Nie czas umierać, czas się z(a)mienić, panie Bond

Czytaj dalej
Fot. materiały dystrybutora
Anna Piątkowska

Nie czas umierać, czas się z(a)mienić, panie Bond

Anna Piątkowska

Krętymi uliczkami malowniczej włoskiej Matery pomyka Aston Martin. Dziewczyna prosi, by kierowca przyspieszył, na co ten odpowiada: „Nie musimy się spieszyć. Mamy całe życie”. Tak zaczyna się najnowszy Bond, choć do tej pory od pierwszych sekund filmu zazwyczaj mu się spieszyło. Ale ten Bond do innych jest niepodobny. Jest absolutnie wyjątkowy.

Blisko dwa lata czekał na swoją premierę najnowszy film o przygodach agenta Jej Królewskiej Mości. Bond na ekranach miał się pojawić dopiero wówczas, gdy kina będą mogły zapełnić się po brzegi, choć ponoć przedłużająca się pandemia spowodowała, że dystrybutorzy rozważali premierę na jednej z platform streamingowych.

Ostatecznie światowa premiera „Nie czas umierać” miała miejsce 28 września, a na ekrany polskich kin Bond trafił 1 października i, jak podaje dystrybutor Forum Film Poland, w premierowy weekend film obejrzało 440 tys. osób. To najlepszy wynik, jaki w polskich kinach osiągnął jakikolwiek film od początku pandemii.

Nie czas umierać

Wspomniana już scena, w której Bond mówi, że nie ma się co spieszyć, to jeden z obrazków emeryckiego życia byłego agenta 007, którego urokami cieszy się na Jamajce.

„Tymczasem jednak jego stary przyjaciel Felix Leiter z CIA zwraca się do niego o pomoc. Misja uratowania porwanego naukowca okazuje się o wiele bardziej zdradliwa, niż mogłoby się wydawać i naprowadza agenta 007 na ślad tajemniczego złoczyńcy, dysponującego nową, niezwykle niebezpieczną technologią" - zapowiada fabułę „Nie czas umierać” dystrybutor.

Ale powiedzieć tyle, to nie powiedzieć nic o nowym Bondzie, a co gorsza, trudno o coś więcej, nie zdradzając fabuły. A dzieje się, oj dzieje. I jest to zupełnie inny Bond niż dotychczas - nie mam wątpliwości, że będą tacy, którzy wyjdą z kina oburzeni, bo mało tu Bonda w Bondzie, bo daleko od konwencji, bo to film, który najmniej jest o agencie 007.

Jak wspomniałam, już sam początek jest inny niż dotychczasowe Bondy, były już agent Jej Królewskiej Mości nie dość, że z ucieczką trochę poczeka, to jeszcze mówi, że nie ma po co się spieszyć. Zresztą na "odświeżanie bondowskiej formuły” co bardziej ortodoksyjni fani psioczyli od kiedy na ekranie pojawił się Daniel Craig. „Skyfall” z agentem w depresji zdawał się być szczytem w tej materii. No ale, świat się zmienia i przyszedł „Nie czas umierać”...

Od kiedy twarzą Bonda został Daniel Craig, superagent z licencją na zabijanie stał się bardziej ludzki, poznał smak emocji i uczuć. Z szowinistycznego gadżeciarza podle traktującego kobiety, stał się eleganckim, wysportowanym przystojniakiem, który potrafi się zakochać i przeżywać miłosne rozterki, a nawet dramaty (tak, o Bondzie mowa!). Na starość Bond się ustatkował. Dziewczyny, które o poranku znikały z jego łóżka w „Nie czas umierać” zastępuje ta jedna na całe życie, a miejsce błyskotliwych flirtów zajęło uczucie.

Bond zresztą odrobił lekcje z relacji damsko-męskich w całej rozciągłości, zachowania z arsenału, którym dysponował Sean Connery, po #metoo są nie do przyjęcia nie tylko w warstwie fabularnej, zmienił się także „wpływ” kobiet na kształt filmu, w czteroosobowym składzie scenarzystów pojawiła się kobieta: Phoebe Waller-Bridge, być może to dzięki niej Bond jest nie tylko piekielnie inteligentny, ale też uroczy i zabawny.

Kobiety w najnowszym Bondzie Państwa zaskoczą. I to jak!

A sam Bond? To jest naprawdę dobry film, choć zupełnie inny od znanych dotychczas. Reżyser Cary Joji Fukunaga bawi się konwencją Bonda, są wiec z najnowszym filmie elementy charakterystyczne dla serii, ale Fukanaga puszcza do widza oko, serwując na ekranie pościgi, gadżety czy Martini wstrząśnięte, niezmieszane, mówi nawet, że 007... to tylko numer.

