Ilona Burkowska

Dla nich walentynki trwają ponad 60 lat [interaktywne zdjęcia]

Zenon i Gizela Owocowie mają za sobą 65 lat małżeństwa. Jak żartuje pani Gizela, dawała związkowi 25 lat.Ich sąsiadami są Marianna i Stanisław Polakowie. Fot. Mariusz Kapała Zenon i Gizela Owocowie mają za sobą 65 lat małżeństwa. Jak żartuje pani Gizela, dawała związkowi 25 lat.

Ich sąsiadami są Marianna i Stanisław Polakowie. Staż małżeński? 60 lat.
Ilona Burkowska

- Piękna, oj śliczna była ta dziewczyna moja... - wspomina z błyskiem w oku Zenon Owoc. - Spodobał mnie się on - uśmiecha się ciepło do męża pani Gizela. Ślub cywilny - tylko oni i świadkowie. Bez ceremonii, skromnie.

Dawno temu powiedziałem do żony: „Słuchaj, pamiętaj, że my do 2000 roku żyjemy. Musimy zobaczyć, jak będzie wyglądał wówczas świat. A potem niech będzie koniec” - Zenon Owoc przewraca karty opasłego segregatora pełnego zdjęć, w którym uwiecznia życie rodzinne. Twarze, usmiechy... - 2000 rok minął, minął nawet 2010, a my nadal na tym świecie. Były gody diamentowe, a teraz żelazne... Widzi pani, kartek już brakuje, zdrowie ucieka, a my - jesteśmy.

- Ja myślałam, że jak 25 lat razem przeżyjemy, to już będzie koniec - kręci głową, jakby niedowierzając kalendarzowi, Gizela Owoc.

- No, ale co... Leczymy się, terminy nowe nam ustalają. Nigdzie się nie wybieramy, bo na lekarzy musimy czekać - śmieją się.

Państwo Owocowie mieszkają przy Krzywoustego w Zielonej Górze. Oni na dole. Na górze - Marianna i Stanisław Polakowie. Tak pół wieku żyją pod jednym dachem, w jednej klatce. Kawał czasu, historii i życia. To szczęśliwe miejsce jest. Owocowie 65 lat po ślubie, Polakowie - 60 lat.

Państwo Owocowie

Po spotkaniu z prezydentem Zielonej Góry (w październiku w filharmonii było uroczyste wręczenie jubileuszowych Medali za Długoletnie Pożycie Małżeńskie, Polakowie i Owocowie dostali listy gratulacyjne i życzenia) i po mszy św. urządzili sobie „klatkowe”. Imprezę dla uczczenia rocznic.

Ponad 60 lat temu u Polaków

- To ona mnie zaczepiła... - wspomina pan Stanisław.

- Tak, ja, na pewno... - droczy się pani Mania.

Poznali się w Polskiej Wełnie. Ona już pracowała, jak Staszek przyszedł do pracy. Trafili do jednego biura i tak zerkali na siebie. Oczywiście jak najbardziej ukradkiem.

- Kiedyś Mania mnie zaprosiła do siebie. Zamieszkała na prywatnej kwaterze z koleżankami i jak one wyjeżdżały, to tam się spotykaliśmy. Graliśmy w coś chyba. I tak mieliśmy się ku sobie - poważnieje pan Stanisław. - Ówczesny dyrektor naszej Polskiej Wełny wezwał mnie któregoś dnia do siebie i pyta, kiedy się w końcu pobierzemy. To ja mu, że nie wiem. A on, że jak weźmiemy ślub, to da nam mieszkanie. Malutkie, pokój z kuchnią, jeszcze na Chrobrego. To wzięliśmy ten ślub.

Cywilny brali 6 października 1955 roku w Zielonej Górze. Tak jak stali, bo to był przecież zwykły dzień roboczy. Po pracy do urzędu poszli tylko oni i świadkowie. Kościelny, miesiąc później, 22 listopada, już był bardziej na elegancko. Suknia pożyczona, bo na własną pieniędzy nie było. Bukiecik skromny. Ale rodzice pani Mani przyjechali i Staszka rodzina. Przyjęcie urządzili w jednym, malutkim pokoiczku. Bez tańców, bo nie było miejsca. Ale kiedyś to ludzie byli najważniejsi.

Niedługo potem na świecie pojawił się syn Sławek, po siedmiu latach córka Aneta. Młodość, jak to młodość, pełna była wzlotów i upadków.

- Nie było lekko. Brakowało pieniędzy. Kłóciliśmy się nie raz i zaraz potem godziliśmy, jak to w małżeństwie bywa - opowiada pani Marianna.

