Człowiek nie jest tylko na ten krótki czas. Rozmowa z ks. prałatem Jerzym Nowaczykiem

Czytaj dalej
Fot. Janusz Życzkowski
Janusz Życzkowski

Człowiek nie jest tylko na ten krótki czas. Rozmowa z ks. prałatem Jerzym Nowaczykiem

Janusz Życzkowski

Z księdzem prałatem Jerzym Nowaczykiem, Kanonikiem Honorowym Kolegiackiej Kapituły św. Jadwigi w Zielonej Górze, byłym proboszczem parafii p.w. Podwyższenia Krzyża Św., Honorowym Obywatelem Zielonej Góry odznaczonym Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski, rozmawia Janusz Życzkowski.

Jest ksiądz najstarszym kapłanem diecezji zielonogórsko - gorzowskiej. Jakie to jest uczucie?

To się zgadza, ale ani mnie to ziębi, ani parzy. Oczywiście człowiek wolałby mieć wszystkie siły, które miał kiedyś. Dziś mi ich brakuje. Nie ma się jednak co cieszyć, ani przerażać. Uspokajam się, że jestem po prostu jednym z tych, którzy muszą przez to doświadczenie przejść.

Urodził się ksiądz w Wielkopolsce?

W 1926 z rodziców Stanisława i Leokadii z d. Hoffman Nowaczyków. To taka Wielkopolska pod znakiem zapytania. 123 lata byliśmy w niewoli ruskiej, bo Konin należał do strefy rosyjskiej. Województwo początkowo było w Łodzi, a nie w Poznaniu. Niedługo przed wojną to zmieniono. Konin był typowym ruskim miejscem, w którym żyli Polacy, Niemcy i Żydzi. Mama często opowiadała o tym jak w 1918 r. odzyskaliśmy niepodległość i staliśmy się wolnym państwem. Całe życie społeczne stało się bardzo patriotyczne i wspaniale było w tym uczestniczyć.

Ksiądz działał w przedwojennym harcerstwie

Tak i bardzo je sobie ceniłem. Bardzo mi pomogło, bo ono nauczyło mnie pewnego wojskowego drylu, dyscypliny, która towarzyszyła przez całe życie. Także dziś. Wiele rzeczy staram się wykonywać, wywiązywać z obowiązków, bez łaskawości dla mojego wieku.

Szczęśliwe dzieciństwo, w tym tę harcerską przygodę przerwała wojna.

Wysiedlili nas już w listopadzie 1939 r. 11. Wyrzucili nas z mieszkania, a 13., w pochodzie kilkuset osób, kilka kilometrów szliśmy do stacji na pociąg. My jeszcze dostaliśmy wagony pasażerskie, a następne już były bydlęce. I wyjechaliśmy. Wojnę przeżyłem w stosunkowo dobrych warunkach. Oczywiście była bieda. Taka, że mama wysyłała nas na pole, żebyśmy zbierali lebiodę i z niej robiła zupę. Później się trochę poprawiło. Najpierw mieszkaliśmy koło Dąbrowy Tarnowskiej w Żelazówce. Potem przenieśliśmy się do Szczucina i tam usadowiono nas w dwie czy trzy rodziny, w majątku książąt Lubomirskich. Następnie treuhander, czyli niemiecki zarządca tego majątku nas usunął i przenieśliśmy się do miasta. Mieszkaliśmy w żydowskim domu. Na dole dwie samotne Żydówki, ich mężowie uciekli, na górze my. Ten okres w Szczucinie był taki, że razem z bratem w czasie żniw zbieraliśmy ścięte, pozostawione kłosy, żeby coś wrzucić do brzucha. Pamiętam jak synowie właściciela tego majątku, gonili nas na koniach i przepędzali z pola. Potem wyjechaliśmy do Mędrzechowa. Gospodarz nazywał się Wróbel. Miał 3 morgi ziemi, ale czym mógł, tym się z nami dzielił. To byli bardzo życzliwi, biedni ludzie. Sami musieli oddawać wyznaczony kontyngent Niemcom i jeszcze dzielili się z nami. Dostaliśmy też kawałek pola na błoniach gromadzkich. Niemcy kazali go zaorać. Ojciec pracował w gminie. My z bratem u ludzi w gospodarce.

Jak pomagaliście w gospodarstwie?

