Kobiety przepadły jak kamień w wodę. Ludzie tak nie znikają...

Czytaj dalej
Fot. Mariusz Kapała
Dariusz Chajewski

Kobiety przepadły jak kamień w wodę. Ludzie tak nie znikają...

Dariusz Chajewski

Pani Jola przepadła 10 września. Jak kamień w wodę. Pani Bożeny, zaginionej dwa lata wcześniej, nie znaleziono do dziś. Czy te zniknięcia coś łączy oprócz rowerów?

Oczywiście, Jola jak każda kobieta czekała, szukała mężczyzny swojego życia i jak wiele innych pań myliła się kilka razy – mówi siostra zaginionej Wioletta Durał. – Jednak nie wierzę, że mogła tak po prostu z kimś wyjechać, chcieć zbudować sobie przyszłość bez nas. Byłyśmy bardzo blisko...

– Wierzę, muszę wierzyć, że mama żyje – mówi cicho Marta Konstanciak. – Bardzo chciałabym wiedzieć, muszę wiedzieć, co się stało. Jakie były jej ostatnie chwile przed zaginięciem, czy ktoś nie zrobił jej krzywdy...

W gąszczu znaków zapytania

Rozmawiamy w niewielkim mieszkaniu pani Wioletty na Rynku w Bytomiu Odrzańskim. Obie panie nie mogą sobie znaleźć miejsca, z trudem powstrzymują emocje. I podporządkowują swoje obecne życie poszukiwaniom. Prawdy.
– Około godziny 17 mama była widziana na dożynkach gminnych w Małaszowicach – córka próbuje odtworzyć to, co działo się z kobietą 10 września. – Tam rozmawiała ze znajomą. Co dziwne, nie miała przy sobie roweru, czyli była zapewne z kimś, kto został przy pojeździe...

To ledwie początek dziwnej historii zaginięcia Jolanty Mazurkiewicz, w której roi się od znaków zapytania. Panią Jolę spotkała po godz. 20 w Pastuszynie, w gospodarstwie, w którym pracowała, inna znajoma; wyglądało jakby kobieta wracała do Małaszowic. Wyjechała około godz. 21, co zarejestrowała kamera. Miała ona także uwiecznić tajemniczego, bardzo wysokiego mężczyznę z charakterystycznym szerokim paskiem, który tam się kręcił i nieco przypominał jednego ze znajomych zaginionej. Kobiety dotarły również do chłopaka, który jechał skuterem i widział, jak pani Jola zeszła z drogi asfaltowej w drogę polną, jakby była z kimś umówiona. I znaleziono tam kiełbasę, którą dostała w Pastuszynie.

– Jola miała bardzo charakterystyczny rower. To niebieski składak z jaskrawożółtymi kołami – opisuje siostra. – Znaki szczególne? Inicjały „A.E” wytatuowane na jednej z rąk. Ubrana była w różową tunikę do połowy uda, dżinsy, niebieskie trampki. Uczesana była w kok, taki upięty wysoko. Miała przy sobie torbę z wałówką i 50 złotych, które dostała za pracę.

– Z pewnością jest ktoś, kto wie więcej, ale może się boi, może obawia się, że rzuci na kogoś podejrzenie – apeluje córka. – Jednak proszę o informacje: przecież nie może być tak, że pstryk i człowiek znika... I jeszcze jedno. Mama zaginęła w sobotę. Dowiedziałam się o tym od siostry we wtorek, w czwartek ruszyły poszukiwania, ale przeczesaliśmy teren ze złej strony. Czyli ewentualny sprawca miał trzy dni na zatarcie śladów... Na przykład wypadku.

Córka i siostra jednym tchem opisują zaginioną. Bardzo towarzyska, bezkonfliktowa, ale w kaszę nie dawała sobie dmuchać. Wrogów nie miała, długów także...

Fajna, otwarta kobieta

– To była fajna, otwarta kobieta – Ryszard Marszałek mieszka w Bonowie tuż obok budynku socjalnego, w którym żyła pani Jolanta z córką Kingą. – Miała gaz, ja nie mam. Często mówiła do mnie „Ryniu”, bo ja Ryszard jestem: „Chodź, to ci kawę zrobię”. Ja za to butlę z gazem pomogłem jej targać. To była fajna, otwarta kobieta...

W budynku socjalnym zaginiona mieszkała od niedawna, wcześniej zajmowała podobny obiekt w Bodzowie. Skromnie, bez luksusów, ale dach nad głową był. Tutaj mogła zajmować się wymagającą opieki młodszą córką.

Wioletta Durał
Mariusz Kapała Wioletta Durał: Nie wierzę, że Jolka mogła wyjechać, nie mówiąc nikomu ani słowa. Zawsze byłyśmy z siostrą bardzo blisko i nie skazałaby mnie na taką niepewność. Nie wiem, co się stało. Czy to była miłość? Proszę wszystkich: pomóżcie nam znaleźć naszą Jolę!