- Ale się kochaliśmy - wtrąca małżonek. - Więc te wichury to oczywiście nic nie znaczyły...

Piękna, piękna była

- Piękna, oj śliczna była ta dziewczyna moja... - wspomina z rozrzewnieniem Zenon Owoc.
- Spodobał mnie się on - uśmiecha się pani Gizela.

Poznali się, bo... matka pana Zenona złamała rękę. Przyszła żona przyjechała pomagać w pracach domowych.

- Jak już wiedziałem, że panna ma przyjechać, myślę, że może ładna będzie. Nie rozczarowałem się. Jak przez tydzień u nas była, to żeśmy sobie opowiadali, na spacery chodzili. Potem wyjechała do siebie na wieś, ale pisaliśmy do siebie liściki. Uczyłem się w technikum w Poznaniu, ale praktykę wybrałem w Kobylej Górze, gdzie ona mieszkała. I wtedy postanowiłem: będzie ślub - śmieje się pan Zenon.

Państwo Polakowie

Pobrali się 30 grudnia 1950 roku. Ślub cywilny to był kontrakt przed urzędnikiem. Oni i świadkowie. Bez ceremonii. Bardzo, bardzo skromnie.

- Bieda była straszna, oj, była - wyjaśnia pani Gizela.
- Wesele wyprawiał stryj. Wtedy była zmiana pieniędzy, dewaluacja złotówki, zakaz handlu złotem. Nic nie można było kupić. Obrączki mieliśmy srebrne, nosimy je do dzisiaj - dodaje mąż.

Kościelny był po tygodniu. 3 stycznia 1951 roku. Pojechali bryczką ze stangretem. Wesele w wiejskim domu stryja. Na 35 osób. Sukienka biała była i jedzenia sporo.

- No, i orkiestra. Pięknie to było. Lekka zima, wszystko przyprószone śniegiem - wspomina pani Gizela.

Mieszkania nie mieli. Ona wróciła na wieś, on pracował w Poznaniu. Chcieli być razem, więc pojechała dla niego do miasta. Gdy urodziła się im córka, najemca wymówił kwaterę. Dostali przydział na mieszkanie w Żaganiu. Pojechali na miejsce i przerazili się. Ruina, miasto zupełnie zniszczone. Z klatki schodowej było widać niebo. Krótko tam mieszkali, bo pan Zenon trafił do wojska, żona z córką z powrotem na wieś. W końcu, w 1957 roku, osiedli w Zielonej Górze. Pan Zenon pracował tu w Telekomunikacji ponad 50 lat.

Walentynki: święto zakochanych przypadające 14 lutego. Nazwa pochodzi od św. Walentego, którego tego dnia wspomina Kościół katolicki. Zwyczajem w tym dniu jest wysyłanie listów zawierających wyznania miłosne i obdarowywanie się drobnymi upominkami. Do Polski obchody walentynkowe trafiły wraz z kultem świętego Walentego z Bawarii i Tyrolu. Popularność uzyskały jednak dopiero w latach 90. XX wieku.

Blisko, najbliżej

- A my w Zielonej Górze wcale nie chcieliśmy zostać - zdradza pani Marianna z Bronic koło Nałęczowa na Lubelszczyźnie. Z nakazu pracy tu trafiła. Pan Stanisław, urodzony w Rzykach koło Andrychowa, też tu z nakazu. Przyjechał z trzema kumplami w 1953.

Trochę nie wierzą, że to już tyle lat. Przeleciały wczasy w Dziwnowie i wyprawy na koncerty Haliny Kunickiej na stadion, gdy po ciemku szli za ręce, bo tam były pola. I jak Sławka zabrali raz na żużel, a on tak się przestraszył, że aż pani Mania obraziła się i postanowiła, że więcej nie pójdzie na mecz. I rok 1981, kiedy malucha, białego, otrzymali z przedpłaty. Radość to była wielka!

Pokazują zdjęcia z młodości, fotografie z I Komunii Św. syna, z rodzinnych imprez. I uśmiechają się tajemniczo...

- Staszek, a ty pamiętasz, jak my się kłóciliśmy? - pyta pani Marianna.
- Oj, były, były kłótnie. I to jakie! Nie ma tak, żeby się ludzie nie kłócili. Najważniejsze, że w razie czego, gdy ciężko, można na tę drugą osobę liczyć. Bo we dwoje, naprawdę, łatwiej żyć. Teraz jesteśmy ze sobą. Blisko siebie. Chyba bliżej niż kiedykolwiek. Jest fajnie, bo nic już nie musimy.

Doczekali się trzech wnuczek i jednej prawnuczki, 8-letniej Ani. Rocznicę ślubu obchodzili w restauracji. Hucznie, były tańce, życzenia i wiersz o jubilatach, który napisał syn Sławek.

