Czerwona łuna oznaczała śmierć

Czytaj dalej
Fot. Fot. Tomasz Holod / Polskapresse
oprac. Zdzisław Haczek

Czerwona łuna oznaczała śmierć

oprac. Zdzisław Haczek

Jak przetrwała okrucieństwo niemieckiego obozu koncentracyjnego? Zofia Posmysz, więźniarka Auschwitz, Ravensbrück i Neustadt-Glewe, mówi o tym w wywiadzie rzece „Królestwo za mgłą”.

Zofia Posmysz miała 19 lat, gdy przeszła bramę Auschwitz. Potem była w jeszcze dwóch obozach. Przetrwała... Po wojnie została pisarką, dziennikarką, scenarzystką. Na podstawie jej radiowego reportażu Andrzej Munk nakręcił w 1963 r. głośny film „Pasażerka” z Anną Ciepie-lewską (więźniarka) i Aleksandrą Śląską (esesmanka) w rolach głównych.
2 lutego br., nakładem Wydawnictwa Znak Literanova, ukaże się wywiad rzeka „Królestwo za mgłą. Z autorką »Pasażerki« rozmawia Michał Wójcik”. Oto fragmenty publikacji.

Zofia Posmysz: – Stosy, stosy splątanych ciał. Pierwsze, co zobaczyłam po wyjściu z rewiru, to te stosy nagich kobiet. Kości obleczone skórą. Dziesiątki trupów.

Wyszłam z rewiru o własnych siłach. Przed blokiem leżała góra nagich ciał. Po nich harcowały szczury

Michał Wójcik: – To były ofiary tyfusu. Epidemia zdziesiątkowała obóz kobiecy. Z 28 tysięcy więźniarek Birkenau, które przybyły do obozu w roku 1942, przy życiu zostało jedynie 5367. Wśród nich Pani.
Wtedy już wiedziałam, że będę żyła. Miałam przecież gwarancję, że nie umrę bez sakramentu. A tutaj nie było żadnej szansy, abym go otrzymała. Wyszłam z rewiru o własnych siłach. Przed blokiem leżała góra nagich ciał. Po nich harcowały szczury. Żarłoczne. Obgryzały, nie dały się przepłoszyć. Coś niewyobrażalnie strasznego. Zaczynały od łona. Boże! Gdy na rewirze leżałam nieprzytomna, szczur ugryzł mnie w palec u nogi. Poruszyłam nogą, smyrgnął na dół. Buszowały po łóżkach, a gdy już ktoś umarł, to go obsiadały. Bywało, że więźniarki, które zmarły w nocy, miały wygryziony cały bok. Tego nie można sobie wyobrazić, a cóż dopiero opisać.

Jak broniłyście się przed szczurami?
No właśnie: jak? Miałyśmy rozrzucać trutkę? Przecież nie było. Był za to w obozie esesman, który bawił się strzelaniem do nich.
Szmaglewska pisze, że to był Effinger.
Wydaje mi się, że Schulz. Arbeits-dienstführer Schulz. Strzelał. A nawet robił polowania z nagonką. Zapędzał więźniarki do zatykania dziur w bloku, stawał w drzwiach, a one napędzały mu szczury przed lufę. Gdy ustrzelił jakiegoś, bardzo był zadowolony. Szedł potem przez Lagerstrasse i niósł je za ogony. Wymachiwał nimi, bawił się. Trzeba było uważać, by się na niego nie natknąć. Bywało, że przywoływał więźniarkę do siebie, niewinnie zagadywał, a potem uderzał tymi szczurami w twarz. Kobiety dostawały histerii. Podobno jedna zwariowała. Szedł potem taki zachwycony sobą, podśpiewywał, gdyby miał róg, toby pewnie trąbił na zakończenie polowania. Był jak z baśni. Szczurołap.

zabijał szczury dla zabawy. Śmiał się przy tym, jakby upolował lwa czy słonia.