– To dziwna wieś. Tu wielu białe damy widzi, wie pan, na drugi dzień – mówi sąsiadka. – A teraz jeszcze pojawił się strach. To już przecież druga kobieta, która zaginęła w okolicy. Też jechała na rowerze. Sama już nigdzie nie chodzę, zawsze męża z sobą ciągnę, który przebił mi nawet koła w rowerze. Jolkę oczywiście znam, była długo z moim szwagrem. I jeszcze sobie myślę o takiej drodze obok bajora. Jolka bała się tamtędy jeździć, ale czasami ją tam widywano...

Bonów nie jest duży. Dwór w malowniczym parku, zabudowania folwarczne, nieco domów. Niektóre wyglądają jakby trzymały się kupy tylko dzięki sile woli gospodarzy, bo na remont nie mają co liczyć.

– A czy ktoś myślał o sekcie? – pyta inna sąsiadka. – Jolka powtarzała, że „musi iść do niego, musi iść do niego”. Wszyscy myślą, że chodzi o jakiegoś faceta, a może i ona, i ta druga zaginiona, wcześniej poszły za innym głosem. Zresztą, pamiętam, wtedy szukał ją jakiś mężczyzna z Głogowa, na rowerze. To było dziwne. Dlaczego z Głogowa?
Słyszymy o drastycznych często kłótniach z młodszą córką i o mężczyźnie, którego spotkano na drodze w miejscu, gdzie mogła „zniknąć” pani Jolanta. Miał dziwnie się zachowywać i chyłkiem zniknąć w krzakach...

– A mój mąż mówi, że jest przekonany, że ktoś ją gdzieś trzyma – kiwa smętnie głową mieszkanka Bonowa. – Biedula. Może i z tą z Bytomia...

– Policjanci się nie przykładają, nawet z nami nie rozmawiali, bo dla nich jesteśmy... środowisko - dodaje mężczyzna.
– Tylko dlatego, że coś tam wypijemy. Pewnie stwierdzili, że Jolka sama sobie jest winna...

Został tylko różowy rower

W październiku, trzy lata temu, zniknęła Bożena Marczykowska, 49-latka z Bytomia Odrzańskiego. W dniu zaginięcia, około godz. 13, rozmawiała jeszcze telefonicznie z przebywającym za granicą mężem. Od tamtego czasu jej komórka ani razu nie zalogowała się do sieci. Ostatni raz widziano ją w okolicy ogródków działkowych, gdy jechała rowerem w stronę lasu – chciała przygotować stroiki na Wszystkich Świętych. Rower, również charakterystyczny, znaleziono kilka miesięcy później.

Jednym z głównych wątków śledztwa było zabójstwo zaginionej kobiety. Zaraz po zgłoszeniu jej zniknięcia przeszukano okolice Bytomia Odrzańskiego. Bezskutecznie. Został nawet zatrzymany mężczyzna, jej dobry znajomy, podejrzewany o to, że mógł mieć związek z zaginięciem pani Bożeny. Został jednak wypuszczony z powodu braku dowodów. Wcześniej zeznał, że nie było go w Bytomiu Odrzańskim w dniu zaginięcia, ale wkrótce odkryto jego obecność na nagraniach z monitoringu właśnie z 20 października 2013 r. Do tego mężczyzna w domu swojej siostry miał wyprać ubrania, w których był tego dnia w mieście, co wyglądało na klasyczne zacieranie śladów.

– Ludzie nie dali mu żyć, facet po tej aferze przeprowadził się do Sławy – słyszymy w Bonowie. – Pewnie, że wszyscy natychmiast te dwie sprawy skojarzyli. Ciekawe, czy ma alibi?

Skojarzeń jest zresztą znacznie więcej. Czy wiecie, że obie zaginione kobiety chodziły do jednej klasy? I w tym momencie zaczęto budować niezwykłą historię i wszyscy próbują sobie przypomnieć listę nazwisk ze szkolnego dziennika. W Bytomiu kobiety, nie tylko te z jednej szkolnej ławy, nawet nie próbują ukryć niepokoju, ba, strachu.
– To było takie spokojne miasto – Daniela Ławrowska opiera się o swój rower. – Było. Teraz do lasu nie pojechałabym sama za żadne skarby.

– Przecież to historia jak w jakimś kryminale – komentuje pani Krystyna. – Jeszcze się okaże, że sprawcą był jakiś kolega ze szkoły, który przed laty dostał kosza od jednej i od drugiej, a teraz mści sie po latach. Ale ja się boję, że to jakiś najzwyczajniejszy wariat i zboczeniec.

Nic wspólnego

Pani Marta nie sądzi, aby te dwa zaginięcia coś łączyło.

