Na nowohuckim blokowisku raz na jakiś czas rodzą się mistrzowie

Czytaj dalej
Fot. Fot. Anna Kaczmarz
Katarzyna Kachel

Na nowohuckim blokowisku raz na jakiś czas rodzą się mistrzowie

Katarzyna Kachel

Kiedy w wieku 50 lat pierwszy raz został ojcem, pomyślał: wreszcie udało mi się zrobić coś, co ma ręce i nogi. I może właśnie ręce i nogi Gniewka sprawiły, że Rafał Sonik już nie chciał być nomadą na cały etat. I może dlatego przestał pragnąć wszystkiego tu i teraz. Bo przecież posiadanie i bycie najlepszym wcale nie składa się na cały świat, z którego można czerpać przyjemność.

Prolog

Ta historia mogłaby zaczynać się od traum. Duszenia kocem przez osiedlowych chuliganów i czujności. Od czekania na ciosy i prób zajęcia pozycji, w której coś się znaczy. Zdarzeń, z którymi trzeba zmagać się przez lata, czasami dłużej, może całe życie. I z czymś, co niezależnie od nas wpływa na kolejne wybory. Z takich początków rodzą się opowieści o nowohuckich łobuzach, niepewnych siebie i zahukanych facetach. Albo takie o niepokornych chłopakach, których osiedle, podstawówka i sala treningowa staje się polem walki. Tyle że nie o władzę. Ale o siebie.

Ta opowieść mogłaby zaczynać się od górki, na której uczył się jeździć na nartach. Tej przed blokiem osiedla Na Stoku, gdzie w małej kawalerce Sonik przyszedł na świat. A może od schodów, które pamiętają jego pot, kiedy ćwiczył na nich skoki? Trenował w Wandzie tenis stołowy, kiedy Stanisław Wcisło wyznaczył mu to zadanie: skakać obunóż do domu. Pięć pięter. Pokonywał je codziennie w górę i w dół, a potem postanowił być jeszcze lepszy.

Chciał mocniej i więcej. Wskakiwał więc na samą górę dziesięciopiętrowca. I zawsze taki już będzie. Maksymalista, którego nie zadowolą półśrodki. - Siedział na podłodze i godzinami budował fortece z plasteliny - wspomina Teresa Sonik, mama rajdowca. - Wszystkie elementy były równiuteńkie, perfekcyjne, jak od linijki. Nawet w dziecięcej zabawie świat musiał być idealny. I skrojony tak, jak sobie zaplanował. - Bo nigdy nie lubił się podporządkowywać - dodaje ciotka Krystyna Janicka. Dlatego, kiedy mama pośle go do przedszkola, uzna to za nieszczęście. Dla niego grupa i zabawy z rówieśnikami to zajęcia, które go nie rozwijają. A takie go nie obchodzą.

Pierwsza historia nie nauczyła Sonika przemocy. Bo choć na blokowisku panowały zwierzęce zasady i liczył się ten, kto szybciej i mocniej walił między oczy, bójki i zemsta go nie interesowały. - Polowania nie są dla mnie - przyzna dużo później. Dlatego kiedy ćwiczy karate, kick boxing i jazdę na rowerze, to wyłącznie dla siebie. Ale ćwiczy z pasją. I tak będzie całe życie. Słowa ojca: „Jeśli cokolwiek robisz, a nie ma w tym pasji, to jakbyś nic nie robił” - tkwią w nim na tyle mocno, że staną się z czasem jedną z tych maksym, którą Rafał Sonik lubi powtarzać niczym mantrę.

Druga opowieść nauczyła go wytrwałości i ambicji, a może tylko uświadomiła, że od zawsze ma je w sobie. I kiedy dziś Rafał Sonik, jedyny Polak, który wygrał morderczy Dakar, mówi, że nie jest cudotwórcą, niektórzy nie bardzo mu wierzą.

Część I

- Może po pradziadku podróżniku? Tak, po tym, który pewnego dnia spakował niewielki tobołek i ruszył samotnie dookoła świata poznawać obce języki, kultury i ludzi, którzy mieli różne kolory skóry - ciotka Janicka próbuje znaleźć duchowego ojca Rafała Sonika. Po facecie, którego mały Rafał zapamiętał jako wielkiego człowieka w kowbojkach i ramonesce. A może jeszcze wcześniej, jeszcze bardziej wstecz.

