Od tej książki trudno się oderwać. Zostaje w głowie

Czytaj dalej
Fot. Eliza Gniewek-Juszczak
Eliza Gniewek-Juszczak

Od tej książki trudno się oderwać. Zostaje w głowie

Eliza Gniewek-Juszczak

Jeszcze zanim ta książka się ukazała, wzbudziła emocje, sprawiła, że odżyły tragiczne wspomnienia. Z wieczoru promocyjnego wiele osób wyszło ze łzami w oczach

- Jak my kromkę chleba widzieliśmy to się cieszyliśmy. Marzenie było – zjeść kromkę chleba, ziemniaka i umrzeć – mówi prawie dziewięćdziesięcioletnia Emilia Kaczmarczyk z Lubieszowa. Pani Emilia chodzi o kulach. Niełatwo było wejść do Muzeum Miejskiego na promocję książki „My powróciliśmy”. Ale chciała tego wieczoru być tutaj. To też forma oddania hołdu tym, którzy już nie żyją. Miała braci, jeden służył w armii Andersa, drugi w kościuszkowskiej. – Dzisiaj w telewizji ich dzielą – mówi ze łzami pani Emilia. – A to przecież tak samo Sybiracy – dodaje Danuta Cygan. To właśnie szefowa nowosolskiego oddziału stowarzyszenia Sybiraków doprowadziła do przygotowania książki ze wspomnieniami mieszkańców Nowej Soli i okolic, którzy przeżyli wywózkę na Sybir. Sama twierdzi, że to zasługa dyrektora muzeum Tomasza Andrzejewskiego, ale dr Andrzejewski mówi wprost, że gdyby nie pani Danuta nie byłoby tej książki. – Gdyby nie ludzie, nie byłoby w ogóle naszej organizacji – uzupełnia D. Cygan i podkreśla duże znaczenie realizacji programu „Młody obywatel” w szkole w Lubieszowie i zaangażowanie uczniów i nauczycieli nowosolskiego „Elektryka”.

Trzy kilo chleba na drogę

Pełna sala w muzeum i telefony do redakcji w sprawie możliwości otrzymania publikacji to potwierdzenie, że jest potrzebna. – Kupiłem dwie książki, jedną wyślę do Olsztyna tam też mieszkają moi znajomi, którzy przeżyli te „wczasy”. Może też przygotują taką książkę. Jest co wspominać. Mieszka tam nauczycielka, która trafiła na Sybir – mówi Tadeusz Pętalski z Nowej Soli. – Mówili „pokaż ręce”, jak były delikatne, znaczyło inteligent, a to było jak bilet w tamtą stronę – wspomina pan Tadeusz.
Pani Emilia już przeczytała tę książkę. – Chciałam sprawdzić, czy prawdę napisali. Ale jak to czytałam, to my dwa razy większe piekło przeżyliśmy – mówi kobieta.

Siedem i pół tysiąca kilometrów, aż za Nowosybirskiem nas zawieźli, na koniec świata. Miałam jedenaście lat – opowiada Emilia Kaczmarczyk, którą od razu skierowano do pracy w magazynach zbożowych. Jechaliśmy 18 dni i nocy na odkrytej węglarce. Nie wiem jak zajechała i jak wróciła. Dali nam trzy kilo chleba na drogę, a jak ten chleb zamarzł, to siekierą nie można go było rozłupać – mówi mieszkanka Lubieszowa.

Opiekowała się nami mama

Spotkanie w czwartkowy wieczór sprawiło, że w muzealnych pomieszczeniach odżyło bardzo dużo wspomnień. – Takie utrwalanie tych historii jest konieczne, szczególnie dla młodego pokolenia – podkreśla Polikarp Łopato. Miał półtora roku kiedy został wywieziony. – Moje wspomnienia opierają się głównie na mojej mamie, która się nami opiekowała. Opisywanie tego piekła, które tam przechodziliśmy, wiadomo, jest dla każdego trudne. Wywieziono nas sześcioro, a wróciło nas tylko troje – opowiada pan Polikarp. – Siostra z uwagi na brak opieki lekarskiej zmarła, jak miała trzy latka. Dziadkowie na pewno by żyli, bo nie byli w mocno zaawansowanym wieku, ale z uwagi na brak wyżywienia i też niskie temperatury bardzo szybko odeszli. Przyjechaliśmy tutaj w 1946 roku, w maju. Najpierw byliśmy w Bolkowie, potem dowiedzieliśmy się, że na terenach zachodnich jest nasz ojciec. Niestety myślał, że my już nie wrócimy, założył nową rodzinę. Przykro mi o tym mówić, był dla nas obcym człowiekiem. Były podchody, aby połączyć rodziny, ale się nie udało. Ciężar opieki nad nami przejęła nasza mama, jej wiele zawdzięczam. Mój brat szybko zakończył żywot, a ja jestem ostatni z tej rodziny – kończy Polikarp Łopato.

