Norbert Kowalski

Czy Adam zabił Ewę? Wiadomo tylko, że Ewa nie żyje

Adam Z. (w środku) kilkakrotnie uczestniczył w eksperymentach procesowych. Za każdym razem odbywały się one w centrum miasta, co przyciągało tłumy zaciekawionych Adam Z. (w środku) kilkakrotnie uczestniczył w eksperymentach procesowych. Za każdym razem odbywały się one w centrum miasta, co przyciągało tłumy zaciekawionych przechodniów. Niejednokrotnie wobec samego podejrzanego padały również przekleństwa. Mężczyzna aktualnie przebywa w areszcie.
Norbert Kowalski

Poszukiwania Ewy Tylman dobiegły końca. Od jej zaginięcia minęło osiem miesięcy, w trakcie których młodej kobiety szukali policjanci, były detektyw Krzysztof Rutkowski, a nawet sami poznaniacy. Nie zabrakło też kontrowersji, skandalu i fałszywych śladów.

Na podstawie dotychczasowych ustaleń można stwierdzić z bardzo dużą dozą prawdopodobieństwa, że znaleziono ciało Ewy Tylman. Odzież na ciele ofiary odpowiada tej, w którą w dniu zniknięcia ubrana była 26-letnia kobieta. Ponadto w ubraniu znaleziono także kartę płatniczą wystawioną na jej nazwisko - te słowa wypowiedziane w miniony wtorek przez Łukasza Bielę z Prokuratury Okręgowej w Poznaniu utwierdziły wszystkich w przekonaniu, że w końcu udało się odnaleźć ciało zaginionej kobiety.

Mimo że ubiegłotygodniowa sekcja zwłok tego oficjalnie nie potwierdziła i konieczne będą dodatkowe badania, wszystko wskazuje na to, że jest to już tylko formalność. Zwłoki kobiety wyłowiono w poniedziałek, 25 lipca, wieczorem z Warty na terenie Czerwonaka. W miejscu, które wydawało się już przeszukane.

Zanim jednak prokurator Biela mógł wypowiedzieć te słowa, minęło ponad osiem miesięcy, podczas których losami Ewy Tylman interesował się nie tylko Poznań, ale cała Polska. Sprawa, która początkowo wydawała się zwyczajnym zaginięciem, jakich co roku jest nawet kilkanaście tysięcy, w ciągu zaledwie kilku dni rozrosła się do rozmiarów wcześniej niespotykanych. W poszukiwania zaangażowano setki policjantów. Do akcji włączyła się Grupa Specjalna Płetwonurków RP. Swoje trzy grosze dołożył także były detektyw Krzysztof Rutkowski, który zachęcał... samych poznaniaków, by pomagali mu w odnalezieniu Ewy Tylman. Historię zaginięcia 26-latki z Konina znał chyba każdy mieszkaniec Poznania.

Ostatnia noc

To miał być zwyczajny wypad na imprezę ze znajomymi z pracy - wspólne spotkanie, zabawa i powrót do domu. Ostatni z tych punktów nie został jednak zrealizowany. Ewa Tylman zaginęła w nocy z 22 na 23 listopada 2015 roku.

Do stolicy Wielkopolski na stałe przeprowadziła się w 2014 roku, gdy dostała propozycję pracy. Początkowo była zatrudniona w sklepie Rossmann w jednej z poznańskich galerii handlowych. Później przeniosła się do placówki Rossmanna w innym centrum handlowym. Jeszcze w niedzielę (22 listopada) przyjechała od swoich rodziców z Konina do Poznania. Tamtego feralnego dnia była umówiona z przyjaciółmi o godzinie 21 na grę w kręgle w galerii MM. Stamtąd poszli w kierunku Starego Rynku. Początkowo przebywali w Pijalni Wódki i Piwa, a później przenieśli się do klubu Mixtura przy ul. Wrocławskiej.

Po godzinie 2 Ewa z kolegą Adamem wyszli z Mixtury. Przez kolejne kilkadziesiąt minut stale przebywali na ul. Wrocławskiej. Około godziny 3 ruszyli ul. Podgórną, plac Bernardyński i Mostową w stronę mostu św. Rocha. Tam ślad po kobiecie zaginął. Z informacji przekazanych później przez policję wynika, że po raz ostatni została zarejestrowana przez kamery miejskiego monitoringu o godzinie 3.24 w pobliżu mostu. Wcześniej, bo o godz. 3.18, Ewę i jej kolegę nagrały kamery jednej z prywatnych firm przy ul. Mostowej.

