„Dziki” grał na najlepszych festiwalach. Teraz powstał o nim film dokumentalny

Czytaj dalej
Fot. Taida Jasek
Monika Pawłowska

„Dziki” grał na najlepszych festiwalach. Teraz powstał o nim film dokumentalny

Monika Pawłowska

To będzie historia bluesmana z Oświęcimia, który sięgnął dna i omal nie wybrał się na tamten świat. Wiesław Dziki Kaniowski i BIBA Studio zapraszają na premierę filmu, koncert i licytację dla Mai

Wiesław Kaniowski, znany jako „Dziki”, to chodząca legenda Oświęcimia. Bluesman z krwi i kości, charyzmatyczny wokalista, miłośnik tatuażu, od ponad 20 lat trzeźwy alkoholik. To bohater filmu dokumentalnego, którego premiera odbędzie się już 21 maja w Oświęcimskim Centrum Kultury.

Dobry rocznik 1950

Umówić się z „Dzikim” na wywiad graniczy z cudem. Raz, bo bardzo tego nie lubi, a dwa - ciągle cierpi na brak czasu. Ale specjalnie dla nas „wygospodarował” chwilę. Wpada do redakcji z opatrunkiem na szyi.

- Spokojnie, to tylko dziara (czyli tatuaż) - rzuca od progu. Na ciele „Dzikiego” nie ma przypadkowych „zdobień”. Każdy tatuaż to opowieść, ważna cząstka jego samego, choć nieraz trudno zrozumieć te jego obrazki. Tę historię piszą mu na ciele, odkąd skończył 16 lat. Urodził się 13 sierpnia 1950 roku.

„Dziki” gra na wielu imprezach w Oświęcimiu i okolicy. Na zdjęciu występ podczas Dni Brzeszcz
Taida Jasek „Dziki” jest legendą Oświęcimia. Jego zachrypnięty głos przyprawia o ciarki

Nim sam chwycił za mikrofon, najpierw słuchał muzy. Jak każdy nastolatek z tych czasów zaczynał od The Beatles, Rolling Stones, później przyszła fascynacja Led Zeppelin, Deep Purle, by wreszcie pokochać bluesa.

- Miałem 14 lat, moja angielszczyzna była wiadomo jaka, a wygrałem konkurs piosenki w Zakładowym Domu Kultury. Publika szalała, a ja szczęśliwy zszedłem ze sceny z ogromnym miśkiem - wspomina „Dziki”. I tak zaczęła się muzyczna przygoda, która trwa do dziś.

Dotknął dna, ale się odbił

Równie mocno jak żonę i muzykę, „Dziki” kochał niestety alkohol.

- W tamtych czasem byłem odlewnikiem, bardzo dobrze zarabiałem w zakładzie u salezjan i stać mnie było prawie na wszystko - wyznaje. - Kiedy przepiłem już, co miałam przepić, wlewałem w siebie „wynalazki” - mówi bez ogródek.

Gdy już stoczył się na samo dno, postanowił ze sobą skończyć. Próba samobójcza była nieudana.

- Zawdzięczam życie mojej żonie - szczerze wyznaje Kaniowski. - Bardzo jej dziękuję, że żyję. I że jest ze mną od 43 lat.

Dzięki samozaparciu i pomocy kolegów z Klubu Abstynenta odbił się od dna i rozpoczął muzykowanie razem z anonimowymi alkoholikami w zespole „Arkan”. I wtedy pojawił się Janusz Centar z „Ligi Dusz”.

- Zadał mi tylko jedno pytanie: czy piję - mówi „Dziki”. Kiedy odpowiedź była przecząca, zaprosił do zespołu. Zaśpiewał i został. Przez pięć lat zagrali razem ponad sto koncertów. Do niezapomnianych zalicza ten z „Irą” i „Dżemem”.

- Podszedł do mnie po koncercie Rysiek Riedel i powiedział krótko: chłopie, to jest to - mówi ze łzami w oczach.- Był 1993 rok, a za parę miesięcy już go z nami nie było - dodaje.

Podbili serca publiczności na Rawa Blues i na festiwalu Riedla. Razem nagrali płytę i niesieni sukcesami... rozstali się.

- Nie chcę mówić o powodach - ucina krótko. Odnalazł się w kolejnych składach różnych kapel. Jak przekonuje, jeszcze zaskoczy swoją publiczność.

„Dziki” gra na wielu imprezach w Oświęcimiu i okolicy. Na zdjęciu występ podczas Dni Brzeszcz
Archiwum prywatne Z „Ligą Dusz” Wiesław „Dziki” (w środku na dole) grał pięć lat

Od początku był znany, nie tylko fanom mocnego uderzenia, ale również milicjantom. Początek lat 90. „Dziki” przychodzi na festyn na zakończenie lata. Zatrzymuje go wysoki rangą jeszcze do niedawna milicjant i pyta gdzie? A „Dziki” ze stoickim spokojem „Dzisiaj ja tu będę śpiewał, a ty będziesz pilnował, żeby mi się nic nie stało”.

- Tak było - śmieje się bluesman. - Nie powiem, że byłem grzeczny. Ale życie nauczyło mnie pokory - dodaje. I pomyśleć, że mogło go już nie być między nami. - Miałem ciężki wypadek, jestem po trepanacji czaszki - mówi. Pamiątką po tym jest wielka szrama na głowie. - Pamiętam pierwsze słowa lekarza po wybudzeniu ze śpiączki: „Ty marmelado, jeszcze nie czas na ciebie, masz dużo do zrobienia”. I działam - śmieje się.

Koncertuje, z kim się da i gdzie się da. Chętnie śpiewa charytatywnie. - Czasem jestem nawet świętym Mikołajem, broda mi pomaga - mówi „Dziki”.

Propozycja niczym sen

„Dziki” często śnił o piosence „Dżemu” „Sen o Victorii” i po wielu latach zaśpiewał ten hymn na jednym z koncertów. Długo się do tego zbierał, bo jak mówi, obawiał się ją sprofanować. Teraz śpiewa ją często.

Ale nawet w jego najbardziej niewyobrażalnych marzeniach sennych nie pojawił się film o nim samym. Kiedy przyszła taka propozycja, zgodził się od razu.

- „Dziki” to ikona tego miasta - tłumaczy reżyser filmu Paweł Kłoda. - Ta historia musiała być przez nas „zmaterializowana”, głupotą byłoby ją zlekceważyć - dodaje.

Razem z operatorem kamery Danielem Tarnowskim, pracowali nad filmem dwa lata. Czy ta produkcja zaskoczy widza?

- Mamy nadzieję - wyznaje Paweł Kłoda. - Gdy pierwszy raz prezentowałem go Wieśkowi, było sporo momentów, gdy zaszkliły mu się oczy. Bardzo mnie to ucieszyło, ponieważ film wywołuje emocje, a o to chodziło - dodaje.

Premiera będzie 21 maja o godz. 17.30 w Oświęcimskim Centrum Kultury. W programie również koncert „Dziki Aqustic” i aukcja charytatywna na chorej Mai. Wstęp jest bezpłatny.

Monika Pawłowska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetalubuska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.