Jak skończył się ich kresowy raj? Kołataniem do drzwi

Czytaj dalej
Fot. Fot. Archiwum rodzinne
Oprac. Dariusz Chajewski

Jak skończył się ich kresowy raj? Kołataniem do drzwi

Oprac. Dariusz Chajewski

20 września 1939 roku skończyło się szczęśliwe dzieciństwo pana Romana. A jeszcze trzy dni wcześniej śmiał się i świętował. Dla niego ta data była dniem urodzin...

W pana opowieści w głównej roli występuje mama, Rozalia. To przypadek? - Żaden, to dzięki niej przeżyliśmy zsyłkę, w tej ciężkiej biedzie potrafiła nas wychować, upominać się o swoje i sprawić, że nie poszliśmy na układ z Sowietami...

Oto kolejny fragment opowieści Romana Garbowskiego, który pochodzi z Wołynia.

Huczne urodziny

17 września 1939 roku sowiecka armia wkroczyła na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej. Dla Romka był to dzień wyjątkowy, dzień jego urodzin. Z tej okazji matka zrobiła duży tort z rysunkiem czekoladowego misia, napisem i pięcioma płonącymi świeczkami. Powiedziano mu, żeby je zdmuchnął, ale płomyki tak ślicznie migotały, że na prośbę solenizanta zdjęto świeczki dopiero wtedy, gdy wypaliły się do końca. W tym dniu bracia ani razu nie nazwali go skarżypytą. Bolek zamiast pocałować, dotknął swoim policzkiem policzka brata i głośno cmoknął w powietrze. Janek ścisnął go tak mocno, że solenizant zakrztusił się kęsem urodzinowego tortu. Rodzice nie żałowali czułych uścisków i pocałunków. (...)

Po trzech dniach, przed obiadem, przyszło dwóch mężczyzn w cywilu. Jeden wysoki, z wąsikiem pod nosem. Drugi niski, szczupły, z podkręconą grzywką.

Rozmawiali po rosyjsku. Gdy dowiedzieli się, że gospodarz ma przyjść na obiad, usiedli na ławce przed domem. Gospodyni nalała im do kubków herbatę i otworzyła słoik z konfiturami. Rozalia, przeczuwając najgorsze, przywołała psa i rozkazała.

- Szukaj dzieci!

Azor zrozumiał komendę. Szybko ruszył we wskazanym kierunku. Przemknął obok siedzących na ławce mężczyzn. Zdziwieni zachowaniem psa, odwrócili za nim głowy. Gdy pies zniknął w zaroślach, dalej łyżkami jedli konfitury, siorbiąc, popijali gorącą herbatą. Rozalia kontynuowała przygotowywanie obiadu. Romek z bezpiecznej odległości obserwował nieznajomych. Blondyn zawołał cienkim głosem: - No i czto, małysz?

Chłopiec zaczął się wycofywać.
- Nie bojsia, chodi siuda.

Romek zrobił kilka kroków tyłem. Potknął się, upadł. Mężczyźni śmiali się, dzwonili łyżkami o dno słoika, wygrzebywali resztki konfitur. Nie zauważyli, jak chłopiec podniósł się z ziemi i zniknął między pryzmami podkładów kolejowych. Postanowił sam poczekać na tatę. Siadł na zwalonym drzewie. Podparł brodę o podciągnięte kolana. Patrzył na drogę. Po niebie przesuwały się chmury. Odsłoniły słońce. Gdy poprawiła się widoczność, Romek zobaczył tatę prowadzącego rower. Zeskoczył z pnia i pobiegł mu na przeciw. Objął ojca za szyję. Władysław posadził go na ramę. Wjechali na podwórze.

Mężczyźni wstali. Kubki odstawili na ławkę. Wąsacz pokazał ojcu jakiś dokument. Blondyn obmacał go od karku do stóp. Wyjął z kieszeni Władka portfel z dokumentami i podał koledze. Weszli do domu. Wąsacz stanął przy drzwiach. Blondyn został przed domem. Chłopiec pokonał strach, minął mężczyznę w progu, wszedł do środka. Ojciec jadł obiad przy stole. Matka pakowała do brezentowej torby bieliznę, ubranie, ręczniki i osobno, do chlebaka, jedzenie. Władek jedną ręką trzymał widelec, drugą tulił do siebie stojącego obok syna. Matka postawiła na stole przygotowane do zabrania rzeczy. Siadła obok męża. Mówili przyciszonym głosem. Do pokoju wszedł mężczyzna z grzywką.

Nie zważając na niedojedzony na stole obiad, zapiszczał:

- No, grażdanin, pojechali!

Rozalia szlochała. Władek pocieszał ją. Wyszedł z domu dopiero wtedy, gdy usłyszał przez otwarte drzwi warkot silnika samochodowego. Pod ganek podjechał gazik. Za kierownicą siedział młody kierowca w mundurze, a obok niego, również w mundurze, oficer NKWD. Nagle funkcjonariusze przebiegli na drugą stronę samochodu. Jednocześnie sięgnęli do kabur po broń. Zza rogu domu wybiegł duży, czarny pies, a za nim zziajani, starsi synowie gajowego. Azor podszedł do gospodarza, usiadł przed nim z uniesioną głową. Aresztowany, zanim wsiadł do samochodu, wziął Romka na ręce. Tulił Janka i Bolka. Przygarnął mokrą od łez twarz Rozalii. Przytuleni stali przez jakiś czas w milczeniu. Mężczyzna z grzywką podszedł do stojącej grupy. Położył dłoń na ramieniu gajowego. Gdy usłyszał warknięcie psa, zdjął rękę z ramienia. Cofnął się o krok.