Kiedy w poniedziałek 26-latka nie pojawiła się w pracy, znajomi zaczęli się o nią martwić. Szybko zgłoszono jej zaginięcie na policji, a do poszukiwań przystąpiła także rodzina kobiety. Plakaty pojawiły się w okolicach Starego Rynku, placu Bernardyńskiego i ul. Mostowej. Sama policja również opublikowała oficjalną informację o zaginięciu 26-latki z prośbą o pomoc poznaniaków.

Rodzina Ewy Tylman korzystała ze wszystkich sposobów, by odnaleźć dziewczynę. Do poszukiwań zaangażowała także Krzysztofa Rutkowskiego. Ten do Poznania przyjechał już 25 listopada i wtedy też rozpoczął swoje działania. I o sprawie, która za pomocą mediów społecznościowych już było głośno, stało się... jeszcze głośniej. - Chodzi o życie mojej siostry. Ta sytuacja odcisnęła silne piętno na mojej rodzinie i wykorzystam wszystkie możliwości, by ją odnaleźć - wyjaśniał decyzję rodziny kilka miesięcy temu Piotr Tylman.

Ręka znaleziona w Warcie. Ewa porwana?

Dziesiątki policjantów, psy tropiące, oddziały konne, łodzie, helikopter, ludzie Rutkowskiego, media oraz zainteresowani gapie - tak wyglądały poszukiwania prowadzone w weekend, 28-29 listopada 2015 roku. Był to czas, kiedy doszło do dwóch szokujących wydarzeń. Pierwszy wstrząs nastąpił w sobotę około godziny 12.30. Ludzie Rutkowskiego znaleźli nad brzegiem Warty fragment lewej ręki (od stawu barkowego po dłoń). Szybko pojawiły się pytania, czy może to być ręka Ewy Tylman. Jednak jeszcze tego samego dnia nieoficjalne jeszcze informacje wyjaśniały, że to nie fragment ciała zaginionej kobiety. Dopiero po kilku miesiącach okazało się, że to ręka bezdomnego, którego pozostałe rozczłonkowane części ciała znaleziono później w workach, również w Warcie.

Jeszcze większy szok nastąpił w niedzielę, kiedy brat Ewy Tylman otrzymał tajemniczy SMS z żądaniem okupu za siostrę. Potencjalni porywacze żądali zapłaty pół miliona złotych (odpowiednio 200 tys. i 300 tys. zł na dwa różne konta) do 30 listopada. Podane zostały numery kont oraz imiona i nazwiska osób, którym należałoby wpłacić pieniądze. „Jeśli tego nie zrobicie, zabijemy ją. Ewa Tylman żyje. Przyślemy kartę z nagraniem video. Na policję i Rutkowskiego sr*my i mamy ją w d*pie” - pisali rzekomi porywacze. Jednak i w tym przypadku szybko okazało się, że żądanie jest fałszywe, zwłaszcza że rodzina nie otrzymała żadnego nagrania.

Śmierć Ewy?

- Po eksperymencie procesowym w nocy mamy kolejne wiadomości. Zatrzymaliśmy kolegę Ewy Tylman - Adama Z. Nie byli na moście, do zdarzenia doszło w jego pobliżu, a mężczyzna przyczynił się do śmierci Ewy. Eksperyment polegał na odtworzeniu mężczyźnie całej drogi powrotnej z imprezy. Ustaliliśmy, że incydent wydarzył się nad brzegiem rzeki. Teraz nasze działania będą koncentrować się na rzece - taką wiadomość Andrzej Borowiak, rzecznik wielkopolskiej policji, przekazał dziennikarzom z samego rana w środę, 2 grudnia. Wydawało się, że od tego momentu działania śledczych znacząco przyspieszą, a sprawę uda się wyjaśnić. Wtedy też rozpoczęła się seria kolejnych eksperymentów procesowych w centrum miasta.

