Jesteśmy to winni Polakom na Kresach, tym, którzy tam zostali

Czytaj dalej
Fot. Archiwum rodzinne
Dariusz Chajewski

Jesteśmy to winni Polakom na Kresach, tym, którzy tam zostali

Dariusz Chajewski

Dzięki pielgrzymkom na Kresy udało się im odtworzyć ostatnie chwile życia najbliższych. I złożyć im hołd. Bo kresowe losy pełne są tragedii. I śmierci.

Gdy siadamy do stołu w mieszkaniu Zygmunta Muszyńskiego w Kożuchowie, członka zarządu krajowego Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich, na blacie natychmiast pojawiają się fotografie. Skąd?

- Jak to skąd? Z Borszczowa i z okolicy - dziwi się pytaniu Adam Masiowski. - Mnóstwo ludzi tutaj właśnie stamtąd przyjechało.

Antoni Nawolski jest ze Skowiatyna, Kazimierz Sadowski pochodzi z Kociubińczyk, rodzice Zygmunta Muszyńskiego z samego Borszczowa. Co najlepiej zapamiętali? Tytoń. Rodzice Masiowskiego z tytoniu żyli. I to całkiem nieźle, skoro pobrali się w 1934 roku i w pięć lat spłacili dom, który odkupili od wujka. Praca przy tytoniu trwała od późnej wiosny do późnej jesieni. Im drobniejsze listki, tym lepsze. Wędrowały do ogrzewanych suszarni, gdzie wysychały na blaszkę. Później rozgrzane rury polewano woda, by para rozmiękczyła liście, które składano korzonek do korzonka, nawlekano na pręty i wieziono do tzw. monopolu tytoniowego, gdzie były starannie selekcjonowane, klasyfikowane, bo od ich jakości zależała cena. Najwyżej ceniony był tytoń wirginia, o charakterystycznych, jasnych liściach. W sezonie Masiowscy zatrudniali 20 robotników.

- Moja mama pracowała w monopolu, podobnie jak większość mieszkańców - dodaje Muszyński. - Borszczów właśnie z monopoli żył. Był tytoń, spirytualia, cukier...

Jesteśmy to winni Polakom na Kresach, tym, którzy tam zostali
Archiwum rodzinne Z prawej mama Zygmunta Muszyńskiego.

- O nie, moi rodzice z dziada pradziada byli klasycznymi rolnikami, a tytoniem zajmował się dziadek tak na własne potrzeby - zaznacza Nawolski.

I koniec sielanki

- Przed wojną Skowiatyn to była taka sielska, spokojna wieś - wspomina Nawolski. - Mój ojciec był sołtysem, wspólnym dla polskich i ukraińskich mieszkańców. Niestety, sielanka trwała do czasu.

Zapalił świeczkę i zaczął się modlić. Usłyszał szmer za oknem. Ukraińcy wysłali za nim człowieka (...)

Pewnej nocy w 1944 roku pojawili się banderowcy. Zabrali ojca pana Antoniego, dziadka, polską nauczycielkę i znajomego Ukraińca...
- Proszę nie mówić "Ukraińca", to byli Rusini - poprawia Masiowski.

Banderowcy pociągnęli ich za sobą. Po krótkim czasie wypuścili starszego Nawolskiego. Mężczyzna był przekonany, że strzelą mu w plecy. I tak z duszą na ramieniu, czując, że ktoś podąża za nim krok w krok, doszedł do domu. Zapalił świeczkę i zaczął się modlić. Usłyszał szmer za oknem. Ukraińcy wysłali za nim człowieka, który miał sprawdzić, czy nie ostrzega innych polskich rodzin.

- Od tamtej pory nie mieliśmy pojęcia, co się z ojcem stało - opowiada Nawolski. - Aż do 2009 roku, gdy wybraliśmy się na wycieczkę w rodzinne strony. Wraz z Zygmuntem pojechaliśmy ze znajomym Ukraińcem do mojej wsi. Na skrzyżowaniu przed sklepem potrącił mnie postawny mężczyzna. Zapytałem, czy znał może Szczerbaniuka, tak się nazywał ten ukraiński znajomy ojca, z którym go zabrano. Spojrzał na mnie i powiedział, że jest jego synem.

Kobieta miała szczęście, bo ogniwa łańcucha nie zacisnęły się do końca.

