Patrycja jest pałkarzem. Eliminuje wrogów za pomocą... tłuczka

Czytaj dalej
Adrian Hulbój

Patrycja jest pałkarzem. Eliminuje wrogów za pomocą... tłuczka

Adrian Hulbój

Quidditch, czyli witajcie w magicznym świecie Harry’ego Pottera. Kafle, tłuczki, znicze i miotły nie są jednak wyłącznie elementem fikcyjnego świata, czego najlepszym przykładem są zawodnicy zespołu Kraków Dragons - aktualni wicemistrzowie Polski w tym nieco dziwnym sporcie.

Ten sport poznałam dosyć przypadkowo - zaczyna Patrycja Szklarz, w drużynie znana lepiej jako Pata. - Kiedyś zauważyłam ogłoszenie o treningu. Pomyślałam, czemu nie? Po raz pierwszy zjawiłam się na nim w marcu i zostałam do teraz. Pata jest pałkarzem - jej zadanie polega głównie na eliminowaniu zawodników przeciwnej drużyny za pomocą piłki do zbijaka. - To nie jest zwykła piłka do zbijaka. To tłuczek! - podniesionym głosem mówi drobna dziewczyna, zwracając na siebie wzrok pozostałych klientów pizzerii, w której rozmawiamy. Zapamiętajcie - tłuczek. Kije, z którymi pomiędzy nogami biegają zawodnicy, to miotły, a niedopompowane piłki do siatkówki, którymi należy trafić w jedną z trzech obręczy, to kafle. I tyle. A jeśli ktoś nie widzi tej różnicy... cóż, to niezawodny znak że jest mugolem!

Jak wygląda quidditch w realnym świecie? W wielkim skrócie, można powiedzieć, że jest to połączenie piłki ręcznej, rugby i zbijaka. Plac gry zajmuje około 60 metrów. W odległości 33 metrów od siebie ustawione są po trzy stojące obręcze. Szerokość boiska wynosi 22 metry. Podobnie jak w książkowej wersji tego sportu wyróżnia się 4 pozycje : ścigających, obrońców, pałkarzy i szukających.

Ścigający są odpowiedzialni za zdobywanie punktów. Wymieniają między sobą kafla, a ich celem jest przerzucenie go przez obręcze, za co ich drużyna otrzymuje dziesięć punktów. Obrońca próbuje robić wszystko, by im w tym przeszkodzić. Jako jedyna osoba na placu gry może przekładać rękę przez obręcze, i w ten sposób zatrzymywać kafla. Pałkarze, (w każdej drużynie jest dwóch), „rozporządzają” tłuczkami. Ich zadaniem jest zbijanie zawodników drużyny przeciwnej, poprzez trafienie w nich lub ich miotły. Mogą eliminować wszystkich poza obrońcami, znajdującymi się w swojej strefie obronnej. Jeśli któremuś z pałkarzy uda się trafić tłuczkiem w rywala, ten „spada z miotły” (czyli, mówiąc w języku amatorów - wyjmuje kij spomiędzy nóg i biegnie do swojej obręczy). Po jej dotknięciu może natychmiast powrócić do gry. Ścigający, którzy prowadzą kafla, mogą traktować go jak tarczę i odbijać nim nadlatujące tłuczki.

Do 17 minuty gra toczy się w takim właśnie rytmie. Później robi się jeszcze ciekawiej. Wtedy właśnie na boisku pojawia się znicz. Każdy miłośnik Harry’ego Pottera na pewno pamięta, że była to niewielka, skrzydlata złota piłeczka. W realnym świecie wygląda inaczej. Zniczem jest żółta skarpeta z piłką tenisową w środku, która zostaje przyczepiona do spodenek ubranego w żółte spodenki człowieka. Gra toczy się do czasu, aż któryś z szukających zerwie tę skarpetę, co jest równoznaczne ze zdobyciem 30 punktów dla jego drużyny. Jednak Ludzki Znicz nie ma zamiaru ułatwiać im tego zadania Jest to najczęściej osoba szybka i zwinna , która przez długie minuty może skutecznie bronić się przed takimi atakami. Obrońca znicza ma też kilka dodatkowych uprawnień. Może np. odpychać od siebie szukających, łapać za ich miotły, czy nawet strącać ich dłonie.