Niezmiennie też Bond ratuje świat - a w tym filmie zagrożenie jest niezwykle bliskie i aktualne - ale tym razem świat ma bardzo osobisty wymiar. Choć w finałowej scenie z graniem konwencją, moim zdaniem, scenarzyści grubo przesadzili.

Jako się rzekło, to ostatni Bond z twarzą Daniela Craiga, a u jego boku w „Nie czas umierać” wystąpiły gwiazdy: Léa Seydoux jako Madeleine Swann, dziewczyna Bonda, Christoph Waltz – arcywróg Blofeld, Ralph Fiennes w roli M i Ben Whishaw jako Q. Do serii wrócił także Jeffrey Wright wcielający się w Feliksa, przyjaciela z CIA. W rolę głównego przeciwnika - Lyutsifera Safina - wciela się Rami Malek znany m.in. z „Bohemian Rhapsody” czy „Mr. Robot”.

Bez podpowiedzi zwrócą Państwo też uwagę na Anę de Armas w roli Palomy - postać jak trzytygodniowe szkolenie dla agentów specjalnych.

Dekonstrukcja agenta Bonda

Wielbiciel gadżetów i szybkich samochodów oraz Martini wstrząśniętej, niezmieszanej. Kobiety traktuje - nawet jak na standardy lat 60. - jak na dżentelmena nie przystało. Zawsze w skrojonym na miarę garniturze. Bond. James Bond. A dokładnie: sześciu Bondów.

Archetyp Bonda i ucieleśnienie męskich wzorców - Sean Connery to pierwszy odtwórca roli agenta Jej Królewskiej Mości, w którego wcielił się siedem razy w filmach „Doktor No” (1962), „Pozdrowienia z Rosji” (1963), „Goldfinger” (1964), „Operacja Piorun” (1965), „Żyje się tylko dwa razy” (1967) i „Diamenty są wieczne” (1969) oraz niezależnej produkcji wytwórni EON „Nigdy nie mów nigdy” (1983), która nie jest oficjalnie zaliczana do serii.

W 1969 roku kolejnym Bondem został przystojny australijski mechanik samochodowy George Lazenby, nazywany „przerywnikiem między Connerym a Moorem”. Lazenby pojawił się na ekranie w filmie „W służbie Jej królewskiej Mości”.

Po nim na długo miejsce Bonda zajął sir Roger Moore - to zresztą bondowy rekordzista, który agentem 007 był aż siedem razy w: „Żyj i pozwól umrzeć” (1973), „Człowieku ze złotym pistoletem” (1974), „Szpiegu, który mnie kochał” (1977), „Moonrakerze” (1979), „Tylko dla Twoich oczu” (1981), „Ośmiorniczce” (1983) i „Zabójczym widoku” (1985). Bond w jego wykonaniu był czarującym uwodzicielem, choć dziś to właśnie filmy z jego udziałem, chyba, najbardziej się zestarzały.

Kolejne dwa filmy - „W obliczu śmierci” (1987) i „Licencji na zabijanie” (1989) - to 007 z twarzą Timothy Daltona. Mówi się, że Dalton to niewykorzystany potencjał, który przyćmił jego następca – ponoć najprzystojniejszy z Bondów – Pierce Brosnan, który wystąpił w „GoldenEye” (1995), „Jutro nie umiera nigdy” (1997), „Świat to za mało” (1999) i „Śmierć nadejdzie jutro” (2002).

W 2006 roku Bond po raz pierwszy został blondynem, ale to najmniej ważne, bo to właśnie Daniel Craig wprowadził Bonda w XXI wiek i nowe kanony męskości. Bond Craiga, dotąd bezduszny uwodziciel, gadżeciarz i szowinista, zyskał całą gamę emocji i uczuć, by w „Skyfall” zmierzyć się z depresją. Bond nadal nosi skrojone na miarę garnitury od Toma Forda, ale w „Nie czas umierać” ma także cieplutki sweter, którym może otulić. Daniel Craig był Bondem pięć razy w filmach: Casino Royale” (2006), „007 Quantum of Solace” (2008), „Skyfall” (2012), „Spectre” (2015) i „Nie czas umierać” (2021).

James Bond powróci. Tylko jaki?

„Nie czas umierać” to dwudziesty piąty film z serii o Bondzie i piąty, w którym w rolę agenta wcielił się Daniel Craig. Choć brytyjski aktor z Bondem żegnał się już kilka lat temu, tym razem to pożegnanie ostateczne i na zawsze. 53-letni Craig rezygnując, mówi, że rozdźwięk między postacią Bonda i nim samym jest coraz większy.