Te wszystkie geny przodków musiały przecież ułożyć się w taki genotyp, w którego zapisie znajdą się cechy tak sprzeczne jak nadwrażliwość, perfekcjonizm, brak pokory, chęć pomagania, atawistyczna wręcz potrzeba rywalizacji i lekka obojętność na adrenalinę. Cechy, które sprawiają, że Sonik nie lubi tracić gruntu pod nogami, ale wie także, że czasami trzeba się odkryć, pokazać nagie plecy.- Gdyby nie poczucie odpowiedzialności, pewnie byłbym nomadą, obieżyświatem jak pradziadek - nie kryje. - Kowbojki i ramoneskę kupiłem i nawet w nich paradowałem. Dziś wiszą w szafie, a ja nauczyłem się, że kiedy jest się odpowiedzialnym za rodzinę, pracowników i projekty, czasami trzeba odpuścić.

Dlatego nie ma ambicji, by kupować sobie samochód wart milion złotych ani prywatnego odrzutowca. Nie myśli, by zbudować jacht, tak jak budują sobie bogaci ludzie, czy trafić na listę najbogatszych Polaków Forbesa.- Przez krótki okres jeździłem dobrym wozem nad zalew w Kryspinowie, bo jeździli tam wszyscy ci, którzy chcieli pokazać, że w życiu udało im się zarobić kupę kasy - przyznaje. - Szybko zrozumiałem jednak, że to płytkie. Że jest w tym wyłącznie blichtr, pod którym czai się pustka.

Część II

Kiedy Teresa Sonik usłyszała od Rafała: Zrobiłem dziś coś dobrego, pomyślała ze spokojem, że dobrze odrobiła lekcję. Dlatego wydaje jej się, że chęcią dzielenia się z innymi Rafał zaraził się w dużej mierze od niej. - Człowiek jest dla drugiego jak winda, albo go podwiezie do góry, albo ściągnie w dół - porównuje pani Teresa. Rafał postanowił brać w górę dzieci, które nie miały szansy, by się uczyć, młodych sportowców, chore maluchy, a potem jeszcze wsadził do tej windy Tatry, Kasprowy Wierch, niemalże całą Polskę, tak by nie musieć się wstydzić przed znajomymi z zagranicy. - Kiedy widziałem Alpy, a potem wracałem w zaśmiecone góry, które były mi zawsze bliskie, wściekałem się - mówi. Z tej złości zrodziła się akcja Czyste Tatry, a potem kolejne odsłony, w których tysiące wolontariuszy ruszały, by posprzątać szlaki, następnie regiony, całą Polskę.

Porządkowanie ma zresztą w swoim genotypie. To silna, gorączkowa wręcz potrzeba wyrównywania książek na półce, rozwieszania ubrania i wielogodzinnego doprowadzania przestrzeni do idealnego porządku przed każdym wyjazdem. Mówi o tym tak: - Mam patologiczny stosunek do organizacji. Tylko dzięki niej mogę załatwiać najbardziej skomplikowane rzeczy.

Pozwoliło mu to dopinać najtrudniejsze projekty, osiągać sukcesy sportowe, może nawet poradzić sobie z nienasyceniem, które trawiło go przez lata. - Rozwijałem się, ale wciąż nie byłem w pełni usatysfakcjonowany tym, co robię -zdradza. - Poczucie braku towarzyszyło mi i zabijało we mnie radość. Cały czas chciałem, żeby było idealnie. I tylko takie momenty mnie zadowalały. Tyle że to idealnie zdarza się bardzo rzadko.

W ciągu 10 lat przewartościował w swoim życiu niemalże wszystko. Poprawianie do bólu rzeczywistości wciąż w nim tkwi, ale już nie dusi.

Część III

Kiedy Rafał Sonik myśli o quadach, przypomina sobie wietrzny dzień w południowej Francji. Pojechali na windsurfing, pogoda nie pozwoliła nawet na podniesienie żagla. I wtedy zobaczyli daleko na wydmach dziwne maszyny, których nazwy dotąd nie słyszeli. Prawdziwa terra incognita. - W Polsce kręcili głowami, że na ciągnikach rolniczych nie da się ścigać - uśmiecha się Jacek Bujański, dziś żywa legenda quadów. To „nie da się” było dla Sonika niczym woda na młyn. Tworzenie od początku przypominało budowę fortecy z dzieciństwa.