Za naszą pracę dostawaliśmy garniec, albo dwa, ziarna. Trzeba to było potem zmielić w żarnach na mąkę. Robiliśmy to z młodszym bratem. Lubiłem pracę przy gospodarstwie. Raz, bo było to jakieś zajęcie, a dwa, było tam jedzenie. Chłopskie, ale zawsze było. Pamiętam też darcie pierza w zimie. Na to przychodzili mężczyźni. Oni właściwie nic nie robili, ale w takim dużym pomieszczeniu siedzieli chłopi i tylko gadali, a kobiety darły lub kruszyły kukurydzę. To były bardzo ciekawe rozmowy. Bardzo lubiłem słuchać jak dorośli politykują, wygadują się na Niemców, żartują i opowiadają kawały. To była bardzo zwarta, dobra społeczność. Mile wspominam tamten czas.

Gospodarka to nie wszystko. Zajmował się ksiądz również handlem…

W określonym wieku Niemcy robi pobór młodych do baudienstu. Na głodno, na chłodno, chłopacy musieli rok przepracować przy robotach budowlanych. Mnie też to groziło, ale ojciec zorganizował dokument lekarski, który stwierdzał, że jestem ciężko chory na serce. Pomogło mi to także pod koniec wojny, gdy zacząłem handlować. Woziłem żywność do Tarnowa i Krakowa. Tam ją sprzedawałem i kupowałem rzeczy, których u nas nie było. Pamiętam taką scenę na krakowskim Kazimierzu, gdzie wcześniej mieszkali sami Żydzi. Wtedy już ich nie było, ale nadal odbywał się tam handel. Była obława. Podchodzi do mnie Niemiec, prosi o dokumenty i kenkartę. Pokazuję mu ją, a on każe mi iść za nim. Kiedy jednak pokazałem mu zaświadczenie lekarskie, to mnie puścił.

Widział ksiądz śmierć? Taką jak na wojnie?

Tak, widziałem. Chodziliśmy z bratem na wykopki. Po skończonej pracy pożyczyłem wóz z końmi i jeździłem od gospodarza do gospodarza po wypłatę. Płacili w ziemniakach i dzięki temu cały duży wóz ziemniaków przywiozłem do domu. Pewnego razu z tym wozem dojechałem do skrzyżowania. Jedna droga prowadziła na cmentarz, a druga w stronę wsi. Dojeżdżam, a z przeciwnej strony jedzie furmanka. Spotykamy się na tym skrzyżowaniu. W tym wozie żandarm z woźnicą i dwie Żydówki. Niemiec krzykną na nie: raus! Zeszły na wozu. Niemiec poszedł za nimi. Przyłożył pierwszej broń do skroni i strzelił. Kobieta padła. Potem zastrzelił drugą. Wszystko 20 metrów ode mnie! Po jakimś czasie ten sam żandarm przyjechał do wioski z kolejnymi trzema Żydami i ich również zabił. Innym razem mama wysłała mnie z Mędrzechowa do Szczucina. Na stacji widziałem niemieckich żandarmów. Szedłem za nimi. W pewnym momencie jeden, jakby od niechcenia, wyciągnął broń i zabił stojącego na peronie Żyda. Drugiego puścił wolno, ale potem i tak wszystkich wyłapali wysłali do Tarnowa. Tam egzekucja. Niemcy tak się zachowywali. Zupełnie się z tym nie kryli. Strzelali jak do bydła.

Czy w tych warunkach była możliwa nauka? Jak była zorganizowana?

Trochę uczył mnie ojciec. A matematyki, fizyki i historii, znajomy inżynier. Później zdałem egzamin przed tajną komisją. Dzięki temu po wojnie miałem zaświadczenie ukończenia trzech klas. Trzeba powiedzieć, że to było bardzo ubogie wykształcenie. Np. nigdy nie uczyłem się biologii. Tylko podstawowe przedmioty. Języki, polski, matematyka i fizyka. Liceum zrobiłem dopiero po wojnie, w przyspieszonym trybie.

Kiedy udało się wrócić do Konina?

