Nie ma jak na Bukowinie! To były zupełnie inne czasy

Czytaj dalej
Fot. Archiwum rodzinne
Dariusz Chajewski

Nie ma jak na Bukowinie! To były zupełnie inne czasy

Dariusz Chajewski

Górale czadeccy, czy bukowińscy? Kultowy już zespół "Watra" z Brzeźnicy musiał odpowiadać na to pytanie przez lata, często w atmosferze sporu. Narodowego. I założycielka zespołu, Jadwiga Parecka przyznaje, że dziś nie popełniłaby pewnego błędu.

Pani Jadwiga przynosi pękatą księgę zawierającą wycinki z gazet, a poświęcone zespołowi Watra. I Bukowińczykom. - To ja zadecydowałam przed laty, że będziemy zespołem górali czadeckich, a nie bukowińskich - tłumaczy.

- To były takie czasy, Bukowińczyków nieco pogardliwie nazywano Rumunami i trudno byłoby mi skrzyknąć ludzi do zespołu. Bo przecież nawet, gdy zaczynałam uczyć w tutejszej szkole przyszła matka jednego z uczniów i zadała pytanie, czy ja rzeczywiście powinnam uczyć języka polskiego, przecież nie jestem Polką... Ja, nie jestem Polką?!

I wówczas szczególnie młodsi cierpieli, gdy nazywano ich Rumunami, a oni przecież nawet słowa po rumuńsku nie znali. Stąd, gdy powstawał zespół, ciężko było cokolwiek wydobyć, wszyscy mówili, że nie pamiętają, nie mają. Dopiero później, gdy zaczęliśmy wieść nasze korzenie od górali czadeckich, udało się samych tylko tańców odtworzyć jedenaście.

Szli za chlebem

W opracowaniach historyków znajdziemy zdanie, że górale czadeccy przybyli w okolice Suczawy i Czerniowiec, czyli na Bukowinę, w XIX wieku, z okolic Czadcy, Skalitego, Czarnego, Świerczynowca... Słowem z terenów dzisiejszej Słowacji. Stąd zgodnie z przekonaniem niektórych to może nie Rumuni, ale Słowacy. Aby zrozumieć to kolejne historyczne nieporozumienie trzeba cofnąć się jeszcze bardziej w czasie. W wieku XVI i XVII na pogranicze śląsko-słowackie masowo uciekali ze Śląska, Żywiecczyzny, Małopolski chłopi, z których wyciskano ostatnie soki podatkami.

1928-1929 - szkolna pamiątka Pauliny Chabiniak
Archiwum rodzinne W centrum ojciec. Grupa warsztatu krawieckiego.

Padło na Bukowinę, która od 1774 r. znajdowała się także w granicach Austrii.

To była tzw. kolonizacja wołoska. W górskim okręgu czadeckim, gdzie prowadzona była aktywna kolonizacja, miejscowi magnaci ofiarowali nie tylko schronienie uciekinierom, ale także ulgi podatkowe. Skala zjawiska była tak duża, że już na początku XIX wieku doszło do przeludnienia tej ziemi obiecanej i co aktywniejsi górale zaczęli rozglądać się za nowym miejscem do życia. Padło na Bukowinę, która od 1774 r. znajdowała się także w granicach Austrii. Za tymi najbardziej aktywnymi pociągnęli inni.

- Do dziś o tym, że byliśmy na Słowacji świadczą nazwiska części z nas, jak chociażby Rewaj, czy Sygut- dodaje Eugeniusz Parecki. - Dziś w okolicy Czadcy pozostały tam tylko pojedyncze osoby, większość przeszła na Bukowinę. Tam obiecywano im rozmaite przywileje, materiał do budowy domów.

- Opowiada o tym jedna z naszych pieśni, które wykonuje zespół - mówi Parecka. - "Gdy w czadeckim brakło chleba stamtąd wyruszyli w świat. Na obczyźnie długo żyli, aż 180 lat". Wówczas z okolic Czadcy migrowali także Słowacy jednak oni nie tworzyli tak jednorodnych skupisk.

(...) usłyszał górali z Lubuskiego i wiedział skąd zna ten folklor i skąd tak naprawdę przyszli

Krzewić nie było trzeba

Jak opowiadają Pareccy meandry, którymi wędrowali przodkowie poznali dzięki ich przekazom, ale także za sprawą naukowców. W okresie międzywojennym z grupą harcerzy trafił na Bukowinę prof. Marian Gotkiewicz. Chciał krzewić polskość i wprawiło go w zdumienie, że tej krzewić nie było trzeba, była na Bukowinie zawsze. I zaczął zajmować się historią tej niezwykłej społeczności. A później niesamowicie zdziwił się, gdy podczas spotkania zespołów w Żywcu usłyszał górali z Lubuskiego i wiedział skąd zna ten folklor i skąd tak naprawdę przyszli. Jego prace kontynuuje jego syn Marek jako etnograf.

