Anna Chreptowicz

Dzięki wirtualnej adopcji, mały Samson z Afryki ma co jeść

- Samson, to jeden z nas. Nasz szkolny kolega. Tylko... na odległość - mówią uczniowie. Fot. Mariusz Kapała - Samson, to jeden z nas. Nasz szkolny kolega. Tylko... na odległość - mówią uczniowie.
Anna Chreptowicz

W szkole w Podmoklach Małych uczniowie uczą się pomagać innym od najmłodszych lat. Dlatego regularnie przynoszą do szkoły nakrętki, by pomóc Samsonowi.

- Czy wiecie, kim jest ten chłopiec ze zdjęcia, które wisi na szkolnym korytarzu? - pytamy uczniów z Zespołu Edukacyjnego w Podmoklach Małych.

- No pewnie! To jest Samson, nasz kolega. Mieszka w Zambii, a my mu pomagamy, żeby miał co jeść i mógł się uczyć, tak jak my - odpowiadają dzieci i dodają, że ich pomoc polega przede wszystkim na zbieraniu plastikowych nakrętek.
Wszystko zaczęło się w kwietniu 2014 roku. Wówczas to, z inicjatywy Małgorzaty Radnej, szkoła w Podmoklach zaadoptowała małego Samsona.

- Z uczniami klas IV, V, VI realizowaliśmy projekt „Afryka. Poznać, zrozumieć, pomóc”, który polegał przede wszystkim na zapoznaniu dzieci z trudną sytuacją mieszkańców Afryki - opowiada pani Małgorzata. Pierwsza prawdziwa akcja pomocowa odbyła się na jasełkach, podczas których dzieci zbierały pieniądze na szczepionki dla Afrykańczyków.

Koszt jednej takiej szczepionki, to ledwie złotówka

- To była wtedy głośna kampania UNICEF-u. Potrzebnych było jak najwięcej szczepionek. A koszt jednej takiej szczepionki, to ledwie złotówka. Dzieci zrobiły wspaniałe przedstawienie, puściły również wzruszający film, na którym matka z dzieckiem apelowała o zakup szczepionek. I stało się coś niezwykłego. Udało nam się zebrać 1.000 zł! - mówi Elżbieta Ryczek, dyrektor szkoły.
Okazało się też, że nie tylko dzieci chętnie angażują się w pomoc, robią to również ich rodzice i pozostali mieszkańcy wsi. To skłoniło pracowników szkoły do kontynuacji pomagania i poszukania jakiejś nowej akcji.

- W Afryce jest naprawdę dramatyczna sytuacja. Nawet w momencie, kiedy rozmawiamy, umierają kolejne dzieci. Ludzie o tym nie myślą, nie zdają sobie z tego sprawy, bo mają swoje problemy, tu i teraz. Dlatego właśnie chcieliśmy zwrócić ich uwagę na Afrykę, w jakiś sposób pomóc, przede wszystkim tym dzieciom - mówi Małgorzata Radna.

I tak trafiła na fundację Kasisi, która w Polsce jest wspierana przez Szymona Hołownię, a jej głównym celem jest pomoc opuszczonym i chorym dzieciom z Zambii. Za sprawą fundacji powstał dom opieki prowadzony przez siostry zakonne, w którym schronienie znalazło sporo potrzebujących maluchów.

Dla nas ta suma może się wydawać śmieszna, dla niego to majątek

- I tam też trafił nasz mały Samson, zabrany z ulicy razem z dwiema młodszymi siostrami. Decyzję o tym, że to właśnie jego adoptujemy, podjęły nasze dzieci. Być może zadecydował fakt, że były w zbliżonym do chłopca wieku - mówi Elżbieta Ryczek.
Szkoła co miesiąc wysyła na rzecz chłopca 50 zł. Pieniędzy wystarcza na miesięczne wyżywienie i naukę.

- Dla nas ta suma może się wydawać śmieszna, dla niego to majątek. Co ważne, my nie zbieramy w szkole pieniędzy, tylko plastikowe nakrętki. W Podmoklach nikt nie wyrzuca nakrętek. Zawsze powtarzamy naszym dzieciom i mieszkańcom, że nakrętka jest jak kromka chleba. I wszyscy naprawdę przykładają się do zbierania. Dzieci przynoszą do szkoły worki pełne nakrętek. Zbieramy je tonami! - opowiada Małgorzata Radna, która wraz ze swoim mężem, burmistrzem Babimostu Bernardem Radnym, również zdecydowała się na wirtualną adopcję. - Ponieważ mamy dwóch synów, postanowiliśmy adoptować jedną z sióstr Samsona, której pomagamy w taki sam sposób, jak jemu - dodaje.

Dzięki tym adopcjom, los schorowanych i opuszczonych dzieci, które znajdują się pod opieką fundacji, zmienia się na lepsze. Dowód? Na początku dzieci spały na podłodze, w kiepskich warunkach. Dziś każde z nich ma już swoje łóżeczko. Mają też szanse na normalny posiłek i naukę w odpowiednich warunkach.

Kasisi to wioska misyjna, która znajduje się w Zambii. Już w latach dwudziestych XX wieku miały tu swój dom siostry dominikanki. Powstanie sierocińca w tym miejscu, było owocem konkretnych wydarzeń i potrzeb. Z sierocińcem często kontaktują się szpitale, hospicja, w których rodzice umierają na oczach swych pociech. O pomoc do sióstr często zwraca się również policja i opieka społeczna z prośbą o przygarnięcie dzieci porzuconych, zaniedbanych i maltretowanych w patologicznych rodzinach.

Anna Chreptowicz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetalubuska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.