Najpierw pojechaliśmy we dwóch, z ojcem. Znaleźliśmy dla nas mieszkanie. Inne, bo nasze było już zajęte. Potem wróciliśmy po mamę z rodzeństwem. Całą rodziną przyjechaliśmy najpierw do Kutna, a stamtądd dalej, ale nie było łatwo. Żeby dojechać do celu, trzeba było przekupić ruskich żołnierzy. Przyjmowali wszystko. Mieliśmy butelki wódki i dzięki nim ostatecznie udało się dotrzeć na miejsce. Zacząłem chodzić do liceum, potem była matura, a dalej studia. Wyjechałem do Poznania, na wydział matematyczno-fizyczny uniwersytetu. Byłem tam jednak tylko pół roku. Koledzy, którzy poszli na Wyższą Szkołę Inżynierską przekonali mnie by zmienić kierunek. Mieszkaliśmy w wojskowych barakach na Słonecznej, niedaleko Grunwaldzkiej. Małe, drewniane pokoiki. Cienkie ściany, a wokół życie studenckie. Mieszkałem tam przez rok, a później przeprowadziłem się do domu, w którym mieszkała kadra profesorska i nieliczni studenci. Udało się, bo kolega był szefem „bratniaka”. To było takie studenckie stowarzyszenie i stąd miał jakieś możliwości. Mieszkaliśmy razem z kolegami, później sprowadził się również mój brat, który rozpoczął naukę na studiach ekonomicznych.

Pracował ksiądz w swoim zawodzie?

Na ostatnim roku jeden z inżynierów - wykładowców zaproponował mi robienie dyplomu i pracę dla Zjednoczenia Energetycznego Okręgu Zachodniego. Zgodziłem się. Zostałem pracownikiem nie mając jeszcze skończonych studiów. To była olbrzymia firma. Od morza, aż po Nową Sól. Dostawałem pensję i także dzięki temu można było ściągnąć rodzinę z Konina do Poznania. Znalazłem dom w Letnisku Leśnym, koło Pobiedzisk. Tam przez parę lat, razem z rodzicami, mieszkaliśmy. Ojcu postarałem się o pracę. Kolega był kierownikiem budowy i przyjął go na pisarza budowlanego. Zarabialiśmy obaj i dzięki temu można się było utrzymać.

Kiedy pojawiło się powołanie? Skąd, skoro miał ksiądz tak ścisłe zainteresowania?

To była historia, która rozpoczęła się na drugim roku studiów. Było to w kwietniu. Złożyło się, że zostałem sam, bo wszyscy moi współlokatorzy wyjechali. Siedziałem w czterech ścianach i zastanawiałem się co zrobić z wolnym czasem. Chciałem pójść na mecz, albo do koleżanki Lili z niższego roku. Nie pamiętam już dlaczego, ale wtedy nagle pojawiła się ta myśl. Jak piorun z nieba! To było zaskoczenie, bo nigdy nie myślałem o kapłaństwie, wiedziałem, że do tego się nie nadaję, a wtedy, w tym studenckim pokoju to się zaczęło. Ale tak właśnie Pan Bóg działa. Wtedy zrozumiałem jedną rzecz, że nie mogę już do Lili iść, ani na mecz. Za to chodziłem z tą myślą, jak z pęcherzem. Pojechałem do Konina, do naszego prefekta. Pytałem go, czy mam do tego seminarium iść czy nie? Nie bardzo byłem do tego przekonany, ale bałem się odmówić Panu Bogu. Nie wiedziałem czy to On, czy to ja sam sobie to wmawiam. Prefekt odpowiedział, że jeśli rozpocząłem studia, to mam je skończyć. Powiedział też, że jeśli naprawdę to jest głos boży, to on nie da mi spokoju. Posłuchałem. Skończyłem studia, a potem musiałem jeszcze trzy lata pracować…

…a Pan Bóg nie dał spokoju…

To było tak wyraźne, że nie dało się tego odrzucić. Nie chciałem tego! Naprawdę. Mnie ciekawiła matematyka, fizyka, później inżynieria. A tu ni stąd, ni z owąd takie rzeczy. Poszedłem do seminarium, do profesora Baranowskiego, który prowadził wykłady w duszpasterstwie akademickim. Wszystko mu opowiedziałem. W 1953 r. uciekłem z pierwszomajowego pochodu i poszedłem wprost do seminarium. Przyjąłem mnie rektor. Na wstępie zapytał ile mam lat. Kiedy usłyszał że 27, odpowiedział, że takich starych nie przyjmują. Nie przekonało go nawet to, że chciałem uzyskać rekomendacje arcybiskupa Dymka. Był nieprzejednany.

To musiało być dla księdza zaskoczenie.

