Edward Mosberg, człowiek, któremu nikt nie śmiał przerwać

Czytaj dalej
Fot. Jakub Szymczuk/KPRP
Marcin Kędryna

Edward Mosberg, człowiek, któremu nikt nie śmiał przerwać

Marcin Kędryna

Wydaje mi się, że pierwszy raz zauważyłem pana Edwarda w Auschwitz, na Marszu Żywych w 2018 roku. Wbił się między idących na czele marszu polityków. Szedł w pasiaku, z biało-czerwoną flagą. Mimo opowieści o tym, jakoby polskie barwy narodowe miały być podczas Marszu zakazane, nikt się nie odważył mieć do niego o tę flagę pretensji.

Swoją drogą mało kto w Polsce łapie sens Marszu Żywych. Akurat w tej idei nie chodzi o – jak to niektórzy mówią – zawłaszczenie Auschwitz, tu chodzi o słusznej wielkości gest Kozakiewicza: widzicie, mieliście nas wszystkich zabić, śladu po nas miało nie zostać, a jesteśmy. Zbudowaliśmy też bardzo dobrze działające państwo, przyjeżdżają tu kolejne nasze pokolenia. Wasz plan się nie udał.

„Obozy nie były polskie, tylko niemieckie. Wiem, bo je przeżyłem”
Na koniec, w Birkenau, pan Edward wbił się na mównicę i zaczął opowiadać niezbyt wtedy popularne rzeczy, że obozy nie były polskie, że były niemieckie, wie o tym, bo je przeżył. Nie przeżyła cała jego rodzina. I wie, kto jego bliskich zamordował, wie, że to byli Niemcy. Nie jacyś abstrakcyjni naziści. Niemcy. I, że mówi to, bo to jego obowiązek wobec wymordowanych krewnych, bo oni tego w swoim imieniu nie powiedzą. Jako ocalały z Holocaustu mógł mówić wszystko, nikt mu nie przerywał. A on mówił też (dobrze) o przedwojennej Polsce, mówił też o Polakach, którzy ratowali Żydów.

Następnym razem zobaczyłem go 1 września 2019 roku na placu Piłsudskiego. Znów w swym pasiaku, siedział na wózku między lożą honorową a zwyżką dla mediów. Na szyi miał, otrzymany parę miesięcy wcześniej, Krzyż Komandorski Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej. Jego zdjęcia pojawiły się w serwisach światowych agencji.

Parę godzin później, gdy dwadzieścia zagranicznych delegacji z wiceprezydentem USA, prezydentem i kanclerz Niemiec, przeniosły się na królewski Zamek, kręciłem się – jak to miałem w zwyczaju – w kuluarach. Ktoś szedł zapalić, wyszedłem z nim na zewnątrz. Zauważyłem awanturę przy jednej z bramek wejściowych. Pan Edward krzyczał na funkcjonariusza SOP i próbującego mediować pracownika Kancelarii. Chodziło o to, że jednej z towarzyszących panu Edwardowi osób nie było na liście zaproszonych gości. Funkcjonariusz nie mógł wpuścić, pracownik Kancelarii nie chciał podejmować decyzji, a do nikogo wyżej się nie mógł dodzwonić. Pan Edward krzyczał, że on nikogo nie zostawi i że będzie dzwonił do prezydenta. Udało mi się szybko sprawę rozwiązać. Delegacja pana Edwarda weszła na Zamek.

Co jest potrzebne, by pojawił się antysemityzm?
Próbowaliśmy wysłać pana Edwarda do Arkad Kubickiego, gdzie wszyscy czekali na prezydenta. Pan Edward stanął okoniem. I zażądał natychmiastowego z nim spotkania. Powiedziałem, że jest to trudne, gdyż jest teraz piętro wyżej, na koktajlu z szefami delegacji i to jeszcze trochę potrwa. Zostawiłem go na parterze i poszedłem coś tam załatwić. Wróciłem po chwili. Pana Edwarda nie było. A dokładniej: zamykały się za nim drzwi windy. Poleciałem schodami z wizją skandalu dyplomatycznego w głowie. Nic z tego. Pan Edward sprawdził, w której sali jest koktajl i którędy delegacje będą wychodzić, a potem znalazł sobie miejsce blisko tej trasy. Stanął i stał. Próbowałem go namówić, żeby jednak poszedł do Arkad. Odmówił. Tym razem spokojnie. – Ja tu zaczekam – powiedział. Odmówił też krzesła. Stał. Dobre dwadzieścia minut. Koktajl się skończył, głowy państw zaczęły wychodzić. Wszyscy – jak to po koktajlu – raczej wyluzowani. Ale na widok pasiaka pana Edwarda, podchodzili żeby złożyć wyrazy szacunku. Najgłębszy pokłon złożyli – jak się można domyśleć – Niemcy, którym na widok pana Edwarda miny zrzedły. Był tam, jak wyrzut europejskiego sumienia.

Na koniec wyszedł prezydent Duda. Wyściskali się z panem Edwardem. I umówili się, że porozmawiają za chwilę. – Teraz możemy już iść na dół, do Arkad – zaordynował pan Edward.

Z półtorej godziny później załatwiłem mu transport do hotelu (cała okolica Zamku była odcięta – taksówki nie mogły podjeżdżać). Czekaliśmy na kancelaryjne auto, a on opowiadał. O przedwojennym Krakowie, o krakowskich Żydach, chwilę to trwało. – Wie pan co jest potrzebne do tego, żeby się pojawił antysemityzm? Dwóch Żydów. Nic więcej. – powiedział na pożegnanie.

Widziałem go jeszcze cztery razy. Dwa razy w Nowym Jorku. Raz w Warszawie i raz w Oświęcimiu.

Dzwonił do mnie z życzeniami przed świętami Bożego Narodzenia. Życzył przede wszystkim zdrowia. Zadzwonił też w noc po reelekcji prezydenta: - To naprawdę dobry prezydent, w Polsce nie wszyscy to widzą, a on jest naprawdę dobry.

Od paru tygodni się zbierałem, żeby do niego dzwonić. Nie zadzwoniłem. I już nie zadzwonię.

Edward Mosberg, ocalony z Holocaustu krakowski Żyd, amerykański milioner, wielki polski patriota zmarł we czwartek 22 września. 

Marcin Kędryna

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.