Konsekwentnie, z idealnie sklejonych kawałków, choć łatwo nie było. Witek Kłeczek, z którym jeździł wiele lat, pamięta jedne z pierwszych zawodów pod Krosnem, kiedy na odcinku specjalnym musieli wpierw wycinać drzewa, bo quad po prostu się nie mieścił. - Kiedy na nim siądziesz, nie będziesz chciał zejść, bo jest silny i szybki - przekonywał Sonik kolegów. Ściganie się było dla niego przeciwieństwem mechanizmów, które rządzą w biznesie. Kara, kiedy popełnia się na quadzie błąd, przychodzi błyskawicznie. Z nagrodą podobnie. To mu było potrzebne by zachować równowagę - wewnętrzny balans.

Kiedy myśli o nagrodach i karach, myśli też o lekcji pokory, którą odebrał 10 lat temu. Był 27 maja 2006 roku, między 10.33 a 10.34. To był ten moment w życiu, kiedy wydawało mu się że jest królem życia. Zwyciężał w niemalże wszystkich konkurencjach, wygrywał kolejne rajdy, za tydzień świętować miał czterdzieste urodziny. Motocyklista wyłonił się nagle. Nie było szans na uniknięcie wypadku. Do szpitala trafił z otwartym złamaniem ręki, której o mały włos mu nie amputowano. - Uciekłem spod noża i była to ucieczka, która wiele mnie nauczyła - uważa dziś.

30 śrub w prawym przedramieniu i lęk, że może nigdy nie będzie sprawny, do dziś wywołuje ścisk w żołądku. To z tego lęku zrodził się pomysł, by wystartować w Dakarze. Zrobić coś, co realnie nie mogło się udać.

Epilog

Rafał Sonik dobrze wie, że Dakar może przetrącić kręgosłup albo ustawić go w pionie na całe życie. Przeżył ich osiem i nauczył się lizać rany. Pierwszy raz pojechał z ciekawości, chęci sportowej rywalizacji. Nie liczył na zwycięstwo. Śmiano się, że nie wytrzyma więcej niż pięć dni. Wytrwał do końca. Na kolejne rajdy jeździł, by je wygrać. Drugi, trzeci, szósty raz. Im bardziej chciał, i im bardziej wydawało się to realne, tym mocniej przeżywał porażki. - Pojawiła się frustracja, z którą musiałem sobie dać radę - opowiada.

Dziś jest mądrzejszy i dojrzalszy. Niedoskonały też, jak każdy, kto w końcu zrozumie, że nie ma istnień idealnych. Potrafi z tym funkcjonować. -Ludzie zazdroszczą mi życia, bo o nim nic nie wiedzą - mówi. -Widzą to, co chcą, świetnie prosperującego przedsiębiorcę, milionera, który wygrywa rajdy i pomaga ludziom. Czasami bufona, innym razem celebrytę. Tak było, kiedy podczas Światowych Dni Młodzieży na krakowskich przystankach autobusowych pojawiły się plakaty kampanii promującej miasto Kraków, a na nich Jan Paweł II, Kopernik, Bona, Wit Stwosz, Andrzej Wajda i on. Rafał Sonik.

- Wystarczyłoby popularności, aby zostać radnym dzielnicowym - żartuje. Wcale się nie myli. Kiedy całkiem niedawno pojawił się w stroju rajdowca na osiedlu Na Stoku, by zapozować do zdjęć, wywołał wielkie poruszenie. Mieszkańcy zaczepiali go, pytając o plany, treningi i Dakar. - Spokojnie mógłbym zebrać na siebie podpisy - pomyślał siedząc na schodach, po których kiedyś biegał w podstawówce. Tych samych, co to zapamiętały chłopca, który zawsze chciał mocniej i więcej.

***

Rafał Sonik urodził się 3 czerwca 1966 roku w Krakowie. Tu mieszka i to miasto kocha.

Jest przedsiębiorcą, sportowcem i filantropem, pomysłodawcą wielu akcji charytatywnych, fundatorem wielu osobistych pragnień dzieci chorych i zdrowych. Bywa cholerykiem i człowiekiem męczącym. Żyje jak chce. Mówi, że pomaganie jest przywilejem, dlatego woli wydawać swoje pieniądze na pomoc innym, niż spełniać swoje kaprysy. Nie kupuje wszystkiego, co mu się zamarzy, bo wie, że stan spełnienia trwa bardzo krótko. Dlatego warto na niego poczekać.

Katarzyna Kachel

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2023 Polska Press Sp. z o.o.