Głód, choroby i pociąg śmierci, który miał dać wolność

Czytaj dalej
Fot. archiwum prywtane
Renata Hryniewicz

Głód, choroby i pociąg śmierci, który miał dać wolność

Renata Hryniewicz

- Pomiędzy wagonami, na platformach, leżało mnóstwo ciał, jedno na drugim. To byli ludzie, którzy umarli z głodu. Oparłem się o nich, żeby nie spaść, potem ktoś wciągnął mnie do wagonu - opowiada 92-letni sybirak Eugeniusz Maroszek ze Smogór.

Mówi, że tego nie da się zapomnieć. - Czasami nie pamiętam, co się działo wczoraj, ale okres od 1940 do 1946 roku pamiętam doskonale, z każdym maleńkim szczegółem - zaznacza pan Eugeniusz.

Urodził się 10 kwietnia 1928 roku w Ostrówku na Polesiu (dzisiejsza Białoruś). Jest synem Antoniego i Marianny z domu Bednarczyk. - Po zakończeniu wojny z bolszewikami rząd Polski mówił o lepszej perspektywie życia na Polesiu. Moja rodzina mieszkała w Kieleckiem, powiat koński, gmina Szydłowiec. Nie żyło im się tu dobrze. Brakowało na chleb. Dorosłe dzieci nie mogły się usamodzielnić, bo nie było pracy, nie było żadnego przemysłu. Wtedy większość rodzin wyjeżdżała na Polesie, w Kieleckiem zostali ludzie starzy albo zamożni. Jego rodzina wyjechała - relacjonuje pan Eugeniusz.

Beztroskie dzieciństwo

Od Brześcia w kierunku Baranowicz w powiecie Kosów Poleski, gmina Różana, był parcelowany majątek, a jego właściciel nazywał się Siemiaszko. Większość jego ziem została podzielona i na parcelach powstała osada Ostrówek. Ojciec pana Eugeniusza pomagał geodetom w pomiarach ziemi. - Dostaliśmy 17 hektarów w sąsiedztwie Siemiaszki. To było dość sporo jak na tamte czasy. Ojciec zbudował nam dom. Była nas czwórka. Najstarszy brat Stanisław urodził się jeszcze w Kieleckiem, potem już tutaj urodziła się moja siostra Janina, ja i najmłodszy brat Kazimierz - wylicza pan Eugeniusz. - Pamiętam źródełko koło kościoła, woda była bardzo czysta i zimna. Obok stał garnuszek i każdy spragniony mógł się napić. To były bardzo beztroskie czasy. Chodziliśmy na jagody i grzyby do wielkich lasów. Wracaliśmy umorusani po pachy, a mama musiała nas szorować. Był też strumyk, który dzielił nas z majątkiem Siemiaszka. Też woda była czysta, wyławialiśmy z niego pstrągi, a latem się w nim kąpaliśmy.

Szkoła była w sąsiedniej wiosce, którą zamieszkiwała w większości ludność białoruska. Chodziło do niej niewiele dzieci, mało też kończyło czwartą klasę. - Rodzice uważali, że szkoła nie jest potrzebna. Zamiast do niej chodzić, dzieci pasły krowy, pomagały w gospodarstwie - wspomina pan Eugeniusz. - Miałem torbę z płótna, a w niej dwa zeszyty, drewniany piórnik własnej roboty, ołówek i gumkę. Nosiłem też kamień, bo często w szkole biły nas dzieciaki białoruskie. Wtedy torbą z kamieniem jakoś się broniliśmy...

Po dwóch latach jeden z gospodarzy w osadzie Ostrówek odstąpił część swojego domu na szkołę. - Byliśmy szczęśliwi, że mamy swoją szkołę, że nie będziemy już prześladowani. Pamiętam księdza, który za karę, że nie uważaliśmy, kazał nam klęczeć koło tablicy. Pamiętam nauczycielkę, która uczyła nas wszystkiego, co polskie. Śpiewaliśmy patriotyczne piosenki. Niektóre mogę zaśpiewać jeszcze dzisiaj - zapewnia pan Eugeniusz. - Mieliśmy też nauczyciela, który wpajał nam patriotyzm, mówił o naszym wojsku, że jesteśmy silni i niepokonani. To on powiedział nam, że wkrótce wybuchnie wojna...