Tak pokrótce wyglądają zasady quidditcha. I choć wydają się one jasne i klarowne, ktoś, kto pierwszy raz obserwuje grę, może czuć się lekko zagubiony. Wytrawni gracze potrafią jednak znakomicie odnaleźć się w tym pozornym nieładzie.

Quidditch może brzmieć zabawnie i niewinnie, ale jest to bardzo wymagająca fizycznie rozrywka. I sport bardzo kontaktowy. Żeby powstrzymać prowadzących kafla ścigających, atakuje ich się w sposób podobny do tego, który możemy obserwować w rugby. -Dozwolone są wyłącznie ataki od przodu, powyżej kolan, a poniżej ramion. Dziewczyny nie mogą liczyć na taryfę ulgową - informuje Ignacy Kraiński, czyli Ignac. W Kraków Dragons występuje na pozycji obrońcy. Oprócz tego jest także zaangażowany w przeprowadzanie treningów i wymyślanie ćwiczeń dla kolegów. - Początkowo pojawiałem się na treningach nieregularnie, ale gdzieś w pewnym momencie zaangażowałem się w to bardziej. I ani trochę tego nie żałuję - dodaje.

Aktualnie quidditch w Polsce się rozkręca. - Mamy około 130-140 zawodników, którzy grają w 7 klubach: dwóch z Warszawy, i po jednym z Krakowa, Katowic, Poznania, Wrocławia i Olsztyna - podaje Kinga Robutka, była prezes Polskiej Ligi Quidditch ( od dwóch tygodni tę funkcję pełni Maja Bartnik).

Historia sportu w Polsce zaczęła się kilka lat temu i była nierozerwalnie związana z Letnią Szkołą Magii - kolonii dla miłośników świata Pottera. -To właśnie tam zaczęliśmy w to grać. Później szukaliśmy amerykańskich zasad gry, które obowiązują na całym świecie i próbowaliśmy się do nich dostosować - dodaje. Quidditch jest sportem dla pasjonatów. Członkowie zespołów sami muszą pokrywać wydatki związane ze zdobywaniem sprzętu, czy wyjazdem na krajowe i zagraniczne turnieje. Tak wyglądała też sprawa z rozgrywanymi w Oslo pomiędzy 8 a 9 lipca mistrzostwami Europy - European Games. - Wszystko organizowaliśmy na własny koszt. Jeśli jednak coś jest tego warte, pieniądze i poświęcony czas nie odgrywają większej roli - stwierdza Karol Paszkowski, znany jako „Słoneczko”. Pseudonim być może dziwny i pozornie nieodpowiedni dla 26-letniego brodatego absolwenta AGH, ale jeśli ktoś miał okazję go poznać, może przekonać się, że idealnie pasuje do jego promiennego usposobienia. - Co widzę w quidditchu? Chyba to, że jest on na tyle otwarty, zabawny i spontaniczny, że każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Nigdy nie byłem miłośnikiem sportu, ale od kiedy zacząłem przygodę z quidditchem, czuję, jakbym wypełnił jakąś pustkę w swoim życiu - dodaje.

