Boże, jak mam im pomóc, jak stworzyć im dom? Jestem przecież tylko babcią...

Czytaj dalej
Fot. Mariusz Kapała
Dariusz Chajewski

Boże, jak mam im pomóc, jak stworzyć im dom? Jestem przecież tylko babcią...

Dariusz Chajewski

Nasz domek? Pamiętam, jak tato palił mamę - trzyletni Igorek tak dziś wspomina rodzinny dom w Jesionie. Zdzisława Superson czworgu wnuczętom musi zastąpić i matkę, i ojca...

Babciu, nie chcesz mnie wziąć do spalonego domku, bo tam jest mama? - pyta panią Zdzisławę Superson trzyletni Igor. I pani Zdzisława z trudem powstrzymuje łzy. Bo co ma powiedzieć trzylatkowi? Mówi oczywiście, że mamusia jest z aniołkami, ale jego to nie przekonuje. Najbardziej chciałby opowiedzieć mamusi o tym, że chodzi do przedszkola, że bawi się z dziećmi, że... tęskni. Psycholog jednak powiedziała, że Igorek nie powinien, nie może jechać do Jesiony, nie może patrzeć na wypaloną skorupę domu, na plakat z Disneylandu, który ocalał i nieco karykaturalnie wygląda na ścianie.

- Jak teraz Igor mówi, że słoneczko jest żółte, to aż boli, że Agnieszka tego nie słyszy - szepcze pani Zdzisława. - I gdy panie w przedszkolu relacjonują, że się tak nagle rozgadał, i się poprawił... Przecież to ona, matka, powinna słuchać tych słów. A ja? Jestem tylko babcią.

Tata palił mamę

- Pamiętam, tata palił mamę... - mówi Igor. A pani Zdzisława modli się, by nie zapamiętał. Żeby to zdanie gdzieś uciekło, przepadło. Zwłaszcza gdy chłopczyk zrywa się nocą z łóżka i ucieka. A potem mówi, że czekał, aż mama do niego przyjdzie. Przecież zawsze do niego przychodziła. Gdy tylko robiło się ciemno.

„Tata palił mamę...”. Tragedia rozegrała się dosłownie na oczach pani Zdzisławy. Była na podwórku, gdy z płonącego piętra ich domu w Jesionie wnuczka Dominika wyrzuciła przez okno małego Igorka, a po chwili sama wyskoczyła. Później w oknie stanęła Agnieszka. Lecąc, córka płonęła jak pochodnia.

W relacji prokuratury czytamy: „Do zdarzenia doszło w nocy 8 listopada 2015 roku na piętrze budynku jednorodzinnego w jednym z domów w miejscowości Jesiona. Z dotychczasowych ustaleń wynika, że ustalony mężczyzna w trakcie urządzonej awantury domowej polał swoją konkubinę benzyną i podpalił ją, a następnie wylał również benzynę na piec, co spowodowało, że sam uległ również zapaleniu. W wyniku tego zachowania mężczyzna spowodował również pożar budynku, który rozprzestrzenił się na piętro, gdzie w tym czasie przebywała dwójka nieletnich dzieci (3 i 14 lat).

Tragedia rozegrała się na piętrze. To tam Grzegorz oblał benzyną Agnieszkę

Pokrzywdzona kobieta i wymieniona dwójka dzieci wyskoczyli przez okno poddasza. Wszyscy doznali obrażeń ciała i zostali przewiezieni do szpitali w Nowej Soli i Zielonej Górze. Na parterze budynku w czasie zdarzenia przebywała matka kobiety i jej 12-letni wnuk. Nie odnieśli obrażeń. Z informacji uzyskanych po zdarzeniu wynika, że pokrzywdzona kobieta oraz podejrzewany o spowodowanie zdarzenia jej konkubin z licznymi obrażeniami - poparzenie powierzchni ciała w znacznym stopniu - przebywają w szpitalu”. Nie udało się ich uratować. Najpierw zmarła Agnieszka, później on, Grzegorz.

Sąsiedzi w Jesionie mówią, że to była toksyczna miłość. I dodają, że dobrze, że zginął. Nie miałby życia. Jej szkoda. Nie, nie była aniołem, ale te dzieci.