Pierwszy z nich odbył się w nocy z 1 na 2 grudnia. Drugi - jeszcze 2 grudnia. Adam Z., który wracał z Ewą z imprezy, przebył z policjantami trasę, którą feralnej nocy miał pokonać z kobietą. Wszystkiemu przypatrywał się tłum gapiów. Z tłumu padały okrzyki. „Jeb*ć cię, ty kur*o!” czy „Śmierć za śmierć” - gdy Adam Z. był wprowadzany do policyjnego radiowozu. Na miejscu pojawił się również Andrzej Tylman, ojciec Ewy. - Odwróćcie go, chcę zobaczyć twarz zabójcy - krzyczał do policjantów, którzy osłaniali Adama Z.

Informacji o śmierci Ewy nie chciała jednak potwierdzać poznańska prokuratura. W tym czasie robiła wszystko, by zebrać materiał pozwalający na postawienie zarzutów Adamowi Z. Czasu na to było niewiele. Mężczyzna mógł być bowiem zatrzymany maksymalnie na 48 godzin. Ostatecznie prokuratura dopięła swego i postawiła mu zarzut tzw. zabójstwa z zamiarem ewentualnym. - Zamiar ewentualny jest wtedy, kiedy osoba podejrzana przewiduje możliwość popełnienia przestępstwa i na to się godzi. W wyniku działań podejrzanego Ewa T. znalazła się w wodzie i Ewa T. nie żyje - wyjaśniała Magdalena Mazur-Prus, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Poznaniu.

Mimo że policja i prokuratura niechętnie przekazywały wiadomości dotyczące zaginięcia Ewy, kolejne informacje zaczęły i tak wypływać dość szybko, głównie dzięki Rutkowskiemu. Ten „detektyw bez licencji” na konferencjach prasowych przekazywał następne informacje ze swoich „ustaleń”. A to pozwoliło częściowo odtworzyć, co robił kolega Ewy po godzinie 3.24, gdy - zgodnie z ustaleniami policji - był z nią widziany po raz ostatni na kamerach monitoringu. - Kamery Hotelu Ibis zarejestrowały go już o godzinie 3.32, kiedy idzie w stronę ul. Kazimierza Wielkiego. Tam jest widoczny już o godzinie 3.35. Z kolei minutę później nawiązał pierwsze połączenie telefoniczne. Nie wiemy jednak, z kim i o czym rozmawiał - zapewniał Krzysztof Rutkowski.

Nadal nie było jednak wiadomo, co dokładnie wydarzyło się między godziną 3.24, kiedy Ewa i Adam byli jeszcze widziani razem, a 3.32, gdy mężczyzna został już zarejestrowany sam. Adam Z. w trakcie przesłuchiwań wielokrotnie zmieniał swoją wersję wydarzeń. Jednego dnia opowiadał, że był tak pijany, iż nic nie pamięta z feralnej nocy, a innym razem miał przyznać się, że wepchnął Ewę do rzeki.

Areszt stał się faktem

Ponad cztery godziny - tyle trwało posiedzenie aresztowe w sprawie Adama Z. To pokazywało, z jak trudną sprawą mamy do czynienia, gdyż przeważnie decyzje dotyczące tymczasowego aresztu są podejmowane w ciągu kilkudziesięciu minut. Ostatecznie sędzia przychylił się jednak do wniosku prokuratury i 4 grudnia wobec Adama Z. po raz pierwszy orzeczono trzymiesięczny areszt. Od tego momentu przedłużano go jeszcze dwukrotnie. Po raz pierwszy w lutym tego roku. - Zebrany materiał dowodowy w postaci zeznań świadków oraz częściowo także podejrzanego wskazuje na wysokie prawdopodobieństwo popełnienia przez niego zarzucanego mu czynu - wyjaśniał tamtą decyzję sędzia Aleksander Brzozowski, rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Poznaniu.

Areszt został też przedłużony w maju. Sąd ponownie wskazał na duże prawdopodobieństwo popełnienia przez Adama Z. zarzucanego mu czynu. Z taką decyzją znowu nie zgodzili się obrońcy podejrzanego. - Nie tylko nie zachodzi „duże” prawdopodobieństwo popełnienia tego czynu przez Adama Z. Moim zdaniem w ogóle nie zachodzi takie prawdopodobieństwo - mówił mecenas Ireneusz Adamczak, obrońca Adama Z.

Zgodnie z tamtą decyzją sądu mężczyzna ma pozostać za kratkami do 27 sierpnia. Jednak wszystko wskazuje na to, że prokuratura będzie ponownie wnioskowała o przedłużenie aresztu. A odnalezienie zwłok 26-latki jest mocnym argumentem za tym. - Gdyby okazało się, że jest to ciało Ewy Tylman, byłaby to bardzo ważna okoliczność dla tego postępowania. Zrobimy wszystko, by je zakończyć - nie ma wątpliwości prokurator Łukasz Biela.

