Julia, czyli winnica o imieniu wnuczki. Jedziemy do Starego Kisielina

Czytaj dalej
Fot. Dariusz Chajewski
Dariusz Chajewski

Julia, czyli winnica o imieniu wnuczki. Jedziemy do Starego Kisielina

Dariusz Chajewski

Winnica Julia w Zielonej Górze Starym Kisielinie to miejsce, które warto odwiedzić, chociażby dlatego, że tutaj splatają się dwie tradycje lubuskiego winiarstwa. Ta przedwojenna i ta, która właśnie się rodzi, dorasta...

Na początek historia obowiązkowa, którą usłyszy każda osoba odwiedzająca Winnicę Julia w Starym Kisielinie. Gospodarz Roman Grad poprowadzi nas pod charakterystyczną pergolę w centrum przydomowej winniczki. Informacja, że ta odmiana winnej latorośli to chrupka nie zrobi na nas żadnego wrażenia. Ale...
- To taki łącznik między przeszłością i teraźniejszością zielonogórskiego winiarstwa - tłumaczy pan Roman. - Sztobry tych roślin otrzymaliśmy od pani Muelsch. Nie są to zwykłe krzewy, bowiem ta mieszkanka Gruenberga zabrała z kolei w 1945 roku winną latorośl, która porastała ich dom na Berlinerstrasse, czyli dzisiejszej ulicy Jedności.

Wbrew nazwisku

Kiedy Gradowie zakładali winnicę, wszyscy znajomi przekonywali, że z takim nazwiskiem nie powinni za to się brać. W końcu grad to jedna z największych klęsk, jaka może dotknąć rolników. Ale decydując się na winnicę, trzeba się liczyć z tym, że na niektóre rzeczy nie ma wpływu. I jak dzisiaj z perspektywy czasu opowiada winiarz dostał bardzo cenną lekcję. Zrozumiał, że spokojnie trzeba robić swoje. Nawet jak spotka człowieka jakaś klęska, to się z tego podniesiemy. Dziś jest źle, ale jutro będzie lepiej. Winnica Julia to ostoja spokoju dla całej rodziny.
Winnica leży w Starym Kisielinie, ledwie 5 km od centrum Zielonej Góry. Założona została w 2003 i rośnie tu ponad 1300 krzewów szlachetnych winorośli : odmian czerwonych ­ pinot noir, regent, dornfelder , saint laurent i białych - silvaner, gewurztraminer, chrupka, solaris, kernling i veltliner, a także winogrona deserowe. Ostatnio areał został powiększona o trzyhektarową winnicę w Zaborze, gdzie posadzono odmiany riesling, cabernet, monarch, muscaris i johanniter. Uprawy znajdują się na winnicy samorządowej.

Praca i pasja

- To po trosze jest pasja, a po trosze praca - tłumaczy pan Roman. - Pasja, która nareszcie przynosi jakieś dochody. Przynajmniej zaczynają zwracać się nakłady. Bo i mamy możliwość sprzedaży naszych win, imprezy winobraniowe, gdzie setki tysięcy ludzi szuka właśnie lokalnego, zielonogórskiego wina. Dotychczas tylko inwestowaliśmy i inwestowaliśmy.
Nasz gospodarz zapewnia, że wierzył zawsze w przyszłość lubuskiego, zielonogórskiego winiarstwa, mimo że przez lata można było zwątpić. Jednak to wynik pasji nie tylko winiarzy, ale też ludzi, którzy o winiarstwie pisali, organizowali imprezy, interesowali się tradycją i wreszcie tworzyli warunki do rozwoju winiarstwa. Zresztą nie widać przesytu, tych ludzi z każdym rokiem przybywa.

Czy lubuskie wina skończyły już z koszmarną opinią?

- Myślę, że kilka niezłych win już zrobiliśmy, a dowodem jest, że klienci szukają już naszych określonych marek - nie bez dumy mówi Grad. - Gdy jadę na targi lub imprezy winiarskie ludzie pytają o reslinga, czy Emmę, chcą przypomnieć sobie smak znanych już sobie win. To bardzo budujące.
A propos... Gdy pytamy winiarzy z Julii o błędy jako jeden z nich podawany jest brak archiwum w piwnicy. Nie chodzi oczywiście o dokumenty, czy receptury, ale o wina wcześniejszych roczników. Z jednej strony z wielu wcześniejszych win Grad nie był do końca dumny i dobrze, że ktoś je wypił, ale z drugiej warto mieć jakby zapisaną drogę, która została pokonana.