– Ktoś mamę musiałby obserwować, nie widzę w tym sensu – mówi. – Jestem przekonana, że porywaczem lub nawet zabójcą jest ktoś, kto dobrze znał mamę, może nawet nasz wspólny znajomy. I to jest najgorsze. Człowiek, którego, być może, mijamy na ulicy, uśmiechamy się do niego, mówimy „dzień dobry”...

Również sierż. Justyna Sęczkowska, rzeczniczka nowosolskiej policji, zaprzecza, by oba zaginięcia miały ze sobą coś wspólnego. – Przynajmniej my tych dwóch zaginięć nie łączymy, to są dwie odrębne sprawy. Inne osoby, z różnych środowisk
– wyjaśnia. Policjantka nie może jednak wyjść ze zdumienia, gdy słyszy o zarzutach, jakie pod adresem mundurowych kierują mieszkańcy wsi.
– Policja cały czas współpracuje z rodziną i mówienie takich rzeczy jest bardzo nierozsądne – komentuje. – Policjanci ściągali ze Szczecina helikopter, quada z Poznania, psy tropiące z Wrocławia... Jak można zatem mówić tu o „nicnierobieniu”, skoro w poszukiwania zaangażowane były aż takie siły? To naprawdę były szeroko zakrojone działania. A wszystko po to, by tę kobietę odnaleźć. Nie wiem, skąd takie niejasności.

Nowosolscy kryminalni, którzy zajmują się sprawą, poszerzyli już zakres poszukiwań na cały kraj. Wysłano zapytania do szpitali i różnego rodzaju ośrodków. Niestety, bez skutku. Policjant, który zajmuje się tą sprawą, potwierdził, że w postępowaniu rozpytano zarówno rodzinę, sąsiadów, jak i świadków. Zgrano nagrania z kamer, które mogły zarejestrować uczestników imprezy, w której brała udział pani Jolanta. Wzięto też po uwagę wszelkie okoliczne studnie, szamba czy inne nietypowe miejsca.

– A co do nagrania z kamer... Dementuję, że było tam widać jakichś dwóch mężczyzn – komentuje sierż. Sęczkowska. – Był tylko jeden, który szedł w przeciwnym kierunku. Chyba po prostu ludzie dopowiadają sobie różne historie... Jarosław Intek, biorący udział w poszukiwaniach strażak z Bytomia, sceptycznie podchodzi do plotek o seryjnym mordercy czy jakimkolwiek innym fakcie, mającym rzekomo łączyć obie sprawy. – Psychoza? Nie… Myślę, że ludzie podchodzą do tego z dystansem, może to czyjeś wymysły, jakieś pochopnie wysunięte wnioski. Jedna osoba wysuwa jakąś tezę, druga pod wpływem emocji przytakuje – mówi. – Najgorzej ma rodzina. Bo nie wiadomo, czy płakać, czy cieszyć się, bo mimo wszystko ciała nie odnaleziono – dodaje.

Postępowanie w sprawie zaginięcia Jolanty Mazurkiewicz, 51-letniej mieszkanki Bonowa, Prokuratura Rejonowa w Nowej Soli objęła ścisłym nadzorem. I na tym na razie konkrety się kończą.

– Oczywiście musimy brać pod uwagę wszystkie wersje i wszystkie okoliczności związane z tym zdarzeniem – usłyszeliśmy w prokuraturze. – Niestety, nie możemy przekazać bieżących ustaleń: o ile będzie to możliwe, zrobimy to pod koniec przyszłego tygodnia.

– Jestem zbudowany pospolitym ruszeniem zaraz po zaginięciu pani Bożeny – mówi Jacek Sauter, burmistrz Bytomia Odrzańskiego. Strażacy, policjanci, sąsiedzi, znajomi i nieznajomi. To specyfika małej społeczności, że gdy kogoś dotyka nieszczęście, to zajmuje wszystkich, trochę jak w rodzinie.

„Daj Boże, aby wyjechała z jakimś księciem” – słyszymy na bytomskiej ulicy. Oby. Na sobotą ogłoszono kolejną akcję poszukiwawczą. Teraz przeczesywana będzie inna okolica...

Centrum poszukiwań ludzi zaginionych ITAKA szuka obecnie 1148 osób. Policja kwalifikuje osoby zaginione na dwie kategorie: kategoria pierwsza – tzw. priorytetowa, czyli zaginione dzieci, osoby starsze i chore; kategoria druga – zaginieni, u których nie ma bezpośredniego wskazania, że mogło się wydarzyć coś złego. Osoby dorosłej nieubezwłasnowolnionej nikt nie ma prawa zmuszać do powrotu do rodziny. To, co możemy zrobić, to zachęcać do odwagi cywilnej, która pozwoli powiedzieć bliskim, jaka jest prawda związana z naszym zaginięciem.

Dariusz Chajewski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.