Kiedy tylko pojawiła się informacja o tym, że Craig nie będzie już Bondem, ruszyły spekulacje, kto mógłby się wcielić w rolę agenta, bo przecież James Bond powróci.

Wśród najczęściej typowanych nazwisk pojawiają się Tom Hardy, gwiazda m.in. serii „Mad Max” i „Venom”, Luke Evans znany z „Hobbita” czy „Szybkich i Wściekłych” oraz James Norton, znany z serialu „McMafia”.

Z kolei, analizując preferencje widzów, sztuczna inteligencja (A.I.) za najlepszego kandydata uznała Henry'ego Cavilla, znanego z takich produkcji jak "Superman" i "Wiedźmin". Analizy komputerowe pokazały, że aktor w 92,3 proc. odpowiada filmowemu ideałowi Jamesa Bonda.

Mówi się jednak, że Bond musi jeszcze bardziej podążać za zmieniającym się światem i w kolejnych filmach agenta powinien zagrać ciemnoskóry aktor, a nawet, że Bond będzie kobietą.

A może w „Nie czas umierać” dostaliśmy już podpowiedź, kto będzie kolejnym Bondem?

Anna Piątkowska

Komentarze

3
Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

pimof89049

>>>>>>PART TIME JOB FOR AMERICAN GIRLS AND BOYS>>>>>>>

I am making $200 to $300per hour doing online work from home. I kept hearing other people tell me how much money they can make online so I decided to look into it. Well, it was all true and has totally changed my life.if you interested…Go to this link, fill out a basic online form and hit submit at,Home Profit System And Follow The instructions as Home Profit System And Set Up your Accounts..GOOD LUCK★★

↓↓↓↓↓↓↓↓

HERE………Www.jobget6.com

oceanmuzyki

Już dawno powiedziałem sobie, że nie pójdę więcej na Bonda, bo nie warto. A jednak zmęczony pandemią wybrałem się na ostatni film o agencie 007 i pożałowałem. Po początkowym pobudzeniu pierwszymi scenami w miarę trwania filmu coraz głębiej pogrążałem się w kinowym fotelu. Nihil novi, jak mawiali starożytni, wszystkie ograne bondowskie schematy aż kłuły w oczy. Brutalny, wręcz bezwzględny dla wrogów Craig, jakiś szalony naukowiec, który chce terroryzować świat wirusem ospy (o matko!), co w dobie pandemii koronawirusa wydaje się jakąś kompletną dziecinadą, nudne, rozwleczone dialogi. Zero intrygi, wszystko do przewidzenia, a scena finałowa ciągnie się, niczym dobra krówka ciągutka, powodując (chyba nie tylko u mnie) napady niekontrolowanej senności. No i zapowiedź tego, co będzie potem - kobieta Bond, oczywiście w wersji black. Jako żywo, duuuużo bliżej mi do Mission Impossible, a nawet filmów ze Stathamem czy Wahlbergiem, a nawet Neesonem. Na następnego (następną?) Bonda nie pójdę na pewno.

guide

Oglądałem przygody Agenta 007 od czerwca 1990 roku czyli 1-wszej w historii
polskiej premiery filmu "Licence to kill" z Timothy Daltonem wcielającego się w role Komandora Jamesa Bonda.
Jak plotka niesie następca Daltona czyli Pierce Brosnan miał już grać role Agenta Jej Królewskiej Mości od "Living Daylights" ale zobowiązania wobec jednej z amerykańskich stacji telewizyjnych Mu na to nie pozwoliły.
"No time to die" to pożegnanie następnego po Brosnanie Odtwórcy roli Bonda czyli Daniela Craiga który 5 krotnie wystąpił w tej roli.
Film jest klamrą spinającą te wszystkie Jego występy poczynając od najlepszego "Casino Royale" z 2006 roku wyprodukowanego na podstawie książki Iana Fleminga a kończącym na "No time to die"
Poprzez wprowadzenie do roli Kobiety jako następczyni 007 daje powody do zastanowienia czy Ona zostanie przy następnych częściach przygód Agenta.
W ostatnich wywiadach Pani Producent filmów z bondowskiej serii Barbara Broccoli oficjalnie zdementowała tą wcześniejszą informacje.
Żyjemy w XXI wieku kiedy wszystko jest możliwe i być może doczekamy się pierwszej Kobiety grającej Jamesa Bonda. Kto wie ?

plus.gazetalubuska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.