Panowie poszli do obejścia. Rzucili się sobie w ramiona, popłynęły łzy. Ukrainiec służył w wojsku, doszedł do Berlina, później szukał śladów ojca. Bezskutecznie. Teraz wiadomo, że i Polak, i Ukrainiec zostali zastrzeleni, a ciała prawdopodobnie wrzucono do Zbrucza. Przy okazji pan Antoni poznał niezwykłą historię nauczycielki, trzeciej ofiary tamtego uprowadzenia, nad którą oprawcy najpierw się znęcali, a później powiesili u powały na łańcuchu. Kobieta miała szczęście, bo ogniwa łańcucha nie zacisnęły się do końca. Najpierw straciła przytomność, później udawała martwą i bandyta, który chciał ją dobić, doszedł do wniosku, że już nie trzeba. Ranna, naga przeszła osiem kilometrów. Po śniegu w mroźną noc... Przeżyła i po wojnie mieszkała we Wrocławiu.

To ta sama siekiera?

Sadowski przytakuje i dodaje, że warto jeździć na Kresy. Nie tylko po to, by poczuć zapachy, smaki dzieciństwa. Przede wszystkim po to, by poskładać w całość strzępy zasłyszanych historii.

- Byłem z pierwszą naszą wyprawą na Kresy, był rok bodajże 1997 - opowiada. - Wędrowałem starymi ścieżkami, znalazłem dom rodzinny. Zrobił na mnie porażające wrażenie, pusty, z powybijanymi szybami. Szukałem śladów mamy, która kierowała szkołą w Kociubińczykach. Wiedziałem tylko, że została zamordowana przez banderowców. Nic się nie dowiedziałem... Sąsiedzi, ukraińscy koledzy ze szkoły... Wszyscy uciekali spojrzeniami.

Dwa lata później z pielgrzymką do Borszczowa pojechał Muszyński. Tam bardzo sprawnie działa poczta pantoflowa i gdy przyjeżdżają polskie wycieczki, wieść wędruje od wsi do wsi.

Okazało się, że kobietę zabił siekierą drugi z sąsiadów. Zwłoki dwa dni leżały w piwnicy.

- Nagle zadzwonił do mnie ktoś z Kociubińczyk i powiedział, że wie, co stało się z nauczycielką Stanisławą Sadowską, matką Kazimierza - dodaje pan Zygmunt. - Pojechałem.

Z Muszyńskim zdecydował się rozmawiać sąsiad Sadowskich. Był Dzień Zaduszny. Czy mężczyznę ruszyło sumienie, czy stwierdził, że w taki dzień bliscy muszą wiedzieć, co się stało z ich ukochanymi...? Okazało się, że kobietę zabił siekierą drugi z sąsiadów. Zwłoki dwa dni leżały w piwnicy. Rozmówca przyznał, że w środku nocy ojciec kazał mu pochować nauczycielkę, mówiąc "To była dobra Polka". Zawinęli ciało w pałatkę i pogrzebali na cmentarzu, na przedłużeniu żywopłotu. Po latach Sadowski w miejscu, gdzie leżała jego mama, postawił niewielki pomnik.

- I wie pan, co w tej całej historii jest absurdalne? - pyta. - Ten pomnik robił dawny banderowiec...

Jesteśmy to winni Polakom na Kresach, tym, którzy tam zostali
Archiwum rodzinne Szkoła w Kociubińczykach. Wśród kadry mama Kazimierza Sadowskiego

Ale wcześniej życie dopisało inne zakończenie tej historii. Sąsiad, który zamordował Sadowską, podczas rąbania drewna dotkliwie skaleczył się siekierą w nogę, wdała się gangrena... A pan Kazimierz zastanawia się, czy to była ta sama siekiera.

Strach wpisany w historię

I ciągną się opowieści o kolejnych pielgrzymkach. O pani Annie, która za wszelką cenę chciała znaleźć miejsce, gdzie stał jej dom. Okazało się, że nowi gospodarze ze zgromadzonego materiału budowlanego postawili dwa. Tutaj przewodnikiem był starszy mężczyzna, który wskazywał miejsca w Krzypczach Górnych. Gdy w podzięce dostał 10 dolarów, długo przyglądał się banknotowi, a później zaczął płakać. Co sobie pomyślał, co przypomniał?

Milczała przez lata, jakby się bała, że groźba nadal jest aktualna, że wisi w powietrzu.

Wiele opowieści osnuwa nutka tajemnicy. Muszyński jedną z nich poznał dopiero po latach, od siostry matki. W 1944 roku, gdy poszła do stodoły, natknęła się na grupę banderowców, którzy mieli tam punkt zborny. Zatrzymali kobietę, przywiązali do słupa. Rozpoczęło się bolesne przesłuchanie. Powiedziała, że jest sama z synem, że mąż został wywieziony na roboty do Niemiec. Jeden z banderowców poszedł to sprawdzić. Gdy potwierdził, zagrozili jej, że jeśli kiedykolwiek komuś powie, co i kogo widziała w stodole, okrutny los spotka ją i całą rodzinę. Milczała przez lata, jakby się bała, że groźba nadal jest aktualna, że wisi w powietrzu.

