Eliza Gniewek-Juszczak

Nowy donos w sprawie martwych krów z Drogomila. – Nie mam nic do ukrycia – zapewnia właściciel stada

Właściciel hodowli zapewnia, że wszystko odbywa się zgodnie z przepisami Fot. Mariusz Kapała / GL Właściciel hodowli zapewnia, że wszystko odbywa się zgodnie z przepisami
Eliza Gniewek-Juszczak

- Jak ktoś ma odwagę wysłać anonim do gazety, to niech ma odwagę przyjść do mnie i razem pójdziemy zobaczyć, czy krowy są głodne, czy nakarmione, czy zaniedbane - mówi Robert Domański, właściciel stada w Drogomilu w gminie Bytom Odrzański.

O tym, że w Odrze pływają truchła krowy i cielęcia, pisaliśmy w maju. To wtedy zawiadomili nas Czytelnicy z gminy Bytom Odrzański. Sugerowali, że krowa mogła zdechnąć w trakcie porodu i została wyrzucona do wody. W rzece nie było dużo wody. Trudno było uwierzyć, że krowa się utopiła.

Co się dzieje w hodowli krów w Drogomilu?

Stado czerwonych krów limousine mieszka w spokojnym miejscu tuż nad Odrą, z dala od drogi. Teren jest ogrodzony. Krowy można zobaczyć z rzeki, ale rzadko kto przepływa. Jednak w połowie maja zrobiło się o tym miejscu głośno. Przyjechała straż rybacka, policja i dziennikarze. Na kontrolę przyjechali też inspektorzy weterynarii.
Po kilku tygodniach otrzymaliśmy nagranie, które ma być dowodem na to, że w hodowli źle się dzieje. To odkopane szczątki zwierzęcia. Do ich zakopania miało dojść na ogrodzonym terenie, na którym hodowane są krowy.

Aż się płakać chce, jak się na to patrzy. A nikt nie chce zwrócić na to uwagi.

- Tę krowę odkopały dzikie zwierzęta. Może była tylko jedna zakopana, a może jest ich tam więcej. Te krowy nie mają tam co jeść. Gryzą korę drzew. Piją wodę ze stawku, do którego sikają. Aż się płakać chce, jak się na to patrzy. A nikt nie chce zwrócić na to uwagi - mówi Czytelnik, który chce pozostać anonimowy. I prosi: - Zróbcie coś z tym, bo zwierząt żal.

Krowy bez wody i jedzenia?

Stado żyje na wolnym powietrzu, na to pozwala charakter tej rasy. Obok ogrodzenia są belki z sianem i słomą. Widać na wybiegu wyłożoną paszę i wanny z wodą. Stadem na co dzień opiekuje się Robert Fajer. Mówimy, że dostaliśmy niepokojący filmik. Jest zaskoczony.

Po co miałby ktoś zakopywać krowę? U nas takiego zdarzenia nie było.

- U nas każda jedna padnięta krowa idzie do utylizacji. Każdą sztukę mam udokumentowaną. Nie ma takiej opcji, żeby doszło do czegoś takiego. Po co miałby ktoś zakopywać krowę? U nas takiego zdarzenia nie było - zapewnia. - Krowa wejdzie tylko przodem do wody, to jak może sikać do stawku? To jest chore, co ludzie opowiadają. Postawiłem wanny, nalałem wody, może cielak się napije, a krowa woli ze stawku. Cały czas jest woda i jedzenie, wszystko jest.

Sprawa krowy w rzece

- Nie umorzyliśmy postępowania, bo takiego nie wszczynaliśmy - wyjaśnia mł. asp. Renata Dąbrowicz-Kozłowska, rzecznik prasowy komendy policji w Nowej Soli. - Wszystko stało się jasne od razu na miejscu.
- Pokazałem policji, jak wyglądają ślady, kiedy się ciągnie krowę. Do tego potrzeba siły. Ważąc 80 kilo, nie pociągnę krowy, która waży 500 kilo, bez ciągnika. A śladów ciągnika nie było. Pokazałem ślad, gdzie krowa weszła do pierwszej grobli, miejsce, w którym się położyła albo chciała się położyć i mogła tam spaść do rzeki. To był ten feralny dzień, w którym latał ten samolot. Opryski lasu były. Bydło było wystraszone - opowiada Robert Fajer. - Bardzo mi przykro, kiedy słyszę oskarżenia. Cztery lata tutaj pracuję. Nic się nie wydarzyło.