Wracając do samych mistrzostw. Wzięło w nim udział 15 zespołów, podzielonych na trzy koszyki. - Podział był wynikiem rankingu z zeszłorocznych mistrzostw świata. W pierwszym z nich znalazło się 5 najlepszych zespołów, w drugim, zespoły od miejsca 6 do 10, a w ostatnim 5 teoretycznie najsłabszych drużyn - informuje Konstanty Zieliński, dla przyjaciół z zespołu „Kocio”, w Kraków Dragons i reprezentacji grający jako ścigający: - Mam dwie motywacje do uprawiania tego sportu - pierwszą są oryginalni i niezastąpieni ludzie. Drugą jest jego odmienność. To świetna alternatywa w świecie zdominowanym przez najpopularniejsze dyscypliny sportu, takie jak piłka nożna czy siatkówka. Polska znalazła się w trzeciej grupie. Reprezentanci naszego kraju zanotowali ostatecznie 3 zwycięstwa i jedną porażkę, co dzięki lepszemu bilansowi bramkowemu pozwoliło im minimalnie wyprzedzić Holandię i zająć pierwsze miejsce w grupie. Potem przyszła pora na fazę pucharową. Wzięły w niej udział wszystkie zespoły, które przyjechały do Norwegii. - Ogólna zasada była taka, że najwyższe rozstawienia były zarezerwowane dla pięciu najlepszych zespołów. Czyli my, grając w trzeciej grupie, i wygrywając ją, mogliśmy zająć maksymalnie 11. Efektem tego było to, że w fazie pucharowej trafiliśmy na pierwszą drużynę z drugiej grupy, czyli Niemców - opowiada Kocio. - Co mogę powiedzieć o meczu? To był prawdziwy łomot. Przegraliśmy 180 do 30.

- Nie możemy być bardzo zdziwieni wynikiem. Pomiędzy poszczególnymi reprezentacjami panują naprawdę duże rozbieżności. Gdyby spojrzeć na mapę Europy, to im dalej na Wschód, tym gorzej z quidditchem. Prym wiodą tutaj takie zespoły jak Wielka Brytania, Francja czy właśnie Niemcy. W krajach tych quidditch ma znacznie dłuższą tradycję i lepsze możliwości rozwoju, dlatego też bardzo trudno nam się z nimi mierzyć - stwierdza Ignac. Po odpadnięciu w 1/8 finałurozgrywano mecze barażowe o miejsca 9.-15. Ostatecznie Polska zajęła 11. miejsce, co przyjęto jako sukces.

Mimo że w dalszym stopniu niewiele ludzi wie, czym jest quidditch, w Polsce staje się coraz popularniejszy. W rozgrywanych w styczniu tego roku mistrzostwach kraju wzięło udział 5 drużyn. To o dwie więcej niż w poprzedniej edycji turnieju. Coraz częściej organizowane są także eventy, w czasie których wszyscy zainteresowani mogą nauczyć się zasad quidditcha i spróbować swoich sił w tej grze. Wzrasta nie tylko liczba zawodników, ale także sędziów.

Co ważne, qudditch nie ma ograniczeń wiekowych. -Tosia ma 10 lat, ale wiemy, że grają 30-, a nawet 40-letnie osoby - podkreślają zawodnicy. - Quidditch to nie tylko niesamowity, emocjonujący sport. To także, a może przede wszystkim szansa na spotkanie pełnych pasji ludzi - podsumowuje Słoneczko.
________________________
Dlaczego warto zainteresować się quidditchem? Zwykły człowiek raczej nie będzie jak Robert Lewandowski, strzelający 4 bramki wielkiemu Realowi Madryt… ale zawsze może zostać drugim Wiktorem Krumem, łapiącym znicza w finałowym meczu mistrzostw świata! I nie jest to bynajmniej zwykła przenośnia, lecz czysta matematyka. Jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że kadra na mistrzostwa Europy liczyła 19 osób ze 140 zarejestrowanych graczy, okaże się, że aż 13 procent zawodników dostąpiło zaszczytu reprezentowania Polski! Jak widać, reprezentacyjna przygoda może być na wyciągnięcie ręki!

WIDEO: Magnes. Kultura Gazura - odcinek 16

Autor: Gazeta Krakowska, Dziennik Polski, Nasze Miasto

Adrian Hulbój

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2024 Polska Press Sp. z o.o.