KRESY. Jedni mordowali, ale inni Ukraińcy Polaków ratowali

Czytaj dalej
Fot. Dariusz Chajewski
Dariusz Chajewski

KRESY. Jedni mordowali, ale inni Ukraińcy Polaków ratowali

Dariusz Chajewski

Rzeź wołyńska zazwyczaj opisywana jest w jednym wymiarze, zgodnie z zasadą, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Zbigniew Wadas przekonuje nas, że ta tragedia, jak wiele innych, ma wiele wymiarów...

Miejsce akcji Wołkowce, Podole, raptem kilka kilometrów od Borszczowa. Czas akcji? Ten najgorszy. Ale zacznijmy od początku.
Rodzina kożuchowianina Zbigniewa Wadasa mieszkała tutaj od zawsze. I jej dzieje wpasowane były w koleje losu tej krainy, przez którą przetaczały się wojny i obce armie. Podczas I wojny światowej ojciec pana Zbigniewa służył w armii austro-węgierskiej, brat w rosyjskiej i teoretycznie byli wrogami.

Ból żyranta

W Wołkowcach, siedzibie gminy wiejskiej, znajdowała się kaplica, drewniana cerkiew św. Mikołaja, strażnica Korpusu Ochrony Pogranicza licząca w porywach 18 żołnierzy i strzegąca polsko-rumuńskiej granicy, dworek Golejewskich. Rodzina żyła z pracy na roli. W okazałym domu pan Zbigniew zdążył się ledwie urodzić, gdyż rodzina była zmuszona gospodarstwo sprzedać i przenieść się do skromniejszego obejścia, ledwie kilka domów dalej, na skraj wsi. Przyczyna była banalna i dobrze znana z czasów współczesnych, głowa rodu Wadasów podżyrowała kredyt znajomemu. Ojciec pana Zbigniewa był jednak na tyle gospodarny i ambitny, że w 1939 roku miał już zgromadzony materiał na całkiem nowy dom, samą dębinę. Nie zdążył.
Polacy stanowili mniej więcej jedną czwartą mieszkańców, ale o nieporozumieniach na tle narodowościowym czy religijnym nie było mowy, a mieszane małżeństwa były na porządku dziennym. Pan Zbigniew ciepło wspomina m.in. wujka Nestorowicza, Ukraińca, który wżenił się w jego rodzinę. Nic nie zapowiadało tego, co miało później się stać, sąsiedzi odwiedzali się wzajemnie, pomagali sobie. Jak to w życiu. Wszystko zaczęło się psuć wraz z nadchodzącą wojną.

Wrześniowa burza

Starszy brat został powołany do wojska, trafił do pobliskiej Turylczy nad Zbruczem. Do dziś pamięta, jak zaniósł bratu worek orzechów. Powołanie, jako oficer armii austro--węgierskiej otrzymał także ojciec pana Zbigniewa. Postanowili wybrać się zatem do Turylczy, aby ojciec mógł pożegnać się z synem. Mama przygotowała wałówkę, ojciec już zaprzęgał konie, gdy rozległ się dziwny szum. Nie mieli pojęcia, co to za dźwięk. Ojciec wiedział, to była wojna.
Gdy o godz. 3.00 weszli Rosjanie, brat wraz z kolegą otrzymał rozkaz spalenia koszar. Później przekradł się do Muszkatowców, skąd odebrał go ojciec. Drugi brat trafił do Okopów św. Trójcy, czyli twierdzy nad Zbruczem. Gdy na koniu pojawił się rosyjski oficer i zaczął krzyczeć po polsku, aby uciekał, wziął nogi za pas i trafił do polskiej armii na Zachodzie.

Śledziem o cholewę

- Nie zapomnę tego pierwszego dnia wojny - wspomina pan Zbigniew. - Najpierw był to narastający huk. Później zobaczyłem jego źródło. To był stary, zardzewiały czołg, toczył się od strony Borszczowa, a nasz dom był pierwszy. Zatrzymał się na chwilę i ruszył dalej. Za nim drugi, ale na nim powiewała już czerwona flaga, z której patrzyli Marks, Engels, Lenin i Stalin. Później rowami szli żołnierze. Zatrzymali się przy naszym domu na śniadanie. Na wodę rzucali jakieś kluchy. I nie zapomnę takiego gestu, jakim o buty uderzali śledziami, aby strząsnąć sól. Ktoś puścił famę, że Ruscy przyszli pomóc nam w wojnie z Hitlerem…

"Nie dla kołchozu

Wadas odmówił wstąpienia do kołchozu, zatem odebrano rodzinie dobrą ziemię i pod uprawę dostali kamienisty pagórek. Zacisnął zęby i powiedział rodzinie, że dadzą radę. Zbyszek zaczął chodzić do rosyjskiej szkoły, ale wówczas Rosjanie nie zwracali uwagę na narodowość, wszyscy mieli być sowieckimi ludźmi. Gdy pobił się młody Polak z młodym Ukraińcem, obaj zniknęli ze wsi. Zresztą ludzie zaczęli coraz częściej „znikać”. Zniknęły rodziny dwóch sióstr ojca, bo ich mężowie byli policjantami. Trafili na Syberię. Nowi panowie mieli dokładnie rozpoznany teren, zdaniem pana Zbigniewa tzw. proszalne dziady, czyli żebracy, musieli być agentami.
- Później dowiedziałem się, że gdyby nie wkroczenie Niemców, też byśmy trafili do kibitki, pociąg był już podstawiony w Borszczowie - dodaje pan Zbigniew. - I czasem sobie myślę, że może dla nas byłoby lepiej…