W tej sprawie doradzał mi wikary ks. Binkowski z Pobiedzisk. Jeździłem do niego rowerem na niedzielną mszę. Poradził bym poszedł do Chrystusowców. Wysłuchał mnie ich rektor i kazał wrócić za dwa tygodnie. Kiedy wróciłem, usłyszałem odpowiedź odmowną. Mój wikary doradził mi jednak, bym pojechał do Gniezna. Tam było osobne seminarium. Pojechałem, ale tam również nie wyszło. Powiedzieli, że nie przyjmą, bo jest na to zły czas. Wtedy był wielki atak na prymasa Wyszyńskiego, a ja pracowałem w ważnej państwowej firmie. Bali się narażać. Miałem wrócić za rok.

Ale nie chciał ksiądz czekać..

Nie. Była jeszcze jedna możliwość, do Gorzowa. Pojechałem tam w niedzielę. Rektor mnie jednak nie przyjął i przekazał, by przyjechać do Paradyża. Właśnie otwierano po raz pierwszy rekrutację. Co zrobić? - myślę. Wróciłem do Poznania i wziąłem z pracy dokument, skierowanie do elektrowni w Dychowie. Byłem tam zarejestrowany jako członek komisji, która odbierała z rąk rosyjskich elektrownię. Elektrownię, którą najpierw Rosjanie zabrali do siebie, a potem jako dar Związku Radzieckiego oddali i na miejscu zmontowali. Wziąłem tą delegację, żeby pojechać do Dychowa, ale nie dojechałem. Wyruszyłem do Paradyża. Przyjechałem do Międzyrzecza, a jako że nie było już żadnego połączenia, dalej poszedłem piechotą. To ponad 20 km. Gdy dotarłem do Kaławy, udało się zatrzymać ciężarówkę. Wsiadłem na pakę. Gdy dojechaliśmy do Paradyża, wydarzył się nieszczęśliwy wypadek. Kiedy schodziłem, auto ruszyło, straciłem równowagę i spadłem na bruk. Rozbite czoło, nos, okulary. Zakrwawiony, z pomocą kierowcy, poszedłem do pobliskiego sklepu. Tam mnie opatrzono i w tych bandażach poszedłem pod bramę seminarium. Wchodzę do środka. Widzę biały posąg św. Floriana i tu kolejna przykra przygoda. Obskoczyły mnie agresywnie ujadające psy. Zacząłem krzyczeć i na ten mój krzyk przybiegło dwóch kleryków. Przedstawiłem się, zaprowadzili mnie do pokoju. Było już późno, zostałem na noc. Rano kolejne rozczarowanie. Rektor nie może mnie przyjąć bo wyjeżdża. Przekazał jednak, że jeśli prześlę wszystkie świadectwa, to przyjmą mnie na pierwszy rok.

I po tych wszystkich problemach w końcu przyjęli?

Nie było to proste. Pojawiły się inne komplikacje. Z Paradyża pojechałem do Zielonej Góry i w urzędzie pocztowym napisałem podanie do mojego zakładu pracy. W depeszy prosiłem o zwolnienie, bo wstępuję do seminarium. Po paru dniach wracam do zakładu, list już tam doszedł, jest szum, bo Nowaczyk idzie do seminarium. Zaczęła się kołomyjka. Nie chcieli mnie zwolnić. Rozpoczęła się wymiana pism, cała proceduralna droga. Trwało to do października. W końcu zdecydowałem, że pojadę do ministerstwa. Niech w końcu skończy się mój nakaz pracy! Dobrze się złożyło, że tego roku, 5 marca, umarł Stalin. Atmosfera była już trochę inna. Zajeżdżam do ministerstwa. Spotkałem się z dyrektorem Bieleckim. Miał już moje poprzednie pisma, wysłuchał mnie i powiedział: proszę pana, my pana zwolnimy, damy spokój, ale pan księdzem na pewno nie zostanie! Nie przejąłem się tym. Wyszedłem, spakowałem się i pojechałem do Paradyża.

I od razu po seminarium trafił ksiądz do Zielonej Góry?

Nie, najpierw byłem w Stargardzie. 5 lat posługiwałem w katedrze, tak mówiono o ogromnym gotyckim kościele w centrum miasta. Potem przenieśli mnie do Zielonej Góry do kościoła pw. Najświętszego Zbawiciela. To był lipiec 1963 r. Potem w 1970 r. ofiarowano mi zarząd części parafii św. Jadwigi. Teren przy kapliczce pw. Najświętszej Maryi Panny na winnicach.