Znaleziona gałązka świerku

Krystyna Piątak przyznaje, że tego wieczoru ożyły wspomnienia. – Człowiek musi się hamować, aby łzy nie poleciały. To były straszne czasy i te wspomnienia są potrzebne dla naszej młodzieży. Chodzi o to, żeby wiedzieć, żeby pamiętać. Myślę, że te spotkania są bardzo ważne. Mamy już swoje lata i chętnie siedzimy w domu, ale jeśli coś się organizuje, to jeszcze chętniej bierzemy w tym udział – wyjaśnia pani Krystyna, która wraz z rodziną trafiła na Sybir, kiedy miała 6 lat. Wróciła mając już ponad 10. – Wiele pamiętam. W tej chwili, kiedy opowiadam coś wnuczce, to mimo, że nie jestem płaczliwą osobą, to nie mogę się powstrzymać. Wracają te wspomnienia. One są takie żywe, trudne, bardzo poruszające. W mojej rodzinie to jest ważny temat i do pewnego stopnia wciąż żywy – przyznaje uczestniczka spotkania. – Wigilia? Och. Mieliśmy jedno łóżko żelazne, na którym mama, ja i brat spaliśmy. Było głodno. Ktoś wiózł chyba do świetlicy jakieś świerki. Gałązka spadła. Myśmy ją znaleźli. Przynieśliśmy do domu, przywiązaliśmy do tego żelaznego łóżka. Wyrwaliśmy trochę waty z kołdry, która już zresztą była nieźle sfatygowana, poprzyczepialiśmy na tę gałązeczkę. Taka była nasza choinka. I takich wspomnień było wiele – mówi Krystyna Piątak. Mama pani Krystyny spisała swoje wspomnienia z wielkim trudem. Jak zaczynała pisać, płakała.

Czy ZUS czekał byśmy pomarli?

- Bogu dzięki dożyliśmy i jako tako egzystujemy. Jest dużo ludzi w takim wieku jak my – przyznaje Stanisława Bornecka, która dzień wcześniej skończyła 87 lat. Wywieziona została aż za Ural. – Mieliśmy lepiej. Chodziłam do szkoły. Uprawialiśmy ogródek. Na zimę wszystko mroziliśmy. Gotowaliśmy ziemniaki i mroziliśmy. Inaczej zimą nie byłoby co jeść – opowiada pani Stanisława.
- Powiem szczerze, jestem pod wrażeniem tego spotkania – mówi Alicja Skowrońska. – Sybiracy są zjednoczona grupą i to mi się podoba. My jesteśmy jak rodzina. Żyjemy w zgodzie, to jest bardzo ważne. Cieszymy się, że ZUS uznał nasze racje i że stało się to za naszego życia, chyba czekał, aby jak najwięcej z nas umarło – zastanawia się kobieta.

Zdaniem dyrektora muzeum publikacja „My powróciliśmy” powstała z potrzeby mówienia o tragicznych przeżyciach, tym bardziej dlatego, że po 1945 r., w Polsce nie można było o tym mówić. – My jesteśmy od tego, aby zdobywać i zapisywać materialne świadectwo. Jesteśmy otwarci na każdą kolejną taką propozycję i zrobimy to, co do nas należy – zapowiada dyrektor Andrzejewski.

Eliza Gniewek-Juszczak

Opisuję to, co dzieje się w powiecie nowosolskim, ale także to, co dotyczy mieszkańców całego województwa lubuskiego. Ciekawią mnie przepychanki polityczne, przemiany gospodarcze w regionie i emocjonują ludzkie sprawy. Piszę o religii, ale też tym, co się buduje. Lubię odkrywać ciekawostki Nowej Soli, Kożuchowa, Otynia, Bytomia Odrzańskiego i Nowego Miasteczka oraz wielu innych miejscowości. Publikuję artykuły w Gazecie Lubuskiej oraz na portalach www.gazetalubuska.pl i www.nowasol.naszemiasto.pl.
Chętnie napiszę o Twojej sprawie, wydarzeniu, które organizujesz lub sukcesie, którym chcesz się pochwalić.
Skończyłam filologię polską w Zielonej Górze i dziennikarstwo w Poznaniu. W Gazecie Lubuskiej pracuję od 2016 r.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetalubuska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.