Śmierć ojca

Ojciec pana Eugeniusza był szanowany przez mieszkańców osady, także Białorusinów. - Większość z nich nie umiała ani pisać, ani czytać. Przychodzili do nas, a ojciec pisał im podania, nawet prywatne listy. Jak zmarł, ludność białoruska szła za trumną na cmentarz - opowiada pan Eugeniusz.

Antoni Maroszek zmarł w 1934 roku na zapalenie wyrostka robaczkowego. - Miałem sześć lat i bardzo to przeżyłem. Płakałem strasznie, cała rodzina płakała, mamy nie mogli uspokoić. Tata miał dopiero 37 lat - wspomina pan Eugeniusz. - Potem było ciężko, ale mama sobie radziła. Pomagał jej Stasiek, już był na tyle dorosły, że wiedział, jak zająć się gospodarstwem. Nad wszystkim czuwał też wujek, brat ojca, Paweł. W żniwach pomagali Białorusini z wioski. Mieliśmy co jeść. Pieniądze, które mama dostała z ubezpieczenia po śmierci ojca, wpłaciła na książeczkę oszczędnościową. Planowała rozbudować gospodarstwo. Wybuchła wojna, a książeczka stała się tylko bezwartościową pamiątką rodzinną.

Wielka wywózka na Sybir

Kiedy wybuchła II wojna światowa, ludność z centralnej Polski uciekała na Polesie. - U nas wojny nie było widać. Ale za to buntować się przeciwko nam zaczęli Białorusini. Mieli pretensje, że zajęliśmy ich ziemie - wskazuje pan Eugeniusz. - Mówiliśmy na nich kacapy. Grozili, że jak przyjdą Sowieci, wywiozą nas na Sybir. Nie wiedzieliśmy, co to jest, ale starszyzna opowiadała, że jest tam zimno. My nie wierzyliśmy, że gdzieś nas wywiozą. A jednak...

Kiedy wjechały wojska radzieckie, Białorusini wiwatowali. Rosjanie mówili, że wkroczyli na Białoruś, by oswobodzić ich od polskich panów. - Bardzo wcześnie rano, kiedy było jeszcze ciemno, usłyszeliśmy walenie w drzwi i okna. Gdy mama otworzyła, weszło dwóch sołdatów z karabinami, za nimi dwóch cywili. Kazali nam się pakować. Jeden z cywili znał moją mamę, powiedział jej, żeby zabierała jak najwięcej, bo już tu nie wrócimy, wywożą nas na Sybir. Płakaliśmy, zostawialiśmy całe gospodarstwo, dom, krowy, nawet psa - wymienia pan Eugeniusz.

Była to pierwsza i największa deportacja ludności na Sybir. Tysiące polskich rodzin załadowano do długiego pociągu. - Ładowali po kilka rodzin do jednego wagonu. W wagonie były dwupiętrowe prycze, na środku żelazny piecyk, a w podłodze dziura na załatwianie swoich potrzeb. Było ciasno i zimno. Spaliśmy w ciuchach, a do tego opanowała nas wszawica. Drapaliśmy się do krwi - opisuje pan Eugeniusz. - Jechaliśmy ściśnięci jak śledzie, tak chyba ze trzy tygodnie.

Transport dojechał do stacji Kotłas nad rzeką Siewierną Dźwiną. Tu podzielono ludzi na grupy i rozwieziono saniami do miejsc docelowych. Rodzina Maroszków trafiła do posiołka Szund - Oziero. Ulokowano ich w baraku. Z nimi zamieszkała jeszcze rodzina Poleszuków, Rojków i Karczewskiej. Każdy miał swój kąt, a na środku stał jeden piec.

