Na wakacjach byłem na obozie albo w polu. Niczego nie żałuję

Czytaj dalej
Fot. Eliza Gniewek-Juszczak
Eliza Gniewek-Juszczak

Na wakacjach byłem na obozie albo w polu. Niczego nie żałuję

Eliza Gniewek-Juszczak

Ponad sto hektarów ziemi nie może leżeć odłogiem, nie pozwala na to rodzinna tradycja i unijne dopłaty. Wicewojewoda Robert Paluch już po żniwach i… zaręczynach. Kiedy będzie ślub władzy?

Jest Pan rolnikiem?
Tak, zdefiniowanym, czyli mam odpowiednią ilość gruntów i płaciłem składki w KRUS. Jestem właścicielem gruntów rolnych od końca lat 90. Kiedy stałem się urzędnikiem państwowym, jednym z pierwszych pytań, które zadałem osobom decyzyjnym, było to, czy będę mógł kontynuować swoją działalność rolniczą. Usłyszałem, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby być wicewojewodą lubuskim i prowadzić tę działalność.

Pojawiły się plotki, że bierze Pan unijne dopłaty do upraw rolnych, a pracując w urzędzie, niczego Pan nie uprawia.
Żeby była jasność, działalność prowadziłem już wtedy, kiedy nie było w Polsce dopłat unijnych, nawet się o tym jeszcze nie mówiło. Od kiedy taka możliwość się pojawiła, korzystam z tego wsparcia.

Ze względu na słabsze grunty, nie idę w ilość, ale w programy ekologiczne. Tylko niektóre zboża pozwalają na to, żeby mogły być produkowane ekologiczne. W moim programie są to proso i soczewica. Mam też łąki, które trzeba raz w roku skosić, ale w odpowiedni sposób, od środka i na zewnątrz, po to, aby nie zniszczyć ptactwa. Taki program ekologiczny musi być bardzo jasno opracowany i taki mój jest.

Pozwoliłem sobie na okazję tej rozmowy wziąć ze sobą całą dokumentację. Dotacje unijne, które zostały ostatnio opublikowane, są za rok 2016. W jednym roku do 15 maja składa się wniosek, a dotację otrzymuje się maksymalnie do połowy następnego roku. Mam certyfikowane gospodarstwo rolne. Każde z gospodarstw ekologicznych otrzymuje certyfikat od jednostki certyfikującej, która ma zgodę na taką certyfikację od Ministerstwa Rolnictwa. Takie dokumenty dostaję co roku. Realizuję program pięcioletni. Prowadzę rejestr działalności rolno-środowiskowej, która pokazuje, co na danym polu, w jakim zakresie robię. Deklaruje się ilości zbóż, które się zbierze i te ilości muszą być potwierdzone w dokumentacji. Włącznie z ich sprzedażą.

Co zatem rośnie na polu?
W niedużym zakresie na swoich gruntach prowadzę też działalność konwencjonalną. W tym roku było to pszenżyto i w bardzo małym zakresie rzepak, nie posiadam produkcji zwierzęcej, po zebraniu zboża sprzedaję je. W razie potrzeby mam również magazyn. W tej szerokiej dokumentacji, którą posiadam, mam oczywiście rachunki sprzedaży. Ekologiczna produkcja nie wymaga ode mnie wielkiej pracy, nawożenia, intensywności pracy, takiego ścigania się. Jest to oparte o mniejsze zbiory, ale ekologiczne. Tego typu działalność jest monitorowana przez jednostkę certyfikującą oraz agencję restrukturyzacji i modernizacji rolnictwa.

Przyjeżdżają kontrolerzy?
Oczywiście, że tak. Przyjeżdżają kontrolerzy, opomiarowują pola, robią zdjęcia. Aparat fotograficzny jest sprzężony z GPS, więc wiadomo potem, że na zdjęciu jest moje pole. Mam oborę, stodołę i zagrodzone gospodarstwo pod Nową Solą.

