Piotr Gliński: Świat został już podzielony, ale my nadal próbujemy się rozpychać

Czytaj dalej
Fot. Anna Kaczmarz / Dziennik Polski / Polska Press
Wojciech Mucha

Piotr Gliński: Świat został już podzielony, ale my nadal próbujemy się rozpychać

Wojciech Mucha

- Jesteśmy wszyscy jako społeczeństwo już bardzo pandemią zmęczeni, dlatego staramy się wprowadzać takie ograniczenia, które są akceptowalne społecznie - mówi prof. Piotr Gliński, wicepremier i minister kultury i dziedzictwa narodowego.

Panie premierze, zacznijmy od ograniczeń, które wejdą w życie 15 grudnia. Obniżenie obłożenia lokali, kin, teatrów, kościołów, zamknięte kluby i dyskoteki, ograniczenie w środkach transportu do 75 proc. To wszystko jest jeszcze jakoś zrozumiałe. Ale słyszymy o tym, że od 1 marca pracownicy ochrony zdrowia, służb mundurowych i nauczyciele będą mieć obowiązek szczepień. Trochę to jest zaskakujące.
Dlaczego zaskakujące? To są szczególne zawody, związane z kontaktem z ludźmi, bezpieczeństwem i odpowiedzialnością, także za zdrowie i życie innych, dlatego ten obowiązek wydaje się oczywisty. Nie jest to ani lockdown, ani decyzje administracyjne związane z narzuceniem konieczności szczepień wszystkim.

Ale dlaczego dopiero od 1 marca?
Najprawdopodobniej dlatego, żeby zaapelować do tych osób, które pełnią szczególnie odpowiedzialne funkcje, aby wzięły pod uwagę tę konieczność i zaszczepiły się dobrowolnie, jeśli do tej pory tego nie uczyniły.

Gdyby chcieli, to już by się zaszczepili…
Mogą być różne powody, dla których tego nie uczynili. Niektórzy mogą potrzebować dodatkowej motywacji, mobilizacji. Przeciwnik, z którym mamy do czynienia - wirus - jest nieznany i może budzić obawy. Z drugiej strony, jesteśmy wszyscy jako społeczeństwo już bardzo pandemią zmęczeni, dlatego staramy się wprowadzać takie ograniczenia, które są akceptowalne społecznie, które nie wywołują - mam nadzieję - jakichś dodatkowych silnych emocji, a jednocześnie umożliwiają zarządzanie sytuacją i ograniczanie zasięgu pandemii. A z naszej wiedzy wynika, że te propozycje są akceptowalne także przez większość sił politycznych w Polsce.

No nie wiem, Lewica apeluje, żeby był powszechny obowiązek szczepień. Pan się nie obawia tego, że koniec końców to będzie jednak nieuchronne, że jak wszyscy naokoło Polski się już zaszczepią, to będziemy wyspą, a granice na nowo powstaną?
Nie sądzę. Polska nie jest jakąś antyszczepionkową wyspą, wszędzie mamy do czynienia ze sceptykami. Natomiast wprowadzenie w tej chwili decyzji o powszechnym obowiązku czy nawet przymusie szczepień mogłoby wywołać bardzo silne reakcje społeczne. Myślę, że w tej chwili nie potrzebujemy takiego eskalowania emocji.

Zdaniem rządu, opozycja na to cynicznie liczy?
Polska opozycja od co najmniej dwóch lat czuje się najlepiej w roli hieny.

Co pan przez to rozumie?
Mamy potwornie trudną sytuację pandemiczną, dodatkowo atak hybrydowy ze Wschodu, a opozycja rzuca w przestrzeń medialną wymysły, które nic ich nie kosztują. Wiadomo, że na restrykcje administracyjne musi się zgodzić większość sejmowa. Kto nie ma tej większości, może proponować, co tylko mu ślina na język przyniesie i nie ponosi za to żadnej odpowiedzialności. Ja bym apelował o większe poczucie odpowiedzialności, wspólną odpowiedzialność. To są bardzo trudne decyzje. Nie ma tu łatwych rozwiązań i trzeba brać pod uwagę wszystkie racje i argumenty. A oni na zimno, cynicznie, grali i wyborami „kopertowymi”, i szpitalami tymczasowymi, i dziećmi emigrantów, a teraz śmiercią ludzi w pandemii…

Mamy też bardzo trudną sytuację, w tym właśnie niesamowicie wysoką śmiertelność. I to nie chce się zmieniać.
Ta wysoka śmiertelność wynika z wielu przyczyn. Nie chcę wchodzić w rolę eksperta, lekarza, ale mniej więcej wiemy, jak wygląda od lat polski system ochrony zdrowia, nawet ten, który dzisiaj jest prawie dwukrotnie wyżej dofinansowany niż to było za czasów naszych poprzedników. Wiemy też, jak wygląda nasze podejście do leczenia, często decydujemy się na nie zbyt późno. Poza tym polskie statystyki obejmują zgony wszystkich pacjentów, którzy zmarli, będąc zarażeni COVID, nawet tych, którzy chorowali terminalnie, na wiele innych poważnych chorób współistniejących. Natomiast, tak czy owak, to są dramatyczne statystyki i pewne ograniczenia, które jednocześnie nie odbierają decyzyjności i wolności, muszą być wprowadzane. W tym te zachęcające do szczepień i wskazujące na limity, które obejmują tylko niezaszczepionych.