Zakopane zwierzę

Robert Domański, właściciel stada w Drogomilu, mieszka w Norwegii. Za kilka tygodni wróci do Polski. Jest w stałym kontakcie z pracownikiem.

Robimy wszystko zgodnie z przepisami. Ten wypadek, który się wydarzył, bardzo nad tym ubolewamy. To przecież było nasze zwierzę, istota, która też czuje ból.

- Robimy wszystko zgodnie z przepisami. Ten wypadek, który się wydarzył, bardzo nad tym ubolewamy. To przecież było nasze zwierzę, istota, która też czuje ból. Wiadomo, to jest szkoda dla naszego gospodarstwa. To są pieniądze. Ale tak jest. Jak nic nie hodujesz, to ci nic nie padnie, tak jest w życiu - tak Robert Domański wyjaśnia sprawę krowy znalezionej w rzece.

Jeśli chodzi o te donosy, to myślę, że ktoś chce robić nam pod górkę. Widzi, że stado rozwija się w dobrym kierunku. Może to zawiść, może zazdrość?

Odnośnie do nagrania szczątków stwierdza, że może ktoś znalazł padłego dzika. - A może to kości, które tam leżały od kilkunastu lat? To jest słowo przeciwko słowu. Była u nas kontrola weterynarii. Nie znaleźli uchybień. Jakim by trzeba być zwyrodnialcem, żeby wyrzucić cielaczka do rzeki? Ktoś by mógł to zrobić? A teraz po co ktoś by miał zakopywać krowę, jak utylizacja jest darmowa? - pyta. - Jeśli chodzi o te donosy, to myślę, że ktoś chce robić nam pod górkę. Widzi, że stado rozwija się w dobrym kierunku. Może to zawiść, może zazdrość?

Właściciel stada wyjaśnia, że w każdej hodowli są ubytki. - Nie jest tak, że 100 procent przeżywa. To się zdarza. Komuś zależy, żebym krów nie hodował. A my lubimy to, co robimy, i kochamy zwierzęta. W domu rodzice i dziadkowie chowali krowy. Jesteśmy przyzwyczajeni do zwierząt - zapewnia.

Robert Domański ma żal do mediów, że wydały na niego wyrok i ludzie szukali u niego sensacji. - Jak ktoś ma odwagę wysłać anonim do gazety, to niech ma odwagę przyjść do mnie i razem pójdziemy zobaczyć, czy krowy są głodne, czy nakarmione, czy zaniedbane. Nie mam nic do ukrycia - zaznacza.

Nie ma uchybień?

- Nie mieliśmy kolejnego zgłoszenia dotyczącego tej hodowli - informuje rzecznik nowosolskiej policji.
Z pytaniami zwróciliśmy się do inspekcji weterynaryjnej w Nowej Soli. - Kontrola weterynaryjna przeprowadzona w hodowli krów w Drogomilu nie wykazała, by do utonięcia bydła doszło wskutek zaniedbań po stronie gospodarstwa. Nie stwierdzono, by w tym gospodarstwie było zakopywane padłe bydło - relacjonuje Małgorzata Matysek, zastępca powiatowego lekarza weterynarii w Nowej Soli. - Inspekcja Weterynaryjna kontroluje dokumentację w gospodarstwach utrzymujących bydło podczas przeprowadzanych kontroli oraz w związku z przeprowadzaniem badań monitoringowych bydła w kierunku chorób zakaźnych zwierząt.
Inspektor weterynarii wyjaśnia, że gospodarstwa prowadzą księgę identyfikacji i rejestracji bydła, każda sztuka bydła jest oznakowana indywidualnym i niepowtarzalnym numerem kolczyka. Ten numer sztuka zachowuje przez całe życie.

W kontrolowanym gospodarstwie była przeprowadzana kontrola w zakresie przestrzegania obowiązków z zakresu systemu identyfikacji i rejestracji zwierząt i nie stwierdzano niezgodności w zakresie identyfikacji bydła, w tym nasuwających podejrzenie nielegalnych praktyk.

- W kontrolowanym gospodarstwie była przeprowadzana kontrola w zakresie przestrzegania obowiązków z zakresu systemu identyfikacji i rejestracji zwierząt i nie stwierdzano niezgodności w zakresie identyfikacji bydła, w tym nasuwających podejrzenie nielegalnych praktyk - zapewnia Małgorzata Matysek.

Eliza Gniewek-Juszczak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetalubuska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.