- W obejściu, dla obcych ludzi, był czarujący, dowcipny, ludzie go lubili - mówi o Grzegorzu pani Zdzisława. - Ale żeby go poznać, trzeba było być blisko nich, gdy był po alkoholu. Śmiał się i odgrażał. Igor nie pyta o ojca. I tak myślę, że teraz odżył.

- Agnieszka wyrzucała go z domu, rozstawali się. On wychodził, odchodził, ale na drugi dzień znowu się kochali, i tak w kółko - mówi znajomy rodziny. Mimo licznych awantur i stałych nieporozumień para planowała ślub. Tymczasem były dwa pogrzeby...

- Dajmy mu już spokój - prosi pani Zdzisława. - Nie podniesiemy go z grobu. Jej też nie ożywimy. Nie zapytamy dlaczego. Teraz ważne są dzieci.

Chciałabym...

Jest ich czworo. Najstarszy wnuk pani Zdzisławy jest w szkole z internatem w Nowej Soli. Kolejna jest Dominika. To ona najpierw rzuciła z okna Igorka, ratując mu życie, a po chwili sama skoczyła. Z jej kręgosłupem jest już prawie dobrze. Prawie? Jak nastolatka miała tyle wytrzymać w gorsecie? Dwunastoletni Adrian ucieka w świat komputerowych gier. Niechcący pokazał Igorowi jedną z nich. Na ekranie monitora płonął dom... Reakcja najmłodszego była przerażająca. Pani Zdzisława prosiła, aby więcej tego nie robił, żeby skasował tę grę.

- Starsze to zbuntowane nastolatki, głupi wiek - pani Zdzisława kładzie dłonie na kolanach. - Żebym tylko dała radę. Boże, chciałabym dożyć chwili, że będą miały pracę, dom, swoje życie... I prawnuki.

Pani Zdzisława została rodziną zastępczą dla czworga wnucząt. Z formalnościami nie było nawet zachodu. Uważa, podobnie jak pracownicy ośrodka pomocy społecznej, że to najlepsze rozwiązanie. Ale też wie, że rodziców nie zastąpi im nigdy. I boi się.

- Nie wiem co dalej, moja głowa jest... pusta - mówi cicho. - Czuję się bezradna. Tyle formalności, dokumentów. Ten świat jest zbyt skomplikowany.

Janina Nawrocka, szefowa ośrodka pomocy społecznej w Kolsku, zapewnia, że gmina zrobiła i robi wszystko, co w jej mocy.

- Wie pan, to nie jest duża miejscowość, tutaj wszyscy się znają - tłumaczy. - Stąd dla nas pani Superson nie jest jeszcze jednym petentem. Robimy naturalnie wszystko, co przewidują przepisy - asystentka rodziny, która nie tylko załatwia wszystkie sprawy urzędowe, ale i odbierze dziecko z przedszkola. Sąsiedzi, którzy dadzą lokum, koleżanki i koledzy ze szkoły, próbujący wesprzeć dzieciaki, strażacy... Teraz pani Zdzisława mieszka za darmo w zamian za... palenie w piecu starszej osobie.

Pani Zdzisława przyznaje, że na chleb jest, dobrzy ludzie zadbali o ubranie, sprzęty. Dzieciaki mają dożywienie w szkole. W poniedziałek przyszła decyzja o przyznaniu renty dla Igorka. Ojciec Sebastiana zaczął płacić alimenty, dwoje dzieci dostaje z funduszu alimentacyjnego. Do tego rodzinne, a wkrótce 500+. Przydała się zapomoga. Nawet banki, dostawcy mediów zachowali się po ludzku. Długi umorzono.

Jak żebracy...

- Babciu, proszę, przecież wyglądamy jak żebracy - powiedziała Dominika na wieść, że ma przyjechać kolejny dziennikarz.

- Dziecko, a co innego możemy zrobić? - odpowiada babcia. I natychmiast dodaje, że przecież nie proszą o pieniądze na chleb, na buty... Dobrzy ludzie już pomogli. Honor trzeba schować głęboko. Tutaj chodzi o coś znacznie większego. O...