Nie spoczywamy na laurach

- Oczywiście nie osiadamy na laurach i przez cały czas czekamy na wino, z którego będziemy tak do końca dumni - wówczas z pewnością będziemy zostawiali je na wina rocznikowe - tłumaczy winiarz. - Do tego trzeba mieć także wystarczającą ilość wina, na razie całe roczniki schodzą.
Winiarstwo rozwija się w naszym regionie w niesamowitym tempie, każdego roku przybywa winnic, pojawiają się turyści, którzy podróżują szlakiem win i smaków. Jednak zdaniem Romana Grada do zrobienia mamy jeszcze sporo i piłeczka jest po stronie nie tylko winiarzy. Przede wszystkim infrastruktura.

Trzeba myśleć o przyszłoś

ci
- Sandomierszczyzna, Podkarpacie niesamowicie promują swoje winiarstwo, ciężko pracują nad promocją - dodaje Grad. - My mieliśmy inną strategię. Na starcie bardzo promowaliśmy się nie mając jeszcze własnego, dobrego wina. To było niepoważne, gdy tak reklamowaliśmy zielonogórskie Winobranie, a później gościom serwowaliśmy trunki z importu. Teraz mamy już sporo wina i to dobrej jakości. To ważne, że teraz idziemy w nowe nasadzenia, jakość wina i właśnie na promocję trunku powinniśmy stawiać. W sferze promocji troszkę spoczęliśmy na laurach.

Czyli Polska Toskania?

- Może niekoniecznie - zaprzecza pan Roman. - Dlaczego musimy się podpierać jakimiś cytatami, dlaczego mamy twierdzić, że jesteśmy polską Gruzją, czy polską Szampanią. Budujmy lubuskie winiarstwo i własną markę. Zielona Góra, Ziemia Lubuska... Mamy tradycję i co ważne mamy też naprawdę dobre wina. Czerpiemy z innej tradycji, mamy inny krajobraz i inny spadek materialny i duchowy...
I pan Roman nadal wierzy, że to, co udało się już zrobić, to nie meta, ale dopiero początek drogi. Stąd liczy, że rodzinna Winnica Julia nadal będzie przedsięwzięciem rodzinnym. Fakt, dzieci traktują winnice nieco jako odskocznię, gdyż mają swoje życie i swoje kariery zawodowe. Na pewnym etapie wiele rodzicom pomogli, odcisnęły na tej winnicy swoje piętno, ale nie mogą się tak angażować.
- Jednak Julia, wnuczka, nadzieja i patronka winnicy, bardzo się nią interesuje - kończy pan Roman. - Właśnie idzie do szkoły średniej o specjalności turystyka. Czyli, jak na razie, wszystko pasuje znakomicie. A może i dzieci zechcą kiedyś wrócić...?

Poznaj Emmę

Charakterystyczny pomnik winiarki odsłonięto wiosną 1937 r. Stanął w okolicy dworca kolejowego. Pomysł stworzenia pomnika pojawił się jednak w 1914 roku za sprawą pochodzącej z Brunszwiku Emmy Freitag, żony Karla Heinego, fabrykanta z Czerwieńska. Emma podobną podobiznę znała ze swojego rodzinnego miasta. Emma skłoniła do współpracy artystę prof. Arnolda Kramera, wykładowcę brunszwickiej Akademii Sztuk Pięknych. Znany rzeźbiarz przygotował projekt. Jak chce tradycja pierwowzorem postaci winiarki miała być sama Emma Heine. Później zaczęły się schody. Podczas wojny nie marnowano metalu na pomniki. Pomysłodawczyni zmarła i o projekcie zapomniano. Dopiero jej córka namówiła magistrat na pomnik.

W odwiedzinach na Winnicy Julia

Ich własny mały raj

Dariusz Chajewski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetalubuska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.