Czasem winiarz jest jak winiarski... archeolog. Odkrywa tajemnice

Czytaj dalej
Fot. Mariusz Kapała
Dariusz Chajewski

Czasem winiarz jest jak winiarski... archeolog. Odkrywa tajemnice

Dariusz Chajewski

To już nasza ósma wycieczka szlakiem wina i miodu. Wróćmy na malownicze wzgórza w okolicy Zaboru, a konkretniej do Łazu. Winnica Miłosz szczyci się szlachetnymi winami ze starych odmian, uprawianych tutaj od XVI wieku, ale nie stroni też od nowszych szczepów: devina, zweigelta, dornfeldera, aliberneta. Uprawiana jest tutaj wyłącznie szlachetną winorośl, vitis vinifera. Chwali się zwłaszcza cytrusowymi w charakterze winami z białego burgunda, ale poleca też muszkatowe i aromatyczne z odmiany müller thurgau... Chlubą jest zweigelt o delikatnym zapachu papryczki, smaku dojrzałych wiśni i czereśni...

Jeśli przejdziemy przez winnicę samorządową, zauważymy sielski, drewniany domek z piwniczką obok. To winnica Miłosz. Winnica leży już we wsi Łaz. Jeszcze w początkach XX wieku winnice zajmowały tutaj - w kierunku Droszkowa, Przytoku, Zaboru i Tarnawy - około 50 ha.

Wiśniowy sad

- Przed laty rodzice mieli tutaj wiśniowy sad, około tysiąca drzew - wspomina właściciel winnicy Krzysztof Fedorowicz. - Później rodzice przekazali mi tę ziemię i zbudowałem wśród schorowanych już drzew dom. I podczas wędrówek po okolicy odnalazłem krzewy winnej latorośli wspinające się po drzewach. Gdy później przyjechali niemieccy ampelografowie, przeprowadzili badania genetyczne, okazało się, że szlachetne odmiany winorośli, które przetrwały kilka dekad bez opieki człowieka.
Pan Krzysztof uczył się tego rzemiosła od winiarzy na Morawach, a winnica, co podkreśla jej rodzinny charakter, miano zawdzięcza synowi właściciela.

Praca i pasja

- To praca, czy pasja? - odpowiada pytaniem na pytanie pan Krzysztof. - Praca, chociaż zaczęło się od pasji. Pasja polegała na piciu wina i zwiedzaniu winnic, a później zderzyłem się z ogromem pracy. Łatwiej mają Niemcy, Czesi, gdzie jednak winiarstwem ludzie zajmują się od pokoleń. Ja, my tworzymy pierwsze. Kiedyś mój mistrz na Morawach powiedział mi „Krzysztof” nie łudź się, ze ty lub twoje dzieci będziecie coś z tego mieli. Może wnuki”. Jednak nawet jeśli mówimy o wnukach warto codziennie rano wstawać i cały dzień pracować.
Podobnie jak jego kolega z Gostchorza Fedorowicz robi wina musujące, metodą szampańską. Zresztą tradycja tego rodzaju win w Zielonej Górze jest bardzo bogata. Nasz region był, po Szampanii, drugim w Europie co do produkcji win tego rodzaju. Nieprawdopodobne? Tu jest więcej słońca niż w Szampanii.

Zrobić bąbelki

- Dawniej najpierw robiło się gotowe wina w beczkach, później do beczki dodawało się trochę drożdży i cukru (tak się robi dzisiaj w Szampanii), mieszało się to wszystko porządnie i trunek się butelkowało- opowiada Fedorowicz. - Chodzi o to, żeby wtórna fermentacja powstała już w butelce. By była to tradycyjna metoda szampańska, to takie wino musi leżakować, razem z drożdżami, minimum dziewięć miesięcy. Po takim czasie wina trafiają na regały. Każda butelka jest przekręcana trzydzieści stopni, trzy razy dziennie przez miesiąc...
Chcesz odwiedzić tę winnicę? Telefon: 609 882 325.

Winiarskie tajemnice wzgórza zwanego

Pod koniec XIX wieku w rejonie Zielonej Góry uprawiano winne krzewy na około 1,5 tys. hektarów. Okolice Zaboru wśród dostawców winogron do Winnego Grodu zajmowały drugie miejsce. Nawiasem mówiąc, okazy przedwojennych krzewów można jeszcze dziś znaleźć w pobliskich lasach i na polach, które zajęły miejsce dawnych winnic. Krzysztof Fedorowicz prowadzi nas przez chaszcze i zapewnia, że taki spacer powtórzy ze wszystkimi chętnymi. Ale to wyprawa dla... smakoszy. W jednym miejscu znajdziemy winne krzewy pnące się po drzewach, niegdyś owocowych, w innym walczą o życie z chwastami. Dla winiarzy to pomniki przyrody. I skarby winiarstwa. Jeden z nich przywędrował na początku XIX w. z Badenii, z okolic rzeki Tauber. Kilkadziesiąt lat temu nazywano go tutaj tauberschwarz. Przez ponad sto lat miał się dobrze, podobnie jak całe winiarstwo w okolicach. Potem został zapomniany, sprowadzony do roli chwastu.
ZOBACZ KONIECZNIE - SERWIS POLSKA TOSKANIA

Spotkaj ducha generała

Przygotujcie się na spotkanie z duchem. W pobliskim Przytoku straszeniem zajmuje się Fryderyk Konstanty Ryssel, generał saskiej kawalerii doby wojen napoleońskich, mąż przybranej córki pana na Przytoku. Podczas bitwy pod Lipskiem zdradził Napoleona i Józefa Poniatowskiego. Zmarł 19 października 1815, dokładnie w drugą rocznicę bitwy. Podobno jego duch straszy w
Przytoku. Według innej legendy przestał straszyć w 1820 roku, gdy Józef Poniatowski spoczął na Wawelu. Jak to się zaczęło? Oto w październiku 1815 roku, w rocznicę śmierci gen. Ryssela odsunęła się płyta nagrobna z jego grobowca na cmentarzu
w Przytoku. Oczywiście działo się to krótko przed północą. Po chwili ukazała się generalska zjawa w mundurze. Jednocześnie w kościele odezwał się dzwon, a w oknie pobliskiego domostwa, które od lat stało opuszczone, zabłysło światło.

Zobacz Winnicę Miłosz

Kulinarne szlaki: Krzysztof Fedorowicz (winnica Miłosz) opowiada o tradycjach winiarskich - poprawione

Dariusz Chajewski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetalubuska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.