Ile to jest hektarów?
Tak jak w oświadczeniu majątkowym piszę, mam ponad 100 hektarów ziemi. To jest moja własność w 99 procentach. Coś tam dostałem od rodziców, reszty dorobiłem się sam. Nie mam dużego parku maszynowego, brakuje mi kombajnu. Nie inwestuję w najdroższy sprzęt, ponieważ moje gospodarstwo jest za małe. Musiałbym mieć ze czterysta hektarów ziemi do dyspozycji, żeby mieć pełen park maszynowy. Niekiedy korzystam z usług.

Rozumiem, że to oznacza także rolnicze po-
datki?
Tak, i oświadczam, że nie posiadam żadnych zaległości w tym zakresie. Oświadczam też, że żadna gmina nie umorzyła mi żadnego podatku. Płacę wszystko i płacę na czas. Wie pani, dlaczego to mówię? Bo zaraz koś zacznie się zastanawiać, czy jeden albo drugi z samorządowców, a wiadomo, o kogo chodzi, nie umarza mi podatków. Byłem płatnikiem KRUS przez wiele lat. Od momentu, kiedy zostałem urzędnikiem państwowym, płacę składki w ZUS. W momencie, kiedy przestanę być przedstawicielem rządu w terenie, z powrotem wrócę do składek KRUS--owskich. W przyszłości, jeśli KRUS będę płacił przez 25 lat, moja emerytura będzie składała się z części KRUS i ZUS, oczywiście jak dożyję. Staram się możliwie udolnie prowadzić gospodarstwo. Pomaga mi w tym mój ojciec, w pełnym zakresie, jest w sile wieku. To działalność rodzinna. Mój dziadek jeszcze jak miał 82 lata, to pracował na polu.

Nie posiadam żadnych zaległości w podatkach. Oświadczam też, 
że żadna gmina nie umorzyła mi żadnego podatku

Jako młody chłopak pracował Pan przy żniwach?
Od czwartego roku życia aż do momentu, kiedy zacząłem pracować zawodowo w latach 90., co roku wakacje spędzałem w Wielkopolsce, skąd pochodzi mój ojciec. Pracowałem na gospodarstwie. Nie miałem żadnych wakacji, albo byłem na obozie sportowym, albo na polu. Były podorywki, zbieranie siana albo zbieranie słomy ze snopowiązałek. Nie było jeszcze takich dużych beli jak teraz. Jeszcze pamiętam takie prace, bo w nich uczestniczyłem, kiedy chodziła taka snopowiązałka, taka przedwojenna maszyna, zbierała zboże, potem wysypywała całą słomę z kłosem. Pamiętam te czasy, lata 80., nie było sznurka do snopowiązałki. Zbierało się snopki, z tejże słomy robiło się powrósła, żeby opasać te snopki. Ustawiało się je w sztygi na polu, żeby doychało [sztyga 
– snopy ustawione w dwu szeregach, oparte o siebie kłosami – za Słownikiem Języka Polskiego – przyp. red.]. Dopiero potem wy-schnięte zabierało się do stodoły. Młócenie robiło się w stodole, dopiero w listopadzie i grudniu. Przez dobrych kilkanaście lat brałem udział w żniwach.

Spodobało się Panu wtedy gospodarzenie?
Tam w Wielkopolsce, u dziadków, mocno się ukształtowałem. Również sport intensywnie uprawiany ukształtował mój charakter. Kiedy mój tato miał wypadek, jako dzieci zostaliśmy wywiezieni z siostrą do babci i brata ojca. Przez ponad pół roku tam mieszkaliśmy. To były ciężkie czasy. A wracając do żniw, kiedy mój starszy kuzyn miał uprawnienia na traktor, to układaliśmy na przyczepie po siedem-osiem warstw snopków i jechaliśmy potem na samej górze. To są takie wspomnienia. Trzeba było strasznie wolno tymi polnymi drogami jechać, wszystko się trzęsło. Nieraz gubiliśmy snopki, potem wracaliśmy po nie. Czuję to rolnictwo. Niczego nie żałuję. Uczciwie powiem, że kupowałem ziemię w dobrych cenach. To nie moja wina, że dzisiaj jest droższa. Ceny ziemi rosły niewspółmiernie do postępowania inflacji, więc ziemia to spora wartość.