Armia za armią

22 czerwca 1941 roku weszli Niemcy. - Pasłem krowy na tych naszych górkach, gdy pojawiły się samoloty, padły strzały - opowiada kożuchowianin. - Najpierw uciekłem do lasu, później z krowami pędem do domu. Widziałem też umykających Rosjan.
I kolejni najeźdźcy. Tym razem pierwsi byli dwaj węgierscy żołnierze jadący na rowerach i pogwizdujący. Podjechali do grupy mężczyzn, pogadali po niemiecku z ojcem. W tym momencie młodzi Ukraińcy popełnili taktyczny błąd. Widząc nowe mundury, zaczęli wykrzykiwać „Śmierć Lachom i Węgrom”. Węgrzy zaczęli strzelać w powietrze. Następnego dnia zaroiło się od węgierskich mundurów. Po kilku dniach ich miejsce zajęły niemieckie mundury. Jednak wówczas zaczęła się już panoszyć ukraińska milicja.

Policjanci na bosaka

- Po jakichś dwóch miesiącach przyszli dwaj tacy, na bosaka, z karabinami, w długich koszulach - wspomina pan Zbigniew. - Zabrali ojca do więzienia w Borszczowie. Mama codziennie tam chodziła, ale niczego się nie dowiedziała. Wujek poradził, aby list po niemiecku napisać i dać go niemieckiemu komendantowi. Mamie udało się jakoś dotrzeć do jego adiutanta, ten przekazał list. Musiał być dobrze napisany, gdyż ten powiedział, żeby mama się nie martwiła, że ojciec wróci. Nazajutrz znów mama poszła do więzienia, tato kierował jakimiś pracami, które wykonywała grupa więźniów, gdy pojawił się komendant ze świtą. Najpierw zdziwił się dobrą niemczyzną ojca, później próbował się dogadać z ukraińskim strażnikiem. Ze średnim skutkiem. Zatem kazał mu oddać ojcu klucze i ruszyli po celach. Polecił zostawić Ukraińców i Żydów, a Polaków puścić.

Myślałem, że to kolędnicy

To stało się w Boże Narodzenie. Pan Zbigniew do dziś ma jakby poczucie winy. To on otworzył im drzwi. Ale z drugiej strony usłyszał głos swojego kolegi z sąsiedztwa, Ukraińca i był przekonany, że chłopak przyszedł z kolędą. Nawet gdy weszli dwaj rośli mężczyźni, sądził, że to jego bracia.
- Ciemno było, w całym domu paliła się tylko jedna lampka, rodzina siedziała przy stole - dodaje cicho pan Zbigniew. - Natychmiast padły strzały, zastrzelono tatę i wujka Nestorowicza, mimo że był przecież Ukraińcem. Ciocia została ranna, ale ja już tego nie widziałem, zacząłem uciekać, wiedziałem, że mnie też zabiją. Przerażony był też mój ukraiński kolega, pobiegłem z nim do jego domu, tam jego dziadek schował mnie na zapiecku i zabronił się odzywać…
Po dłuższej chwili przyszła mama pana Zbigniewa. Ukraiński gospodarz powiedział, że Zbyszka ukryje, żeby się nie martwiła.

Dobrzy i źli

Był to szok. Owszem z innych wsi docierały wieści o zabójstwach, pogromach, ojciec nawet nocami się ukrywał, ale tego nikt się nie spodziewał, że tutaj w Wołkowcach… Od tego dnia rozpoczęło się ukrywanie. Na strychu u innego ukraińskiego sąsiada.
- To było straszne - mówi pan Zbigniew. - Mama zebrała nieco rzeczy i mieliśmy taki schowek na strychu. U naszego gospodarza była dziewczyna na wydaniu i do niej przychodziła ukraińska kawalerka. Wszystko słyszeliśmy. Jak i kogo mordowali, kogo powinni zabić… Starsi Ukraińcy żałowali i ojca, którego oceniano, że był dobrym człowiekiem, i wujka, bo przecież był swój. Starsi. Młodzi wzajemnie się podjudzali, mówili, że tylko by im przeszkadzali, gdy tutaj będzie Ukraina.
Już było wiadomo, że dla Polaków nie było życia. Wzięli konie, krowy, wóz z sianem i ruszyli do Borszczowa, gdzie był już tłum Polaków z okolicznych wsi. Szybko okazało się, że była to słuszna decyzja. 3 grudnia 1944 bojówka UPA zamordowała w Wołkowcach 45 osób. Wśród ofiar był Ukrainiec, który ukrywał Polaków.

Ojciec i syn

Na zakończenie pan Zbigniew opowiada historię z pobliskiego Głęboczka. Mieszkało tam mieszane ukraińsko-polskie małżeństwo. Pewnej nocy ich syn wywołał ojca i powiedział, że musi zabić matkę, bo to Laszka przecież. Ojciec stwierdził, że jak trzeba, to trzeba, ale uspokoił syna, że to trzeba przygotować. Umówili się kolejnego dnia. Syn przyszedł z karabinem, z ojcem zabrali matkę i poszli nad rów na polu. Syn zdjął karabin z ramienia, wymierzył… Wówczas ojciec zarąbał go siekierą. W stodole mieli schowany wóz z dobytkiem. Uciekli dokąd oczy poniosą…

Dariusz Chajewski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetalubuska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.