- Komendant zarządził, by wszyscy grupami szli do łaźni. Była tam szczelnie zabita kabina, która pod wysoką temperaturą zabijała wszy. Potem było zebranie - mówi pan Eugeniusz.

Na spotkaniu powiedziano Polakom, że są tutaj jako wrogowie Sowietów. Możliwość przeżycia miała dać im praca, dzięki której dostaną jeść. Pracowali wszyscy, oprócz dzieci.

- Mama gotowała w wielkim kotle wodę dla wszystkich. Pomagałem z bratem nosić ją z jeziora, bo studni żadnej nie było. Rąbaliśmy też drewno. Rano woda musiała być zawsze zagotowana. Komendant straszył mamę, że jak się ludzie pochorują od nieprzygotowanej wody, to wsadzi ją do więzienia. Wstawaliśmy w nocy, żeby podkładać do ognia - wspomina pan Eugeniusz.

Wszyscy ciężko pracowali za marne pieniądze. Były rodziny wielodzietne, którym zarobione ruble nie wystarczały na jedzenie. Dzieci umierały z głodu. Żeby nakarmić rodzinę, mama pana Eugeniusza wymieniała rzeczy, które zabrała ze sobą z Polesia.

- Wiosną było lżej. Najstarszy brat Stasiek został zatrudniony przy spławianiu drewna do portu w Archangielsku. Zarabiał więcej. Nie mieszkał z nami. Pamiętam, jak go z bratem odwiedziliśmy i kupił nam porcję ryby oraz zupę z kaszą i chlebem. Jak nam to smakowało! - uśmiecha się pan Eugeniusz. - W lesie pojawiły się jagody. Chodziliśmy z Kazikiem je zbierać, a potem sprzedawaliśmy w skupie. Wtedy mieliśmy parę rubli na lepsze jedzenie w stołówce. Siostra Janka, choć miała dopiero 15 lat, pracowała z dorosłymi przy korowaniu drewnianych okrąglaków, które były ładowane na statki i wywożone do Archangielska.

W barakach panowały różne choroby. Rodzina Rojków, która mieszkała z Maroszkami, zachorowała. - Nie wiem, co to była za choroba. Umarli rodzice, a potem ich córa Hela. Umierało coraz więcej ludzi. Na cmentarzu pojawiały się kolejne katolickie krzyże - mówi smutno pan Eugeniusz.

Przyszła jesień. Komendant zarządził, by dzieci chodziły do szkoły. Uczono je w języku rosyjskim. - Mieliśmy dwie młode nauczycielki. Były dobre, nie krzyczały, nie biły, często żartowały. Ale na poważnie mówiły, że będziemy kiedyś studiować Marksa, Lenina, Stalina i dzięki temu będzie nam się lepiej żyło w Sowieckim Sojuzie - relacjonuje pan Eugeniusz.

Pociąg śmierci

O napaści Niemców na Sowietów w czerwcu 1941 roku ludność polska na Sybirze dowiedziała się od komendanta. - Rosjanie byli przerażeni, my się cieszyliśmy. Wszyscy wiedzieliśmy, że nasza sytuacja się zmieni na lepsze. Po podpisaniu porozumienia między generałem Sikorskim a ambasadorem Majskim w Londynie o współpracy, komendant mówił nam, że teraz razem będziemy bić Niemców. Powiedziano nam też, że wkrótce będziemy wolni - przyznaje pan Eugeniusz.

Rubel tracił na wartości, zarobek za jagody już nie wystarczał na tyle chleba, ile wcześniej, ograniczano też żywność, bo większość „szła na front dla wojska”. Głód doskwierał coraz mocniej. Ogłoszono amnestię. Sybiracy nie wiedzieli jeszcze, kiedy wyjadą, ale bardzo na tę chwilę czekali. Przecież miało być lepiej...

