Janusz Gajos udowodnił, że nadaje się do aktorstwa i małżeństwa

Czytaj dalej
Fot. Paweł Wiśniewski
Paweł Gzyl

Janusz Gajos udowodnił, że nadaje się do aktorstwa i małżeństwa

Paweł Gzyl

Jego szczęśliwą liczbą jest czwórka. To za czwartym razem dostał się do szkoły aktorskiej i za czwartym razem stworzył udane małżeństwo.

Niedawno skończył 82 lata. Mimo to jest w świetnej formie. Zapewniają mu ją nie regularne wizyty w siłowni, ale nieustanna aktywność zawodowa. Z powodzeniem występuje w teatrze i w kinie, ale również w telewizji. Napędza go pasja – ta sama, którą odkrył w sobie ponad 60 lat temu.

- Ten zawód pełen jest zagadek do rozwiązania. Stwarzanie nieistniejących postaci w nieistniejącym, ale możliwym do zaistnienia świecie, skłania do samotnych wycieczek w ten wyobrażony świat. Ciągłe uruchamianie wyobraźni staje się żywiołem, który pozwala niejako uwolnić się od rzeczywistości. Można by pokusić się o stwierdzenie, że staje się rodzajem terapii na dolegliwości życia codziennego – tłumaczy w Onecie.

*
Jego ojciec był przebojowym człowiekiem. Za młodu pokłócił się o coś z lokalnym proboszczem, a potem własnoręcznie złożył rower i wyjechał w szeroki świat. Trafił do Dąbrowy Górniczej, gdzie poznał przyszłą matkę Janusza Gajosa. Była kobietą konkretną i stąpającą twardo po ziemi. Kiedy syn miał jakiś problem, to biegł właśnie do niej. Z czasem rodzina przeprowadziła się do Będzina, gdzie ojciec parał się ogrodnictwem.

- Urodziłem się w czasie II wojny i jako dziecko myślałem, że inny świat niż ten, który zastałem, nie istnieje. Po przejściu frontu dalej na zachód, tato pewnego dnia przyniósł bochenek białego, pszennego chleba. Bardzo mi smakował. Zrozumiałem, że coś się zmieniło, że jest też jakiś inny świat. I zmieniał mi się ten świat. Przyglądałem mu się, nie biorąc w tych zmianach udziału – wspomina w serwisie Koduj24.

Za młodu małemu Januszowi marzyła się przyszłość sportowca. Dostał nawet od rodziców rękawice bokserskie, ale ponieważ obrywał od rywali, machnął ręką na te plany. W liceum został zaangażowany do szkolnego przedstawienia „Pana Tadeusza”. Kiedy znalazł się na scenie i zobaczył jak koledzy i koleżanki wsłuchują się w jego recytację, poczuł magię sceny. Dlatego po maturze postanowił zdawać do szkoły aktorskiej.

Niestety: trzy kolejne próby skończyły się niepowodzeniem. Wtedy trafił do będzińskiego Teatru Lalek. Był tam człowiekiem od wszystkiego: najpierw podnosił kurtynę, a na koniec animował kukiełki. W końcu upomniało się o niego wojsko. Armia wyznaczyła mu rolę rachmistrza – dlatego dźwigał na plecach trzydziestokilogramowy stół kreślarski. Kiedy wygrał w zorganizowanym przez wojsko konkursie recytatorskim, podjął jeszcze jedną próbę zdawania do akademii teatralnej, obiecując sobie, że to już ostatni raz. Tym razem wreszcie się udało.

*
Podczas studiów na łódzkiej „filmówce” Janusz był w swoim żywiole: wraz z kolegami założył kabaret Piątka z Ulicy Gdańskiej i jeździł z nim po całej Polsce, dorabiając do stypendium. Na czwartym roku dostał propozycję zagrania młodego żołnierza w telewizyjnej ekranizacji powieści Janusza Przymanowskiego o bohaterskiej załodze czołgu z czasów II wojny światowej – „Czterej pancerni i pies”. Początkowo się wahał, ale kumple namówili go na występ.