Plany na przyszłość? Inwestycje?
Mój plan na najbliższe lata, jak będę miał czas, to wybudowanie stajni dla koni. Chciałbym w przyszłości założyć stadninę, bo moja córka się tym interesuje. To jest bardzo poważne zainteresowanie. Jesteśmy na etapie koncepcyjnym w tej kwestii. Kiedy rozmawiamy, jest na obozie konnym. Chciałbym mieć spore stado koni. Będę szedł w tym kierunku. Ale na dzisiaj staram się jak najmniejszymi siłami działać w gospodarstwie, bo nie mam na to czasu. Nie oprę inwestycji o ojca, który jest sprawny, ale nie musi już tego robić.

Urząd wojewódzki, gospodarstwo, polityka. Ciągle gdzieś Pana widać...
Działam też w Polskim Związku Lekkiej Atletyki, regularnie spotykając się z ludźmi. Nikt mnie nie pyta, jak dzielę czas. A kiedy nastawiam sobie budzik w komórce na rano, na pobudkę, to mi wyskakuje, że mam cztery godziny 42 minuty snu albo pięć godzin i 12 minut. Wie pani? Ja po prostu intensywnie żyję. To nie jest przypadek, że mam czterdzieści kilka lat i nie mam ani jednego czarnego włosa. To się z czegoś bierze. Nie mam czasu na treningi, a jeszcze trzy lata temu półmaratony biegałem. Przytyłem prawie 30 kilogramów. To wynika z tego szaleństwa. Wiem, że muszę o siebie zadbać, trzeba się również regenerować. Moimi najlepszymi sojusznikami jest moja rodzina. Nigdy się na nich nie zawiodłem, począwszy od mamy, ojca, siostry, skończywszy na… nie powinienem powiedzieć mojej żonie, bo Izabela nie jest moją żoną, ale wspieramy się na 
każdym kroku, co widać.

Myślicie o ślubie?
Tak. Nie ma żadnych przeciwwskazań ani natury prawa kanonicznego, ani administracyjnego. Nie musimy żadnych rozwodów brać. Mamy wspólne dzieci Amelię i Michała. Tak się ułożyło. Ale jesteśmy po zaręczynach. O! Ale odbyły się z dziesięć lat temu, czy nie dawno? Nie, całkiem niedawno. Zgodnie z tradycją przedwojenną wręczyłem Izabeli pierścionek z szafirowym kamieniem. Trzeba wyznaczyć termin i dokonać tego aktu. To też by pewnie wpłynęło na komfort naszych dzieci. Amelia czasem pyta: „tata, kiedy się ożenicie?”. Jak się człowiek para życiem publicznym, to kwestie osobiste powinien mieć poukładane. Jestem niewolnikiem wolności i tę kwestię pozostawiam do rozstrzygnięcia samemu sobie i Izabeli. Gwarantuję swojej przyszłej żonie i dzieciom, że tę sprawę załatwimy, bo ta opieszałość to moja wina.

Eliza Gniewek-Juszczak

Opisuję to, co dzieje się w powiecie nowosolskim, ale także to, co dotyczy mieszkańców całego województwa lubuskiego. Ciekawią mnie przepychanki polityczne, przemiany gospodarcze w regionie i emocjonują ludzkie sprawy. Piszę o religii, ale też tym, co się buduje. Lubię odkrywać ciekawostki Nowej Soli, Kożuchowa, Otynia, Bytomia Odrzańskiego i Nowego Miasteczka oraz wielu innych miejscowości. Publikuję artykuły w Gazecie Lubuskiej oraz na portalach www.gazetalubuska.pl i www.nowasol.naszemiasto.pl.
Chętnie napiszę o Twojej sprawie, wydarzeniu, które organizujesz lub sukcesie, którym chcesz się pochwalić.
Skończyłam filologię polską w Zielonej Górze i dziennikarstwo w Poznaniu. W Gazecie Lubuskiej pracuję od 2016 r.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.