Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Moje Rychcice to była ogromnawieś - z pałacem i panem hrabią na czele

Czytaj dalej
Fot. Archiwum Bronisława Furtana
Bronisław Furtan - Czytelnik

Moje Rychcice to była ogromnawieś - z pałacem i panem hrabią na czele

Bronisław Furtan - Czytelnik

"Wraz z latem przychodziło powietrze pachnące fiołkami. Po Wielkanocy ściągało się buty i chodziło się boso aż do jesieni"... Bronisław Furtan dzieciństwo spędził na Kresach. Po wyjeździe na Zachód osiadł w Ściechowie.

Urodziłem się na Kresach w 1932 roku - w Rychcicach, powiat Drohobycz, województwo Lwów. Moja wioska leżała na Podkarpaciu, jakieś pięć kilometrów od Drohobycza, a ten jakieś sto kilometrów na południe od Lwowa. Wiosną i latem przy słonecznej pogodzie widać było Karpaty za Truskawcem. Wraz z latem przychodziło ciepło i powietrze pachnące fiołkami, i szumiące strumyki. Po Wielkanocy ściągało się buty i chodziło się boso aż do jesieni. Buty zakładało się, gdy szło się do kościoła.

Moja wieś była ogromna, liczyła 800 numerów. Składała się z dwóch części. Jedna była nazywana polską - obszarowo większa, z kościołem i szkołą. Druga - ruska - o wiele mniejsza, z cerkwią i małą szkółką ukraińską. Pomiędzy nimi był duży folwark, z pałacem i hrabią na czele. We wrześniu 1939, gdy wybuchła wojna, hrabia uciekł samochodem z Polski, przez Zaleszczyki, na Zachód. Jego mienie ludność rabowała. Ja również. Wszedłem do pałacu i trafiłem do ogromnej biblioteki. Nabrałem całe naręcze książek i nie mogłem wyjść, długo błądziłem i płakałem. Dopiero jak zauważyłem chłopa niosącego na plechach ogromną szafę, wyszedłem za nim. Ucieszony wróciłem do domu. Gdy ojciec zobaczył te książki, zdenerwował się i rzucił nimi o podłogę, mówiąc, że nie były pisane po polsku, że zamiast nich powinienem przynieść jakieś krzesło. Sąsiad natomiast przytargał olbrzymie lustro, które nie mieściło się w jego chałupie, więc oparł je o ścianę na zewnątrz. Gdy krowy wróciły z pastwiska, zmierzyły się z tym lustrem i rozbiły je.

Pod groźbą śmierci

Nie wiedzieliśmy, co znaczy wojna. Gdy paliła się rafineria ropy naftowej Polmin w Drohobyczu położonym około pięć kilometrów od Rychcic, u nas w nocy było widno jak w dzień i z bratem w ogrodzie bawiliśmy się w chowanego. Mienie hrabiego ludzie rozkradali jeszcze przed wkroczeniem Niemców. Tych pamiętam na motocyklach i jak łapali kury na podwórkach. Pod jesień 1939 Niemcy ustąpili, a przyszli Ruscy. Mieli długie karabiny na sznurkach, a na głowach śmieszne czapki z czerwoną gwiazdą i szpicem u góry. Pamiętam dobrze, bo codziennie chodziłem po wodę, a oni przy każdej studni pełnili wartę.

W tym czasie zakładali też kołchozy i zmuszali ludzi, także przemocą fizyczną, do wstępowania do nich. Ojciec co wieczór był przesłuchiwany.

W styczniu i w lutym zaczęli wywozić na Sybir. Wzięli sąsiada, który miał dziewięcioro drobnych dzieci, nie było w co ich ubrać, więc "pakowano" je do worków... Wiosną 1940, gdy zrobiło się ciepło, to na powietrzu wyświetlali filmy. Jeszcze dziś brzmią mi w uszach słowa piosenki "Katiusza". W tym czasie zakładali też kołchozy i zmuszali ludzi, także przemocą fizyczną, do wstępowania do nich. Ojciec co wieczór był przesłuchiwany. Na Sybir mieliśmy jechać drugą turą, w czerwcu, ale nie zdążyli nas wywieźć. Gdy nadleciały niemieckie samoloty z bombami na Ruska, padliśmy na kolana i zaczęliśmy się modlić - nie wiadomo, czy do tych samolotów, czy do świętych obrazów za ocalenie przed Sybirem.

Nie przeczuwaliśmy, że nadciąga druga tura niebezpieczeństwa - okupacja hitlerowska. Trzeba było nakarmić czymś krowę. Pod groźbą śmierci chodziłem wieczorem kraść buraki pastewne z kopców niemieckich, bo wiedziałem, że ta krowa w czasach wielkiego głodu jest naszą jedyną żywicielką. Pasłem ją na niemieckim ściernisku - to była ziemia, którą nam zabrali. Pamiętam bardzo grubego Niemca, który nadjechał bryczką, wziął do ręki bat i bił mnie po gołych nogach, krzycząc: "To moja ziemia! Weg, to moja ziemia!". Mało tego, że bił mnie batem, to jeszcze zabrał krowę, którą później trzeba było wykupić. Pamiętam też Niemców maszerujących na strzelnicę, ze śpiewem na ustach - słowa "Haili, hailo", tak jak "Katiusza", brzęczą mi w uszach do dziś.