Pod koniec października wszyscy ruszyli do rzeki Dźwiny. Każdy zabrał to, co najbardziej potrzebne i trochę żywości. Tobołki były niewielkie. Odpłynęli statkiem parowym. - Potem załadowali nas do wagonów towarowych, takich samych, jak w drodze na Sybir. Jechali z nami jacyś przedstawiciele, którzy powiedzieli nam, że w środkowej Azji organizuje się polska armia pod dowództwem generała Andersa - mówi pan Eugeniusz. - Okazało się, że właśnie tam zmierzamy. Ale podróży tej nie zapomnę nigdy. To był pociąg śmierci...

Na stacjach kolejowych puszczano w pierwszej kolejności pociągi z wojskiem, skład z Syberii odstawiany był wciąż na boczny tor, gdzie stał po parę dni. - Żywność się kończyła. Groził nam poważny głód. Przy każdym postoju ludzie szukali pożywienia. Ja raz z siostrą, później z bratem chodziłem po domach blisko stacji. Czasem udało się nam zjeść zupę czy kawałek chleba. Dalej iść nie mogliśmy, bo nie wiadomo było, kiedy odjedzie pociąg. Wiele osób nie zdążyło do odjazdu i zostali - stwierdza pan Eugeniusz.

Zimą 1942 roku Sybiracy wjechali w strefę mrozu. Było coraz trudniej zdobyć żywność. - Szukaliśmy po śmietnikach, zbieraliśmy, co się dało. Mieliśmy w wagonie takiego, co łapał psy, mięso z nich uratowało niejednemu życie. Dużo ludzi jednak umierało z głodu. Układano ich pomiędzy wagonami, na platformie, jeden na drugim. Widziałem zmarłe dzieci, znajome, z naszego wagonu też. Kiedyś na stacji poszedłem z wiaderkiem szukać wody, kiedy wracałem, pociąg ruszył. W ostatniej chwili wskoczyłem tam, gdzie leżeli zmarli. Oparłem się o nich, żeby nie spaść. Potem ktoś wciągnął mnie do wagonu - wspomina pan Eugeniusz.

Pociąg zatrzymał się na stacji Tokmok w Kirgistanie. Tu część deportowanych wysiadła, reszta pojechała do innych republik. Rodzina Maroszków została. Zamieszkiwali tu Kirgizi i Kazachowie. Byli muzułmanami. Nie byli przyjemni dla przybyszów. Maroszków i parę innych rodzin osiedlono za rzeką Czu, w kołchozie Czapajew. - Nie dawano nam żadnej żywności, a pracy nie było. Chodziliśmy do Tokmoku żebrać o jedzenie. Czasami udało się mi i mojej siostrze znaleźć jakąś pracę u Rosjan przy kopaniu ogrodów, za co dostaliśmy jeść, a czasami nawet kawałek chleba albo parę kartofli do domu - mówi pan Eugeniusz.

Przyjaciel Adam i sierociniec

W Tokmoku rodzina spędziła pięć lat. Tu Eugeniusz Maroszek poznał Adama Chwalińskiego. - Z Adamem utrzymuję kontakt do dziś. W 2005 roku, po 60 latach, wróciliśmy do Tokmoku, żeby zobaczyć wszystko raz jeszcze. Adam stracił tu mamę, ja brata - wspomina pan Eugeniusz.

Najstarszy brat pana Eugeniusza zmarł na tyfus. - Stasiek chciał dostać się do armii Andersa, ale się nie udało. Anders wyprowadził część wojska i dużo rodzin przez Iran, ale po resztę już nie wrócił, a Stalin zamknął granice. Stasiek wrócił z Uzbekistanu wyczerpany i chory. Zachorował na tyfus. Zmarł w szpitalu - mówi pan Eugeniusz.

Mama pana Eugeniusza pracowała z córką Janką w cukrowni. Razem też zamieszkały. Niestety, nie mogły dać utrzymania chłopcom, zarobki były tak niskie, że kobiety same chodziły głodne. Pan Eugeniusz i jego brat Kazik trafili do ochronki, gdzie znajdowały się dzieci, które miały rodziców bądź jednego z nich. Tu też był Adam. - Nie wspominam mile tego okresu. W ochronce było zimno, chodziliśmy na boso, nie mieliśmy w co się ubrać, ciągle chodziliśmy głodni - nie ukrywa pan Eugeniusz.