- Dom! - niemal szepcze pani Zdzisława. - Dzieciaki wiedzą, czują, że teraz nie są u siebie. Przenosimy się z miejsca na miejsce i nie mogą powiedzieć o żadnym z nich: „Dom”. Tak, dobrzy ludzie zapewniają nam dach nad głową, ale to przecież nie jest to. Swoje cztery ściany, swoje podwórko, swoje okno, swoje drzwi. Swoje... bezpieczeństwo.

Na celowym koncie 11 tysięcy złotych. Dla pani Zdzisławy to fortuna. Ale zbyt mało nawet na dach. Strażacy, sąsiedzi zrobili co mogli, przykryli dom folią, sprzątnęli pogorzelisko. Jednak 11 tysięcy złotych, ale...

- Mierz siły na zamiary - mówi Henryk Matysik, wójt Kolska. Wójt „po przejściach”. Przed laty pomagał rodzinie pogorzelców, był nawet kierownikiem budowy. Dziś już wie, że nie można działać pochopnie, i to nie tylko dlatego, że później usłyszy, że „Gmina buduje dom osobie prywatnej”. Nadziei nie można budować na obietnicach. Nadziei. Tuż po tragedii, po wstrząsających opowieściach o losach rodziny z Jesiony, gminę, panią Zdzisławę zalała fala obietnic. Zainteresowanie minęło wraz z emocjami.
- Spokojnie, poczekajmy - mówi wójt i deklaruje, że dla Supersonów zrobi wszystko.

Chcesz pomóc? BS Nowa Sól. 19 9674 0006 0000 0018 2618 0001. Dopisek: „Pomagamy pogorzelcom
- pani Superson”

Na co czekać? Chociażby na rozstrzygnięcie spraw własnościowych. Dom należał do teściów pani Zdzisławy. Mąż nie żyje, ale formalności nie załatwiono... Do tego decyzja nadzoru budowlanego. I prokuratury... Pani nie rozumie, dlaczego to śledztwo trwa, dlaczego nic nie może zrobić w Jesionie, gdyż jej dom, a raczej to, co z niego zostało, jest wciąż miejscem zbrodni. Niech dadzą jemu, jej, im już spokój.
- Tak, wiem, to tylko papiery - dodaje wójt. - Ale proszę, ludzie, myślcie o tym podobnie jak o ubezpieczaniu domów.

Szok, trauma i...

- Nawet najukochańsza babcia nie zastąpi rodziców - pani Zdzisława jest pełna pokory. - Wiem, takie słowa jak „szok” czy „trauma”, powtarzane są bardzo często. Ale jestem przekonana, że dom, powrót do domu w Jesionie to dla nas wszystkich jest najlepsza terapia. Pani Zdzisława oczywiście wie, że nigdy bez drżenia nie będzie już pewnie mogła wejść na piętro tego domu. Gdzie Agnieszka z nim mieszkała.

- Nie chcę budzić duchów - mówi. - Podobno na pogrzebie były z jego rodziny dwie kobiety. Nie wiem, znam babcię Igorka z tamtej strony. Razem pracowałyśmy w Dozamecie. Przecież na siłę ich nie wiązałyśmy, przecież żadna z nas nie jest winna temu, co się stało. Nawet gdy ostatnio brałam fotografię Igorka z przedszkola, poprosiłam o dwa zdjęcia, pomyślałam, że tamta babcia też chciała by mieć tę fotografię...

Bo teraz najbardziej boi się biologii, kalendarza. Igor ma trzy lata. Czy jest w stanie go wychować? Czy jest w stanie dopilnować, aby ta listopadowa noc nie zniszczyła psychiki malucha. Jak pozostałym dzieciom wytłumaczyć, że... to nie ich wina. Że można, że warto normalnie żyć.
- Boję się, że moja głowa jest pusta, że nie potrafię - martwi się pani Zdzisława. - Pani Zdzisławo, przecież pani je kocha - mówią pracownice pomocy społecznej.

Wiatr rwie folię, która przykrywa skorupę budynku w Jesionie... Czy to będzie jeszcze kiedyś dom? Nie cztery ściany i firanki w oknach. Dom...

Dariusz Chajewski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetalubuska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.