Kromka chleba w ustach

We wrześniu 1939 nałożyłem torbę na plecy i ruszyłem do szkoły, ale już do niej nie doszedłem, bo w tym czasie był bombardowany Drohobycz i rafineria ropy naftowej. Z okien słychać było głos Hitlera wypowiadającego wojnę Polsce. Pierwszą klasę szkoły powszechnej ukończyłem za Ruskich w 1940 roku. Latem 1940 ukończyłem naukę religii przygotowującą do pierwszej komunii. Najlepszych ksiądz brał do swego ogrodu do zrywania porzeczek. Kolega poradził mi, żebym narwał owoców do czapki, to ksiądz mi ich nie zabierze. Jaka była radość w domu, gdy przyniosłem porzeczki!

My w tej biedzie mieliśmy szczęście, że pod bombami sadziliśmy ziemniaki. Te obrodziły i tego wielkiego głodu u nas nie było.

Wielka bieda była też wcześniej, w okresie międzywojennym. Panowało duże bez_robocie. Pamiętam, jak gdzieś na wiosnę 1938 matka mówiła do ojca: "Co mam ugotować? Mam tylko ziemniaka i wodę...". Ojciec ciągle był na bezrobotnym. Wojna jeszcze pogorszyła sytuację. Pod okupacją niemiecką po 1942 roku panował wielki głód, ludzie umierali jak muchy, a proszących było tak wielu, że chałupa się nie zamykała. My w tej biedzie mieliśmy szczęście, że pod bombami sadziliśmy ziemniaki. Te obrodziły i tego wielkiego głodu u nas nie było. Ale chleba nie widziałem przez rok. Dlatego jestem uczulony na widok dziecka wyrzucającego do kosza obłożony chleb, wtedy odczuwam straszne poniżenie. A jeszcze większa złość mnie ogarnia, gdy mówię o tej kromce i słyszę śmiech młodzieży. Oby już nigdy polskie dzieci nie zaznały głodu i odnosiły się z szacunkiem do chleba! A mój najpiękniejszy dzień w życiu - kiedy po tak wielkim głodzie kromka znalazła się w moich ustach...

Rodzinny dom Bronisława Furtana w Rychcicach stoi do dziś.
Archiwum Bronisława Furtana Rodzinny dom Bronisława Furtana w Rychcicach stoi do dziś.

Gorsza od głodu była rzeź ludności polskiej przez bandy ukraińskie. Rychcice były wielkie i bardzo silne, działała dobrze zorganizowana Armia Krajowa, tak że bandy nie miały odwagi napaść na naszą miejscowość. Ale małe wsie w okolicy były pozbawione obrony i wszystkie zostały spalone, a ludność polska wymordowana. Ja jako mały chłopiec chodziłem nocą z ojcem na wartę i widziałem płonące osady, słychać było krzyki i jęki mordowanych przez Ukraińców. Rychcice nazywano gettem polskim, bo ci, którzy ocaleli, przychodzili do nas i tu znaleźli opiekę i bezpieczeństwo. Widząc te okropności, narastała taka nienawiść, która jeszcze dziś daje znać o sobie.

Ocalić od zapomnienia

Gdy w 1944 roku Niemcy uciekali, podpalili ten piękny pałac hrabiego. Ja z kolegą z płonącego pałacu wynieśliśmy pistolet z amunicją. W chwili wyjazdu na Zachód zakopaliśmy go pod stodołą Ukraińca i złożyliśmy przysięgę, że gdy wrócimy, to tym pistoletem wystrzelamy wszystkich banderowców we wsi. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna - nigdy tam nie wrócimy, z młodych chłopców wyrośliśmy na starców, a pistolet będzie odkryciem archeologicznym, jak go ktoś odkopie. Pałac hrabiego spłonął doszczętnie i nikt nie próbował go ratować. W tym miejscu Ukraińcy pobudowali szkołę. Obok stoi pomnik żołnierzy radzieckich. Ja jako mały chłopiec byłem świadkiem pochówku tych żołnierzy. Do wykopanego dołu wrzucili ich w mundurach, zakopali i oddali salwę z trzech strzałów. Jak zginęli, nie wiem dokładnie, ale miejscowa ludność mówiła, że zabili ich banderowcy. Tych żołnierzy było dwóch lub trzech.

I aby ślad po nich nie zaginął, piszę tych parę słów, aby choć coś ocalić od zapomnienia.

W 1945 roku zmuszeni byliśmy opuścić rodzinne strony i wyjechać na Zachód, do Polski. Metody zmuszania były różne - mężczyzn najczęściej zamykano w tiurmu, a gdy żona zapisała się na wyjazd, wypuszczano. Zapakowano nas do bydlęcych wagonów i tak miesiąc jechaliśmy, czasem popędzani bimbrem. Jak pamiętam, jechaliśmy przez Poznań, Gorzów - do Lubiszyna. A że tam byli jeszcze Niemcy, to wujek z Nowin Wielkich zabrał nas furmanką, bo przykro było jakoś mieszkać z nimi. Na Matki Boskiej Zielnej byliśmy na miejscu. Ludność z Rychcic została rozrzucona po całym Zachodzie - od Bałtyku po góry. Starsi już umarli, a tylko nieliczni, nieco młodsi - jak ja, rocznik 1932 - jeszcze żyją. I aby ślad po nich nie zaginął, piszę tych parę słów, aby choć coś ocalić od zapomnienia.

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Gazety Lubuskiej.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Gazety Lubuskiej
  • codzienne e-wydanie Gazety Lubuskiej
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Bronisław Furtan - Czytelnik

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetalubuska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.