Relacje między rządem Polski w Londynie a Stalinem znacznie się pogorszyły. Stalin oskarżał rząd i Andersa, że niesłusznie obwiniają Sowietów za rozstrzelanie polskich jeńców wojennych w Katyniu. Twierdził, że zrobili to Niemcy. Władze sowieckie rozwiązały ochronki i poselstwa polskie. Ochronkę, w której mieszkali chłopcy, przymusowo chcieli przenieść do ruskiego domu, czegoś w rodzaju poprawczaka. - Nie poszliśmy tam, nie chcieliśmy. Ja, mój brat, Adam i jego siostry błąkaliśmy się, prosząc o jedzenie - mówi pan Eugeniusz.

Wkrótce znów wszystko się zmieniło. W ZSRR powstał polski związek patriotów. Wypuszczono więźniów, których wcześniej zamknięto za to, że nie chcieli przyjąć obywatelstwa radzieckiego. Przyszła też wiadomość o organizacji polskiego sierocińca w Tokmoku. - Dostaliśmy odzież, obuwie, bieliznę. Odwszawiono nas. Mieliśmy materace i pościel. Porcje jedzenia były małe, nadal chodziliśmy niedojedzeni, ale nie było porównania do ochronki. Dzieci zaczęło przybywać. Chodziliśmy do szkoły, a w wakacje pracowaliśmy w kołchozie. Po kolejnych wakacjach odszedłem z Kazikiem z sierocińca - przyznaje pan Eugeniusz.

Zamieszkali razem z mamą i siostrą oraz wieloma innymi rodzinami. 9 maja 1945 roku ogłoszono koniec wojny. - Wszyscy się ściskali, płakali i krzyczeli, że wojna się skończyła, że wrócimy do Polski. Tak się nie stało, zostaliśmy jeszcze rok. Dalej mieliśmy normowane jedzenie, płacono nam za pracę rublami, za które nic nie mogliśmy kupić, bo sklepy były puste. Dopiero w roku 1946 załadowaliśmy się do wagonów towarowych w drogę do Polski - opowiada pan Eugeniusz. - Nie da się opisać radości, jaka zapanowała, kiedy ujrzeliśmy pierwsza polską stację: Białą Podlaską. Nie zapomnę, jak rozdawali chleb wygłodniałym sybirakom. Nigdy go nie zapomnę, polskiego białego chleba.

Pociąg z sybirakami zatrzymał się w Szczecinie. Miasto było częściowo zniszczone, ale można było znaleźć tu dobrą pracę i się osiedlić. Tak się nie stało. Mama i brat pana Eugeniusza odnaleźli rodzinę w Chartowie w powiecie sulęcińskim, gmina Słońsk, i tu się osiedlili. Pan Eugeniusz i siostra Janka zostali w Stargardzie Szczecińskim i podjęli pracę w poniemieckim majątku. Po czasie dostali zaproszenie od rodziny z Chartowa. Pojechali w odwiedziny. Ostatecznie osiedlili się w Smogórach w powiecie sulęcińskim, gmina Ośno Lubuskie.

- Dzisiejsi historycy i niektórzy politycy wmawiają młodym Polakom, że Wojsko Polskie, które wyzwalało nasze tereny, przyniosło na bagnetach komunizm. To nieprawda. Chciałbym, żeby moja rodzina, wnuki, prawnuki, dowiedzieli się, jak my na tym wygnaniu tęskniliśmy za naszą kochaną ojczyzną. Mieliśmy wpajany patriotyzm, którego naszej młodzieży dzisiaj często brakuje - kończy opowieść pan Eugeniusz.

Renata Hryniewicz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetalubuska.pl

cena obniżona -50%

Dostęp do gazety online na 30 dni za połowę ceny

17,50 35,00

Czytaj aktualną gazetę w formacie PDF bez wychodzenia z domu. Pobierz ją i podziel się z bliskimi. Bądźcie na bieżąco z informacjami!

Kup teraz

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.