- No, chwatit! - powiedział.

Władek postawił Romka. Uściskał po kolei synów i żonę. Ujął dłońmi głowę psa, potarmosił za uszami. Wycofując się w kierunku samochodu, popatrzył na żonę, która trzymała najmłodszego na ręku, starszych chłopców wolnym ramieniem tuliła do swego boku. Gdy Władysław wsiadł do samochodu, wąsacz schował do kabury pistolet i usiadł obok aresztowanego. Z drugiej strony zajął miejsce funkcjonariusz z grzywką.
Warknął silnik. Z rury wydechowej wydobyły się kłęby dymu. Ruszyli. Zanim wyjechali na drogę, matka z synami pobiegła do zwalonego drzewa. Władek odwrócił się w ich kierunku. Machał ręką do czasu, aż samochód zniknął w tumanie kurzu.

Dla ich dobra?!

Od siedmiu miesięcy Polska znajduje się w szponach sowieckich najeźdźców. Daremnie Rozalia poszukuje swego męża. Nikt nie chce udzielić jej choćby najdrobniejszej informacji. Mówią, że aresztowanych mężczyzn wywożą do ZSRR. Ta wiadomość zostawia promyk nadziei, że żyją. Mówią też, że będą wywozić rodziny aresztowanych. Część matek z dziećmi ukrywa się w lesie, w zamaskowanych dołach. Złapanych, brudnych, wymęczonych, przemarzniętych brutalnie wywlekają z kryjówek, ładują do wagonów, bez możliwości zabrania czegokolwiek z domu. Rozalia uważa, że ukrywanie się nie ma sensu. Nie chce narażać dzieci i siebie na poniżenie.

- Jak mają nas zabrać, niech zabierają z domu! - stwierdza.

W przeddzień wywózki Rozalię odwiedziła kuma Władka, Maria Zalewska. (...) Przy zgaszonej lampie długo rozmawiały zanim zmorzył je sen. Nagle ktoś zapukał do drzwi. (...) Rozalia otworzyła. W progu stał młody, przystojny mężczyzna w mundurze rosyjskiego oficera. W bryczesach, długich wojskowych butach. Twarz pogodna, starannie ogolona.

- Zdrawstwujtie! - powiedział z uśmiechem, jakby miał obwieścić dobrą nowinę. - Można? - zapytał. Nie czekając na zaproszenie, wszedł do środka. Za nim dwóch cywilów w kożuchach. Mieli w rękach karabiny z nastawionymi na sztorc bagnetami. Mężczyźni minęli lejtnanta, zaczęli przeszukiwać mieszkanie. Zajrzeli również do chlebowego pieca. Jeden, podtrzymywany przez kolegę, wsunął się pod okap. Potrącony rękawem kożucha gliniany garnuszek wywrócił się. Zawartość naczynia, przez szpary między fajerkami, dostała się na rozżarzone węgle. Buchnęła para. Pokój wypełnił się zapachem przypalonego mleka. (...) Oficer usiadł naprzeciw przerażonej gospodyni.

- Mam rozkaz dostarczyć was na dworzec kolejowy. Razem z innymi pojedziecie do Związku Radzieckiego. Możliwe, że tam spotka pani swego męża. Tu trwa wojna, tam jest bezpiecznie. Będziecie daleko od działań wojennych. Może pani zabrać wszystko, co będzie wam potrzebne w podróży. Proszę pakować się, czasu mamy dużo.

Cywile po splądrowaniu strychu, lochu, pomieszczeń gospodarczych wyciągnęli ze stodoły od dawna nieużywany wóz drabiniasty. Załadowali rzeczy przygotowane do podróży. (...) Rozalia uspokoiła się. Wstała z łóżka, ubrała się i poszła zająć się zwierzętami. Wypuściła z obory krowy, które mimo wczesnej pory, skierowały się do odsłoniętej od śniegu kopy siana. Świnie, uradowane niespodziewaną wolnością, biegły do wyjścia, popychały się, przeskakiwały jedna przez drugą. Gęsi z wyciągniętymi szyjami ruszyły do napełnionych korytek. Tylko parę kur powoli, niechętnie wyszło na podwórze. Większość domowego ptactwa pozostała w środku. Nie ruszyły się z miejsca konie. Pies Azor zdezorientowany biegał po podwórzu, łasił się, jakby przeczuwał nieszczęście. Rozalia rozpoznała dwóch cywilów, którzy ładowali toboły na wóz. Jeden z nich to Ukrainiec Taras, najstarszy syn sąsiadów z Budek Borowskich. W drugim mężczyźnie, mimo że zgolił brodę, poznała Szymona, zięcia Arnolda Rosenfelda, z którym przyjaźnił się Władek. Młodzi mężczyźni ukrywali twarze
w nastawionych kołnierzach i nasuniętych na czoło futrzanych czapach. Byli pewni, że nikt ich nie rozpozna. Rozalii było przykro, że młodzi ludzie, pochodzący z rodzin znanych z uczciwości, dali się namówić do współpracy z okupantem. Rodzice Tarasa kilkakrotnie uprzedzali Polaków o planowanych przez ukraińskich nacjonalistów krwawych napadach. Natomiast teść Szymona, Arnold Rosenfeld, udzielił pomocy Władkowi, gdy ten jej potrzebował po ucieczce ze Związku Radzieckiego. Rozalia udała, że ich nie zna.

Oprac. Dariusz Chajewski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetalubuska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.