu przeczytać bajkę, błagałam by był silny, by się nie poddawał. Jego serduszko biło coraz słabiej, widziałam to na monitorach, w czwartek ok. 1.00 na moich oczach odszedł, prosiłam by lekarze go ratowali, ale usłyszałam że nic się nie da zrobić.

- Daliśmy na mszę za niego, ale chyba już nie zdążyły się odbyć - mówi babcia chłopca. - To był nieszczęśliwy wypadek. Był żwawym dzieckiem, oczy trzeba było mieć dookoła głowy. To były sekundy…

Miesiąc temu pani Henryka pochowała męża. - Antoś był jego ukochanym wnuczkiem, pomagał go przebierać, karmił, a teraz go do siebie zabrał… Rodzina jest pogrążona w żałobie. Starsza siostra Antosia, tak jak mama i babcia nie mogą sobie znaleźć miejsca. Każdy kąt przypomina im zmarłego tragicznie chłopczyka. - Wiem, że muszę być silna, mam dla kogo żyć muszę jeszcze wychować 7,5-letnią córkę -mówi Marta Bartczak, która kilka dni temu skończyła 29 lat. Tortu nie było, bo co tu świętować...

Sprawę prowadzi prokuratura

-Na razie toczy się śledztwo w sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci dziecka. Grozi za to do pięciu lat pozbawienia wolności- informuje Agnieszka Sobieszek, szefowa żagańskiej prokuratury.
- Nikomu nie postawiliśmy zarzutów. Na ostateczne rozstrzygnięcie trzeba będzie jeszcze poczekać. Według ustaleń śledczych, bezpośrednią przyczyną śmierci dziecka była niewydolność wielonarządowa na podłożu zmian oparzeniowych.
Mama chciała zabrać ciało syna z prosektorium już w zeszły piątek, ale trwały jeszcze czynności prokuratorskie.
Dopiero w miniony czwartek żagańska prokuratura zakończyła czynności i wydała zgodę na pochówek dziecka.
- Wreszcie będę mogła go pożegnać
- dodaje pani Marta.

Lucyna Makowska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetalubuska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.