Jak z baśni braci Grimm: Szczurołap z Hameln.
Tylko z tego, co pamiętam, wezwany do Hameln szczurołap wyprowadził te bestie z miasta, grając im na flecie. A potem zemścił się na mieszkańcach. Bo nie dostał umówionej zapłaty. Zaczarował dzieci muzyką. W Birkenau Schulz zamiast instrumentu miał pistolet. I nie poradził sobie z plagą, tylko zabijał szczury dla zabawy. Śmiał się przy tym, jakby upolował lwa czy słonia. Gdy doszłam do siebie po tyfusie i durchfallu, przez pewien czas pracowałam jako pomoc na rewirze. Nosiłam trupy.

Była Pani tragarzem zwłok?
Niedługo. Z tego okresu pamiętam scenę, która pokazuje obozowe paradoksy. Za rewirem był drewniany barak, rodzaj kostnicy, gdzie składowało się zwłoki przed wywózką do krematorium. Po jakimś kursie zauważyłam, że ktoś się w tym baraku schował. Okazało się, że jakaś para tam się kochała, wśród tych rąk i nóg, korpusów i głów. Kochali się, choć właściwszym określeniem byłoby: spółkowali. Gwałtownie, zachłannie, na stojąco. W takim miejscu, w takim otoczeniu! W tym było coś zwierzęcego.

Czyli praca czyni wolnym przez krematorium III. Groza.

Kiedy sobie Pani uświadomiła, że Auschwitz to nie tylko obóz pracy i „anus mundi”? Że to przede wszystkim fabryka śmierci? Że sensem tej fabryki jest kres żydowskiej cywilizacji?
Właśnie wtedy, w roku 1943, po wyjściu ze szpitala, gdy przestałam pracować na rewirze. Wróciłam do mojego komanda, do kuchni. Pracowałam wtedy przy kotle. Przyjemna praca, mieszanie zupy. Przyszli dwaj więźniowie. Mieli oczyścić przewód kominowy. Ale co ciekawe – nie od góry, jak kominiarze, tylko od dołu. Majstrowali przy kotłach. Zamieniłam z nimi parę słów. Nawiązałam do napisu: „Arbeit macht frei”. A jeden z nich odpowiedział do rymu: …durch Krematorium drei. Czyli praca czyni wolnym przez krematorium III. Groza. Chyba jakoś wtedy.

To pewnie musiało być w czerwcu. Krematorium III w Birkenau zostało oddane do użytku 25 czerwca 1943 roku. Wydajność: tysiąc czterysta czterdzieści ciał na dobę. Bo wcześniej, 22 marca, zaczęło pracować krematorium IV, a następnie krematorium II – 31 marca i krematorium V – 4 kwietnia. Birkenau zmienia się w fabrykę.
Wiedzę zdobywało się z czasem. Dziś jest wszystko jasne. Ja do tego dochodziłam. Pamiętam to. Transportów było coraz więcej. Kominy dymiły całą dobę, dwie, nawet dłużej, bez przerwy. Dym był raz biały, innym razem czarny. Przeważnie jednak biały. A czasem z kominów buchał płomień. Zapisał to poeta w obozowej pieśni: „Płomieniem rzyga komin krematorium, odorem ciał palonych cuchnie w krąg”.

Ale gdy uszło się kilka kroków, to za plecami zostawał taki wycięty we mgle korytarz. On dopiero po chwili znikał.

