Derby widziane z dystansu lat

Czytaj dalej
Fot. Arch. Pawła Protasiewicza
Marcin Łada

Derby widziane z dystansu lat

Marcin Łada

W niedzielę derby. Nie pierwsze i nie ostatnie. O wspomnienie minionych potyczek lubuskich drużyn poprosiliśmy byłych zawodników.

- Jeżeli chodzi o dawne wspomnienia meczów w Gorzowem, to muszę rozczarować. Otóż wychowywałem się w podzielonogórskiej wsi, gdzie obce były pojęcia nienawiści czy szowinizmu. Ludzie byli życzliwi i nikt nie odmawiał pomocy. W takich warunkach zostałem wychowany i jako młody zawodnik nie rozumiałem animozji między niektórymi zawodnikami z Zielonej Góry i Gorzowa. Z upływem lat poznawałem osobiście żużlowców Gorzowa, z których najbardziej lubiłem Pogorzelskiego, Migosia, Jancarza, Nowaka, Plecha i kilku innych. Byli też tacy, których polubić nie mogłem... W zasadzie między zawodnikami, których się lubiło, panowała zgoda i szacunek. Zawsze najbardziej iskrzyło między działaczami i to oni tworzyli otoczkę zła. Żużel to sport niebezpieczny i nie zawsze da się zapanować nad motocyklem.

A kiedy w parkingu jest instruktor czy działacz, który podczas biegu krzyczy: „w płot go, w płot!” świadczy, że często mamy do czynienia z ludźmi nieodpowiedzialnymi. Pamiętam jak na początku lat 70. były derby. W jednym z biegów kiedy prowadziłem, wjechał we mnie Plech i razem zapakowaliśmy w drewnianą bandę. Plech poderwał się jak kot na cztery łapy, a ja długo nie wiedziałem, gdzie jestem. Nie przypominam bym był przepraszany i nie oczekiwałem tego... Choć niedoszły teść niczym sarna przeskoczył bandę... Nie wytrzymał tych emocji - wspominał Paweł Protasiewicz, żużlowiec zielonogórskiego klubu w latach 1967-77.

Sam Zenon Plech nie pamięta tego zdarzenia, ale nie wyklucza, że tak mogło być.

- Nasze mecze zawsze wyzwalają we wszystkich dodatkowe napięcie - przyznaje urodzony w Zwierzyniu sportowiec i dodaje: - To są derby, to mówi samo za siebie. Ta rywalizacja toczy się nie tylko pomiędzy klubami, zawodnikami. To również, a może jednak przede wszystkim konkurowanieze sobą dwóch miast o wyższość w regionie. Kto będzie rządził w województwie do następnego pojedynku. Co więcej, kibice obu drużyn, jak i lokalne media podgrzewają atmosferę.

A czy zawodnicy z obu lubuskich klubów czasem sobie pomagali?

- Trudno to nazwać pomocą, ale kilka razy z Plechem podróżowaliśmy pociągiem na zaplecze kadry młodzieżowej. Z bagażami siedzieliśmy razem w przejściu między wagonami. Motocykle w wagonie pocztowym, gdzie trzeba było osobiście zapakować i wypakować. Pomoc była konieczna - powiedział pan Paweł.

Zenon Plech (pierwszy z prawej) i Paweł Protasiewicz obok siebie w plastronach z „Mychą“. Wtedy nikomu to nie przeszkadzało...
Arch. Pawła Protasiewicza Zenon Plech (pierwszy z prawej) i Paweł Protasiewicz obok siebie w plastronach z „Mychą“. Wtedy nikomu to nie przeszkadzało...

Zdaniem pana Zenona obecnie zawodnicy także utrzymują ze sobą kontakt i są ze sobą w dobrych relacjach. - Dzisiejsi żużlowcy również znają się, bo spotykają się ze sobą na różnych zawodach. Zarówno w jednej, jak i w drugiej ekipie są koledzy - przekonuje Plech, który reprezentował żółto-niebieskie barwy w latach 1970-1976. On sam ma też bardzo dobre wspomnienia związane z derbami. - Jako zawodnikowi Stali zawsze jeździło mi się dobrze z Falubazem. Nie sprawiało mi to różnicy, czy to było w Zielonej Górze, czy w Gorzowie. Nigdy nie przyjechałem z zerem, no chyba że upadłem czy mnie wykluczyli. Tak było chociażby w pierwszym moim spotkaniu ze Zgrzeblarkami w 1972 roku, w którym zdobyłem dziewięć punktów - przypomniał gorzowianin. Co ciekawe, lepszym w tym spotkaniu był beniaminek z Zielonej Góry.

Plech nie dostrzega też żadnej różnicy pomiędzy derbami za jego czasów, a tymi obecnymi. - Dziś jest o wiele większe zainteresowanie mediów? Kiedyś nie było telefonów komórkowych czy przenośnych komputerów, ale media były zawsze, tak jak i kibice, którzy wywierali na nas presję - powiedział były lider „Staleczki”.

Derby? Zawsze najbardziej iskrzyło między działaczami i to oni tworzyli otoczkę zła.

Za to Zbigniew Marcinkowski, żużlowiec „Myszy” w latach 1967-79 przyznał, że nie pamięta niczego szczególnego, co wiążę się z derbami. Przetrwały znajomości z zawodnikami. - Do dziś mam kontakt z Zenkiem, Nowakiem, czasami z Fabiszewskim i Padewskim. Mogę się o nich wypowiadać w samych superlatywach. Raz tylko, ale zupełnie nie pamiętam z jakiej okazji, Stal miała trenować w Zielonej Górze i Edek się bał, że ktoś na niego napuści milicję. Poprowadziłem go drogą przez wioski. Trudno mi powiedzieć czy faktycznie ktoś miał wobec niego takie plany. A same mecze? Jeździliśmy ligówki, które zwykle wygrywała Stal. Generalnie walczyli zawodnicy pochodzący z Zielonej Góry i Gorzowa. Wiemy wszyscy jak to dziś wygląda. Generalnie było bardzo fajnie - podsumował były as zielonogórskiej drużyny.

Marcin Łada

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.