Rozpoczął się proces tworzenia parafii pw. Podwyższenia Krzyża Św. Z opowiadań i dokumentów wiadomo, że w relacjach z komunistyczną władzą były problemy. Stosunek państwa do kościoła w PRL był jasno określony…

Przykładem były problemy z rozbudową kaplicy. Tam w środku, na stojąco, na ścisk, mieściło się 70 osób, a parafia miała 8 tysięcy wiernych. Co zrobić? Pierwsza przeszkoda, to drzewo, które blokowało wejście. Władza nie zgodziłaby się na wycięcie, więc zrobiłem to sam, w nocy. To jakoś uszło uwagi. Kolejna sprawa, to błoto przed kaplicą. Trzeba było wybetonować. O cement nie było łatwo. Udało się znaleźć w Zaborze. Wydano mi go za pokwitowaniem, musiałem tylko znaleźć miejsce gdzie towar złożyć. Zapytałem sąsiada parafii czy mogę pod schodami to przechować. Zgodził się, bo dobrze wiedział co robi. Okazało się, że był szpiclem. Kiedy przyjechałem z cementem podchodeszło do mnie dwóch panów. Pokazali legitymacje, mówią, że są z milicji i pytają skąd mam cement. Ktoś ich zawiadomił że będę. To był ten mój życzliwy szpicel. Na szczęście pokazałem dokumenty i odeszli jak niepyszni. Udało się wybetonować plac przed kapliczką. Ale zaraz potrzebny był daszek. Napisałem podanie, które akurat rozpatrzono pozytywnie. Zrobiłem schody na dół i płyty w parku. Potem były kolejne etapy. Co chwilę wołano mnie na kolegia, bo to wszystko według władzy było nielegalnie. To mnie jakoś nie interesowało. Nic się nie bałem, nie płaciłem tych kolegiów, a swoje robiłem. Oni to widzieli, ale nic nie mogli zrobić. Najpierw był sam namiot, potem betonowa kaplica, w końcu kościół. Proboszczem oficjalnie zostałem kiedy nastała Solidarność.

Rozmawiamy w okresie wielkanocnym. Usłyszeliśmy piękną historię życia, także świadectwo powołania. Jaka myśl w kontekście najważniejszych dla chrześcijan świąt, towarzyszy księdzu w 96 wiosnę życia?

Jeżeli ma to być dla ludzi, to powiedziałbym, słuchajcie, Pan Bóg do każdego mówi i działa na każdego człowieka. My tylko czasem na te wezwania swoje stawiamy wyżej, a Jego niżej. Nie słuchamy. Jestem o tym przekonany. Sam tego doświadczyłem. Pamiętam takie zdarzenie, jeszcze sprzed matury. Czerwiec, idziemy się wykąpać do Warty z kolegami. Przechodzimy obok parafii. Maleńki kawałek ogródka, a tam młody ksiądz, którego znałem. Patrzę, a on w tej gorączce, w sutannie z brewiarzem. Myślę: nie, tego to bym nigdy nie zrobił! To było dla mnie oczywiste i proste. A potem przychodzi coś, co już proste nie było. Pan Bóg do każdego mówi…

A w Święta Zmartwychwstania?

Człowiek nie powinien być głupi, tylko mądry. Jeżeli taką wielką uwagę przykładamy do 70.,100., 150. lat, a przed nami jest wieczność, to jak trzeba być nierozsądnymi, żeby ten odcinek czasu, który został nam dany tu na ziemi, cenić ponad wszystko, a na inne rzeczy, na tą przyszłość, nie zwracać uwagi? Rozpatruję to nawet w kategoriach matematycznych. Te kilkadziesiąt lat to jest moment! Im człowiek ma więcej, tym szybciej płynie czas i pewnego dnia się kończy. Trzeba myśleć o tej dłuższej perspektywie. Wierzę w Pana Boga, więc wiem jak mam żyć. Jeżeli ktoś naprawdę wierzy w życie pozagrobowe, że człowiek jest nie tylko na ten krótki czas, ale dla wieczności, to nie ma rady. Trzeba się dostosować i koniec! (śmiech).

Janusz Życzkowski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2023 Polska Press Sp. z o.o.