Pierwsi górale czadeccy osiedlili się na Bukowinie we wsi Kaliczanka niemal na przedmieściu Czerniowiec w 1803r. Następnie zamieszkali w Tereblaczu, Hlibokiej, Starej Hucie-Krasnej. Później część rodzin czadeckich osiadło za rzeką Seret w okolicach Suczawy, głównie w Pleszy, Pojanie Mikuli, Nowym Sołońcu, Kaczyce, które są obecnie w Rumunii. Po kilkudziesięciu latach założyli oni kolejne wsie takie jak Baniłów, Dawideny, Pankę, Dunawiec i Laurenkę, które dziś znajdują się na Ukrainie. Kolonizacja była na tyle skuteczna, że w drugiej połowie XIX wieku na Bukowinie naliczono 24 tys. Polaków i 14 polskich wsi i osad.

1928-1929 - szkolna pamiątka Pauliny Chabiniak
Archiwum rodzinne Paulina Chabiniak, jej kuzynka Maria i narzeczony Pauliny Wiktor Seul. Paulina i Wiktor to rodzice Jadwigi Pareckiej.

Od dzieciństwa słuchałam opowieści o domu rodzinnym i znałam dokładnie rozkład wszystkich pomieszczeń, jakbym tam mieszkała.

- Nasi rodzice i dziadkowie zajmowali się tym, czym w okolicy Czadcy - wspomina pan Eugeniusz. Karczowali las, uprawiali ziemię, hodowali bydło, poświęcali się pasterstwu oraz wyrobowi gontów, wikliniarstwu, szklarstwu. Mój ojciec był drwalem i całymi tygodniami nie było go w domu, gdyż żył i pracował na wyrębie. Do tego mieliśmy kawałek ziemi, którym siłą rzeczy zajmowała się głównie mama.

To nie był mój dom

- Mój tata był krawcem - mówi pani Jadwiga. - Od dzieciństwa słuchałam opowieści o domu rodzinnym i znałam dokładnie rozkład wszystkich pomieszczeń, jakbym tam mieszkała. Pierwszy raz na Bukowinę pojechałam z moim bratem, który gdy stamtąd wyjeżdżał miał już 10 lat i sporo pamiętał. Poszliśmy do naszego domu w Starej Hucie, mieszkał w nim jakiś inwalida. To była wielka chałupa. I tak przechodziliśmy z pomieszczenia do pomieszczenia. Tutaj był duży pokój, tutaj sypialnia, a w tym pokoju tato szył...

Właśnie w dawnej pracowni taty mnie ruszyło, tam była jakaś rupieciarnia. A ja wszystko wiedziałam jak było kilkadziesiąt lat wcześniej. I poczułam żal. Pomyślałam sobie "Mamo, tyle lat chciałam tutaj przyjechać, tyle mi opowiadałaś, ale to nie jest już mój dom rodzinny. Śladów po mojej rodzinie już tutaj nie ma".

Z osady Dawideny Zrąb, gdzie mieszkali przodkowie Eugeniusza Pareckiego nie został nawet ślad. Na wzgórzu ocalały jakieś trzy, cztery samotne sadyby. Gdy był tam z najstarszym bratem znaleźli pojedyncze cegły i studnię nad potokiem. Zostały także pozostałości cmentarza zamiast płotem otoczone wybujałymi świerkami, które posadzono niegdyś wzdłuż płotu.

1928-1929 - szkolna pamiątka Pauliny Chabiniak
Archiwum rodzinne 1928-1929 - szkolna pamiątka Pauliny Chabiniak

Jednak do dziś podziwiają tolerancję i wielokulturowość tamtej okolicy. Nawet małe dziecko idąc do szkoły i mijając starszych wie dziś kogo pozdrowić po polsku, kogo po ukraińsku, czy rumuńsku. - A sylwestra u nas nie obchodzono, aby nie urazić prawosławnych sąsiadów, u których obowiązywał przecież inny kalendarz - dodaje Parecki.

(...) mama do końca życia panicznie bała się pożyczek, wiedziała jak bardzo mogą zaważyć na przyszłości

Kościół jak Ojczyzna

Podczas wojny, jak na Kresach, władza zmieniała się jak w kalejdoskopie. Niemcy, Rumuni, Rosjanie... Ci ostatni chcąc okazać się ludzkimi panami rozpoczęli szeroką akcję udzielania pożyczek. Wielu ludzi na to się zdecydowało. Gdy sowieci się wycofali wszyscy cieszyli się, że nie będzie trzeba spłacać. Gdy pojawili się drugi raz zażądali zwrotu. I ci, którzy nie uporali się z długiem nie mogli wracać do Polski. - Stąd moja mama do końca życia panicznie bała się pożyczek, wiedziała jak bardzo mogą zaważyć na przyszłości - mówi Parecka.

Nowe władze prowadziły akcję agitacyjną namawiając Polaków do pozostania, obiecywali złote góry, mówili, że przecież Polska będzie jak jeszcze jedna radziecka republika. Z drugiej strony księża namawiali rodaków do wyjazdu, a tam Kościół równał się Ojczyzna. Jako przykład Pareccy podają księdza Witolda Hadziewicza, który gorąco optował za powrotem do Polski.