Eksperci podkreślają, że oficjalne potwierdzenie, iż odnaleziono ciało 26-latki, jednoznacznie wykluczyłoby wszystkie pozostałe wersje o porwaniu czy ucieczce kobiety. Dzięki temu tak naprawdę pozostałyby trzy możliwości: nieszczęśliwy wypadek, nieumyślne spowodowanie śmierci bądź zabójstwo. Prokuratura na razie wciąż przekonuje, że prawdziwa jest ostatnia z nich.

Rutkowski w swoim żywiole

Poszukiwania Ewy Tylman przyniosły za sobą wiele nowych wątków, które wypłynęły w ostatnich ośmiu miesiącach. Jednym z nich była kwestia samego Krzysztofa Rutkowskiego. Mimo że ten od samego początku zapewniał, że zależy mu na dobrej współpracy z poznańską policją, w praktyce było zupełnie inaczej. Pierwsze niesnaski pojawiły się już podczas poszukiwań prowadzonych nad Wartą w weekend, 28-29 listopada. Rutkowski grzmiał, że policja utrudnia mu pracę i nie chce pozwolić jego ludziom na prowadzenie działań. Punkt kulminacyjny nastąpił jednak 4 grudnia. Po tym, gdy orzeczono areszt wobec Adama Z., wieczorem policja zatrzymała na autostradzie A2 Rutkowskiego oraz jego współpracowników. Jeden z nich - Radosław B. - usłyszał później zarzut podżegania do składania fałszywych zeznań. Mężczyzna miał namawiać niejaką Karolinę K., by ta zeznała na policji, że widziała, jak Adam Z. zrzuca z mostu św. Rocha do Warty coś dużego. Sama Karolina K. usłyszała z kolei zarzut składania fałszywych zeznań.

Od tego momentu Rutkowski zaczął coraz częściej krytykować wielkopolską policję i śledczych. Coraz częściej zapewniał też, że złoży na nich zawiadomienie do sądu. Z kolei w ostatni wtorek ogłosił, że wystąpi o odszkodowanie ze strony Skarbu Państwa w wysokości 2 mln zł za rzekome narażenie jego firmy na straty wizerunkowe i finansowe. - Interesy mojego biura zostały zmiażdżone. Przekazywanie informacji, że agenci biura Rutkowski fabrykowali dowody, naraziło nas na ogromne straty. Nie będzie taryfy ulgowej - grzmiał Rutkowski.

Kolejna kontrowersyjna, a nawet skandaliczna sytuacja zdarzyła się w ubiegłym tygodniu po przewiezieniu odnalezionego w Warcie ciała do poznańskiego prosektorium. Tam dwóch pracowników firmy pogrzebowej robiło sobie zdjęcia ze zwłokami. Ponadto zaledwie kilkanaście godzin później do poznańskich redakcji miał zgłaszać się mężczyzna, który odnalazł ciało w rzece. Oferował mediom zdjęcia i filmy zrobione przed przyjazdem policji. Wszystkie trzy osoby zostały zatrzymane przez policję. Pracownikom firmy pogrzebowej prokuratura może postawić zarzut znieważenia zwłok oraz ujawnienia informacji ze śledztwa. Mężczyzna, który odnalazł ciało, może usłyszeć tylko drugi z zarzutów.

Autor: Norbert Kowalski

Zaginięcia w Polsce Co roku w Polsce dochodzi do ok. 20 tys. zaginięć. Jednak zdecydowana większość osób, bo aż 98 procent, odnajduje się bez problemów.

Zaginięcie Ewy Tylman jest drugim tak znanym przypadkiem, o którym usłyszał cały kraj. Wcześniej Polakami wstrząsnęła historia Iwony Wieczorek, która zaginęła w nocy z 16 na 17 lipca 2010 roku, gdy wracała z sopockiego Dream Clubu. 19-letnia wówczas kobieta przepadła jak kamień w wodzie. Podczas imprezy pokłóciła się ze swoimi znajomymi i postanowiła iść do domu. Po raz ostatni była widziana o godz. 4.12 przy wejściu nr 63 na plażę. Do dzisiaj nie ustalono, co później się z nią stało.

Norbert Kowalski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetalubuska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.