- Byłem u szczytu popularności w związku z „Pancernymi”, a ojciec nie miał telewizora. Kiedy przyjeżdżałem w rodzinne strony, byłem sensacją. A trzeba pamiętać, że tamtej popularności nie da się porównać do tej, jaką mają dzisiejsze młode gwiazdy. Wtedy dosłownie pustoszały ulice w trakcie emisji serialu. Więc kiedy przyjeżdżałem do domu, sąsiedzi przychodzili do ojca i mówili: „Panie Tadeuszu, pański syn jest wspaniały, cała Polska go zna”, a on na to odpowiadał: „E, tam. Jakby w radiu coś zagrał, to tak” – śmieje się w „Playboyu”.

Mimo telewizyjnej sławy, młody aktor nie zrezygnował z marzeń o wielkich rolach na deskach teatru. Dlatego przeniósł się z Łodzi do Warszawy. Tam jednak patrzono na niego z lekceważeniem: „Chcesz grać Konrada? A gdzie pies?”. Dlatego postanowił wykorzystać swe umiejętności do rozśmieszania widzów – i zaczął występować w telewizyjnym Kabarecie Olgi Lipińskiej jako woźny Turecki. Tak naprawdę jego aktorski los odmienił się dopiero, kiedy zagrał w legendarnym „Przesłuchaniu”.

- Postać, którą przypadło mi grać, była tak potworna, tak obrzydliwa, że nie potrafiłem nawet o niej spokojnie myśleć. Postanowiłem jednak przyjąć tę propozycję, bo wiedziałem, że to będzie ważny film. Później idąc na pierwsze dni zdjęciowe, czułem się jakbym szedł na ścięcie. Dopiero po kilku rozmowach z Bugajskim, zaczęło się wszystko układać – opowiada w „Playboyu”.

Upadek komunizmu w Polsce przywitał znakomitą rolą w „Ucieczce z kina Wolność”. Potem dla odmiany zagrał w sensacyjnych „Psach”. Telewizja z kolei dała mu szansę stworzenia znakomitej kreacji w „Żółtym szaliku”. Równie udane role teatralne sprawiły, że uznano go jednego z najwybitniejszych aktorów swego pokolenia. Ostatnio koncertowo zagrał w „Body/Ciało”, „Klerze” czy „Solid Gold”.

*
Pierwszą żonę poznał, kiedy grając w „Pancernych” uległ wypadkowi i trafił do szpitala. Zoja była laborantką – i została panią Gajosową zaledwie kilka miesięcy później. Niestety: kiedy aktor zamieszkał z nią w Łodzi, uległa czarowi jego kolegi po fachu i zostawiła go na lodzie. Drugą żonę Gajos znalazł sobie po przeprowadzce do stolicy. Była nią aktorka Teatru Syrena Ewa Miodyńska. Tym razem jednak on zawalił: zakochał się telewizyjnej realizatorce Barbarze Nabiałczyk. To ona dała mu córkę Agatę.

- Rodzice żyli jak pies z kotem, jednak mnie w to nie angażowali. Choć każde dziecko z rozbitej rodziny niesie coś „w plecaku”. Nie mogę narzekać, że nie było przy mnie tatusia. Był, kiedy miał być – wspominała potem Agata w „Na Żywo”.

Kiedy matka dziewczyny przedwcześnie zmarła na nowotwór, obowiązki rodzicielskie przejął ojciec. Wtedy stosunki między nimi się poprawiły. Dzisiaj Agata jest psychologiem i za jej sprawą aktor został dziadkiem – ma bowiem syna Aleksandra. W międzyczasie Gajos ożenił się po raz czwarty. Elżbietę Brożek poznał, kiedy stuknęła mu pięćdziesiątka. Mimo to zakochał się jak nastolatek. Dziś żona jest jego agentką.

- Nie jesteśmy idealnym małżeństwem, ale trwam w stabilnym związku. Udowodniłem, że się nadaję. To było wszystko, do czego dążyłem – podkreśla.

Paweł Gzyl

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetalubuska.pl

obniżka -50% na Czarny Weekend

30-dniowy dostęp do Gazety Lubuskiej online

17,50 35,00

Czarny weekend trwa! Do 29.11 kup prenumeratę cyfrową za połowę ceny i ciesz się dostępem do aktualnego wydania gazety bez wychodzenia z domu.

Kup teraz

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.