Ci, którzy zostali w większości żałują, że nie zdecydowali się na powrót do Polski

Według ostrożnych szacunków wyjechało ich ponad 5 tys. Dziś mieszkają głównie w okolicach Żagania, Żar, Lwówka Śląskiego, Ruszowa, Dzierżoniowa... Dziś można ich rozpoznać głównie po nazwiskich. Są zatem Balakowie, Bendiułowie, Buganikowie, Bryjakowie, Chabiniakowie, Drozdekowie, Ganczarowie, Garnkowie, Husarowie, Irisikowie, Jurasikowie, Juraszkowie, Kohutowie, Kucharikowie, Kuczakowie, Lechoccy, Muniakowie, Najdkowie, Pieczarkowie, Rewajowie, Staszkowianowie, Sygutowscy, Śleccy, Wawrykowie, Zielonkowie... Ci, którzy zostali w większości żałują, że nie zdecydowali się na powrót do Polski. Ale były też przypadki, że wracali, ale na Bukowinę. I tutaj następuje opowieść o dziewczynie, która wróciła z sowieckiego zesłania do Donbasu. Nie potrafiła tutaj żyć, wybrała Donbas.

1928-1929 - szkolna pamiątka Pauliny Chabiniak
Archiwum rodzinne Maria Kucharek z nieznanym mężczyzną. Fotografia prawdopodobnie wykonana w Czerniowcach.

- Zresztą życie pisze niezwykłe historie - dodaje Parecki. - W Marcinowie mieszka Bukowinka, której ojca Rumuni wcielili do swojej armii, był zesłany na Syberię skąd nie wrócił. Matka starała się o uprawnienia kombatanckie po mężu. W Polsce ich nie dostał, w końcu był wrogiem.

To nie drzewa, ale tyczki

- Gdy ojciec, człowiek lasu, przyjechał w Lubuskie i spojrzał na tutejsze lasy, to stwierdził, że przy tych bukowińskich są ledwie jak tyczki do pomidorów. Bukowińczycy różnili się od pozostałych przybyszów nie tylko tym, ze starali się trzymać razem. Mieli odrębne zwyczaje, stroje, ba, mówili inną gwarą. To sprawiało, że zaraz po wojnie stali się Rumunami, co wówczas miało dodatkowy ujemny wydźwięk. Rumunia opowiedziała się przecież po stronie Hitlera.

Dziennikarz totalnie poprzekręcał jej słowa i fakty, którymi się posługiwała.

- Oczywiście, nasz zespół powinien się nazywać "górali bukowińskich" bo w naszych zwyczajach, folklorze, gwarze więcej jest naleciałości bukowińskich niż słowackich - mówi pani Jadwiga. - Jednak wówczas nie odważyłam się, nie chciałam, aby uznano "Watrę" za rumuński zespół. Lub ukraiński.

I pani Jadwiga wspomina jak kiedyś przeprowadzono z nią wywiad. To był przełom lat 60. i 70. minionego wieku. Dziennikarz totalnie poprzekręcał jej słowa i fakty, którymi się posługiwała. Wyszło, że tak naprawdę są Ukraińcami, gdyż przyjechali z terenów dzisiejszej Ukrainy.

A inni sąsiedzi są Rumunami, gdyż wywodzą się z okolic Suczawy. Natychmiast wykupiła wszystkie gazety w Brzeźnicy i okolicy, aby nikt nie widział. Jak żartuje Bukowińczycy by ją chyba zlinczowali. Dopiero później, w tym samym tygodniku, Gotkiewicz wytłumaczył jak to z tymi góralami było...

1928-1929 - szkolna pamiątka Pauliny Chabiniak
Archiwum rodzinne 1928-1929 - szkolna pamiątka Pauliny Chabiniak

- Jednak warto było walczyć o zachowanie tej tradycji i traktowaliśmy to, jako nasz obowiązek - kończy pani Jadwiga. - Skoro tam, na Bukowinie i na Słowacji nasi przodkowie potrafili utrzymać swoją tożsamość, swoją polskość, to jest także naszym obowiązkiem o to zabiegać. Jest "Watra", tańczą i śpiewają dzieci, młodzi ludzie. Gmina wydaje nasze regionalne publikacje. Boje się tylko, czy będzie komu zająć się tą całą otoczką organizacyjną... - Powstają inne zespoły, które zazwyczaj z "Watry" się zresztą wywodzą. Tylko z grajkami mają wszyscy problem. - dodaje pan Eugeniusz.

***

Tymczasem w pobliskim Przybymierzu, słysząc piękny wschodni akcent, próbujemy porozmawiać z pracującym w polu mężczyzną. Ten nie ma na to ani czasu, ani głowy.
- To może z tą panią jadącą na rowerze? - zastanawiamy się głośno.
- Eeee, to Rumunka - odpowiada.
Bo dla wielu ludzi w okolicy, głównie kresowiaków, to właśnie jest nadal określenie Bukowińczyków. Też Kresów, ale z innych.

A na Bukowinie

Dariusz Chajewski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetalubuska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.