Coraz więcej dymu, jakby fabryka nabierała tempa. Zdawała sobie Pani sprawę, jaka jest skala Zagłady?
Z początku nie. A potem zrozumiałam, że chodzi o masowe zabijanie dziesiątek i setek tysięcy ludzi. Magazyny puchły od zagrabionych rzeczy. I wszystko to cuchnęło. Coraz bardziej. I bardziej. Tu muszę opowiedzieć o czymś strasznym. W Brzezince i w tych okolicach panował specyficzny klimat. Albo było gorąco, albo zimno. Ale było też niezwykle wilgotno. I ta wilgoć działała na dym z krematorium jak utrwalacz. Taki dodatek, który powodował, że dym w swojej postaci utrzymywał się dłużej. Wżerał się w tę wilgoć i wisiał. Zupełnie jak mgła. Godzinami. To zjawisko najlepiej było widoczne rano, zaraz po pobudce. Pamiętam, że wstawałam jeszcze przed wszystkimi. Gdy wychodziłam z baraku, w takiej absolutnej ciszy, bo jeszcze lager spał, i szłam do latryny, atmosfera była zupełnie nieziemska. Bajkowa. Zaraz za drzwiami wchodziło się w mgłę. To była ciężka zawiesina. O prawie stałej konsystencji. Nie jestem chemikiem czy fizykiem i nie wiem, jak to wytłumaczyć. Ale gdy uszło się kilka kroków, to za plecami zostawał taki wycięty we mgle korytarz. On dopiero po chwili znikał.

Napisała Pani w powieści „Wakacje nad Adriatykiem”: „Dym gęsty i biały palonego mięsa i kości zmieszany z mokrym śniegiem trwa przy ziemi, brodzę w nim, żywe jeszcze kości i mięso, przedzieram się przezeń, już nawet go nie czując, do wszystkiego można się przyzwyczaić, są ludzie, co życie całe mieszkają w pobliżu garbarń czy rzeźni, tutaj coś w tym rodzaju, to, że surowcem są ludzie, ma w końcu znaczenie naprawdę dla tych tylko, co idą pod nóż”.
Fetor. Fetor niewyobrażalny. Czasami dochodziło do jeszcze innego, dziwnego zjawiska fizycznego. Meteorologicznego. Była taka wilgoć, że dym z komina nie leciał w górę, ale opadał nad ziemię. I tak wisiał – jak mgła – między barakami. Wtedy to nie był tylko fetor. Po prostu jakby brakowało tlenu. To jest nie do opisania. I co jest koszmarne, często ten smród był nie do zidentyfikowania przez tych, którzy dopiero przyjechali. Oni pociągali nosami, rozglądali się na boki, szukali przyczyny. Może myśleli, że w tej fabryce produkuje się jakieś dziwne chemikalia. Tymczasem…

Próbowała to również opisać Zofia Kossak. Ona także zwróciła uwagę na grozę tego zjawiska. „Nad polem leżała mleczna, nieprzenikliwa mgła. […]. W przeciwnej stronie czerniał komin, czy też wieża. Nad szczytem jej unosił się czerwony odblask, niby łuna nad wielkim piecem hutniczym. Kobiety nie wiedziały jeszcze, że to krematorium, lecz uczyniło im się czegoś straszno. Jak gdyby zobaczyły uchylone wrota piekła”...
Tak, piekło. Taką łunę w mroku może dawać latarnia morska, tu łuna oznaczała śmierć.

My – tam w Birkenau – funkcjonowałyśmy tygodniami, miesiącami, latami.

Piekło i szatański chichot. Znowu „Z otchłani”: „Gdy dym bywał czarny, władze lagrowe mówiły dowcipnie, że właśnie palą brunetki, gdy był jasny, że blondynki”.
Ta mgła wydzielała odór. Odór palonego mięsa. Jak w kuchni, gdy coś się przypali. Dziś myślę, że wdychając te ludzkie prochy, musiałyśmy się infekować.

Czym?
Chorobą. Szaleństwem. Na to nie było i chyba nie ma lekarstwa. Mam na myśli to, co działo się z nami po wojnie. Z tymi, które przeżyły. Bo od tyfusu się umierało, od durchfallu też. Fizycznie. A od tego fetoru w każdej z nas umierała jakaś część. Większa lub mniejsza. Umierał człowiek. My – tam w Birkenau – funkcjonowałyśmy tygodniami, miesiącami, latami. Wszystko funkcjonowało dookoła, wstawało słońce, my wstawałyśmy rano do pracy, budził się lager. Potem komanda szły za druty do pracy, przygrywała im orkiestra, potem wracały, szłyśmy spać. Rano to samo. Takie obozowe życie...

oprac. Zdzisław Haczek

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.