Walentynki? To dla młodych. Polakowie ich nie obchodzą. Ale też świętują - bo tego dnia ich wnuczka Lidka ma urodziny.

- Ale tak ot, wcale nie od święta, robimy sobie uroczyste kolacje. To taki nasz rytuał, od lat. I mąż się wtedy wtrąca, gdy ja coś gotuję - śmieje się pani Mania.
- Oj tam, wtrąca...
- Wtrącasz, ale z korzyścią.

Ich zdaniem na bycie razem to nie ma żadnej recepty. Trzeba się lubić i szanować. Ale i ustępować drugiemu. Teraz żyją inaczej. Chyba spokojniej. Lepiej. Bez uniesień, ale i bez lęku o przyszłość. Mają emerytury, mieszkanie, autko, działkę. Człowiek się dotarł. Oczywiście, zdarzają się jakieś dąsy, ale to już nie to, co kiedyś. Nie mają poczucia, że zmarnowali życie. Nie rozmyślają: bo i po co? Czekają na wiosnę, bo to oznacza działeczkę ukochaną.

- Żeby Bóg tak każdemu małżeństwu dał żyć, jak myśmy mieli, prawda Staszek? - uśmiecha się pani Mania patrząc na małżonka.

Dla obiadków żonki warto żyć

Owocowie doczekali się w sumie czworga dzieci (Beata, Lechosław, Małgorzata i Piotr), sześciorga wnuków i pięciorga prawnuków. Cała historia rodziny w segregatorach i albumach zamknięta... To 26 wielkich tomów, które stoją na regale. To oczko w głowie seniora rodu. Bo dla Owoców rodzina to skarb. Świętują wszystkie rocznice, urodziny, święta. Los ich nie oszczędzał, rzucał po kraju: Poznań, Kobyla Góra, Żagań (ale tam ruina była, że strach wspominać), wreszcie Zielona Góra. Swoje przeszli. Ale to ich wzmocniło, dało siłę.

- Bardzo przeżywamy każde urodziny wnuków, każde rodzinne święto. Każdą ich radość i smutki - mówi przeglądając fotografie pani Gizela.

Dzieci dzwonią codziennie. - Meldują się - żartuje pan Zenon. Bez tych telefonów nie wyobraża sobie życia.

Na ścianach w pokoju zdjęcia. Mnóstwo zdjęć. Dzieci, wnuki, prawnuki. Małe i większe... I wszystkie, jak jeden, ukochane.

- Przeleciało ono, oj przeleciało - mówią o życiu, wertując rodzinną kronikę. - I różnie bywało. Ale nie trzeba narzekać. Bywały nieporozumienia i kłótnie, burze i słoneczne dni, małe i większe nieporozumienia, ale trzeba umieć się zgodzić i wzajemnie szanować. I nauczyć się wybaczać.

Recepty na długowieczność nie ma. Na życie razem - wcale.

- Wola Boża, miłość i szacunek. Zgodzić się, być szczęśliwym, nie kłócić się. Szanować się, nie denerwować i wspierać w trudnych chwilach- mówi pani Gizela. - My zgodnie z tym i już kolejny rok leci...

- Walentynek nie obchodzimy, bo my mamy walentynki zawsze. Co to właściwie jest tylko jeden dzień. Tak ma być zawsze, a nie od święta. Kiedyś walentynek nie było i ludzie żyli - uważa pan Zenon. - Ja chwalę, jak piękny obiadek żona zrobi. Bo tak gotuje, że cud. Już dla samych tych jej obiadów nie warto umierać!

A na przyszłość... Czego sobie życzą?

- Zdrowia. W naszym wieku to najważniejsze. - mówi pani Marianna, a mąż kiwa głową. Nagle się ożywia. - A wie pani, ja to bym sobie życzył jeszcze, żeby prezydent nam remont ulicy Krzywoustego zrobił - podpiera się pod boki pan Stanisław.

- Jak sąsiad mówi, to tak właśnie jest - pan Zenon równie dziarsko podchodzi do tematu. Bo my tu, proszę pani, razem z sąsiadami o pięć lat młodszymi, tworzymy zgraną drużynę. Małżeństw ze stażem!

Nazwy rocznic ślubu

Ilona Burkowska

Gdy dzwonicie do „Gazety Lubuskiej”, to zwykle ja podnoszę słuchawkę... W dziale łączności z Czytelnikami pracuję od 8 lat. Pomagam, podpowiadam, dzwonię, piszę pisma, kontaktuję Was ze specjalistami. Działam z Wami i dla Was. I to właśnie uwielbiam w tej pracy.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.