- I wie pan, że mama nigdy tej historii mi nie opowiedziała? - dodaje Muszyński.

Jeszcze historia o likwidacji getta w Borszczowie. Gdy dzień po wymordowaniu przez Niemców 1.500 Żydów Masiowski przechodził obok zasypanego dołu, gdzie pogrzebano ich sąsiadów, miał wrażenie, że ziemia w tym miejscu się rusza.

- Wtedy też obok naszego domu spotkałem żydowskiego chłopca, miał zmasakrowaną żuchwę - dodaje. - Pokazał, że chce pić. Pobiegłem do domu. Mama zapytała, czy ktoś chłopca widział. Gdy zaprzeczyłem, dała mi kubek mleka i kazała pokazać drogę na pola. Później słyszałem, że widziano go przy starej studni. A wie pan, o czym wtedy myślałem? O tym, jak chłopiec mógł wypić mleko, skoro nie miał szczęki? Nie mógł przeżyć, nie miał szans...

Nie było gumy do żucia

Mimo bolesnych wspomnień, także Masiowski mówi, że na Kresy warto, trzeba jeździć. Gdy po latach wszedł do kościoła w Borszczowie, zdumiał się i powiedział, że wszystko, nawet świece, są na starym miejscu.

- Pamięta pan? - zdziwił się wikary.
- Tak, pamiętam, bo w dzieciństwie podjadaliśmy wosk...
- Ale dlaczego?
- Bo za moich czasów nie było gumy do żucia.

Wikary się zdziwił, a pan Adam ze zrozumieniem pokiwał głową. Duchowny był zbyt młody, by pamiętać. W tamtych czasach świece były z pszczelego wosku, który pachniał miodem, był słodki...

- Wtedy uklęknąłem i coś we mnie pękło, zacząłem płakać - przyznaje. I dopiero po chwili zaczął szukać różnic. Świątynia wydawała się mniejsza. Dlaczego? Kolor filarów. Przed laty były jasne, jak marmur, a teraz jakby mahoniowe. Ale i tak kościół miał szczęście, przez wszystkie lata, dzięki desperacji wiernych, pełnił rolę katolickiej świątyni. Na pewien czas zagipsowano tylko orła, symbol Korpusu Ochrony Pogranicza, który ufundował ambonę.

Jesteśmy to winni Polakom na Kresach, tym, którzy tam zostali
Archiwum rodzinne Dziadek Antoniego Nawolskiego.

- I jeszcze jeden obraz, który pamiętam. Widziałem, jak z kościelnej wieży Niemcy zrzucali dzwony, by przetopić je na działa - dodaje Masiowski. - Zajęczały i pękły im serca.

Jak tak można?

Jak można - mając takie obrazy, wspomnienia - jeździć w tamte strony, chodzić tamtymi drogami, witać się z mieszkającymi tam ludźmi, ba, zawiązywać przyjaźnie?

Jesteśmy to winni tym, którzy tam zostali.

- Musimy pamiętać, że są Ukraińcy i Ukraińcy, nie możemy skreślać całego narodu - mówi Muszyński. - Mam tam wielu przyjaciół. I nie zapominajmy o tamtejszych Polakach. To żadna Polonia, to Polacy, od których Polska odjechała, których opuściła. Pomyślcie, jak oni muszą się czuć, gdy w świąteczne dni na Ukrainie pojawiają się barwy UPA, czerwień i czerń, a w witrynach sklepów wystawiane są powiększone fotografie banderowców uważanych za bohaterów...

Muszyński pokazuje skierowane do niego pismo z Ministerstwa Oświaty i Nauki Ukrainy z prośbą o pomoc w nabyciu podręczników i pomocy dydaktycznych dla pierwszej klasy szkoły podstawowej z nauczaniem języka polskiego jako obcego. Dla dzieci w wieku 5-7 lat polskiego pochodzenia. "Oni pragną umiejętnie i prawidłowo czytać i pisać językiem ojczystym".

- Jesteśmy im to winni - kończy Muszyński. - Pamiętając o tym wszystkim, co tam się wydarzyło. Jesteśmy to winni tym, którzy tam zostali.

Dariusz Chajewski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetalubuska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.