A i tak niemała część Polaków szczepić wciąż się nie chce.
Z badań wynika, że dotyczy to ok. 20-25 proc. Polaków. To bardzo dużo. Ale podobne zjawisko występuje na całym świecie i warto jasno powiedzieć: my wiemy, że nastroje antyszczepionkowe są podsycane i obecne na świecie od kilkudziesięciu lat.

Kto je rozpowszechnia?
Ktoś, komu zależy na tym, żeby takie myślenie magiczne czy nieracjonalne było w społeczeństwach demokratycznych, wolnych, rozpowszechniane. Wspólnoty, które zaczynają myśleć mało racjonalnie, są łatwiejsze do manipulowania, do sterowania, a także do skłócenia i rozpadu wewnętrznego.

Czyli kto?
Wielu publicystów czy ekspertów wskazuje kierunki pochodzenia tej propagandy. Tak, chodzi o działania agenturalne i softpower państw o aspiracjach imperialnych.

Przejdźmy w takim razie od imperiów do Krakowa. Obraz Leona Wyczółkowskiego, „Wiejska dziewczyna w żółtej chuście” powrócił do Polski, na Wawel. Jak czytamy: „wszystko to dzięki staraniom Departamentu Dziedzictwa Kulturowego za Granicą i Strat Wojennych". W ostatnich latach w podobnych okolicznościach około 500 dzieł sztuki wróciło do Polski. Ile takich spraw macie na biegu?
W tym momencie w toku jest ponad 80 procesów restytucyjnych i są one sukcesywnie finalizowane. Statystycznie mniej więcej raz w tygodniu odzyskujemy jakieś dzieło utracone. To jest wciąż za mało - z uwagi na skalę strat (po wojnie szacowano, że utraciliśmy ponad pół miliona dzieł sztuki). Ale stale zwiększamy obsadę i wzmacniamy zespół, który się tym zajmuje w ministerstwie. Gdy przyszedłem do MKiDN, restytucją zajmowały się bodaj 4 osoby, w tej chwili jest ich ok. 10.

Jak na skalę strat - wciąż garstka.
Tak, ale po pierwsze, oni blisko współpracują z setkami specjalistów w Polsce i na całym świecie, a po drugie - zaledwie kilka dni temu uzyskałem decyzję pana premiera i ministra finansów o zwiększeniu tego zespołu o następne 10 etatów. Rzadko się zdarza, żeby politycy podejmowali decyzje o nowych etatach w kulturze, prawda? Od 1 stycznia powstanie w ministerstwie odrębny departament zajmujący się restytucją dóbr kultury, wyspecjalizowana komórka, które będzie mogła działać jeszcze bardziej profesjonalnie i bardziej skutecznie.

Jak to działa? To śledczy?
O wielu szczegółach pracy osób, które zajmują się odzyskiwaniem dzieł nie możemy i nie mówimy publicznie - także po to, aby zachować skuteczność działań i bezpieczeństwo tych osób. Ale dzisiaj działamy także poprzez systemy informatyczne, poprzez sieci kontaktów, stale rozwijaną współpracę z wieloma publicznymi i prywatnymi instytucjami na całym świecie. Minister kultury ma umocowanie konstytucyjne i ustawowe do występowania z wnioskami restytucyjnymi, jest partnerem dla ewentualnych posiadaczy naszych dzieł sztuki - dlatego te działania są prowadzone przez resort kultury. Ale to praca zespołowa - pracowników naszego departamentu, naszych muzeów i instytucji kultury, policji, prokuratury, ambasad, ekspertów i pasjonatów.

Kto znalazł tego Wyczółkowskiego?
Nasi urzędnicy, poprzez przeszukiwanie ofert na aukcjach. To akurat była dość szybka restytucja, cały proces trwał tylko rok, bo i posiadacz, i dom aukcyjny byli otwarci na współpracę. Historia tego obrazu była jednoznaczna - ktoś stał się jego posiadaczem, może po prostu kupił gdzieś na rynku wtórnym, a jest uczciwym obywatelem i stwierdził, że trzeba zwrócić dzieło właścicielowi.

Jednoznaczna jest też na przykład sytuacja obrazu Lucasa Cranacha „Madonna z dzieciątkiem” z kolegiaty w Głogowie. Obraz od 2003 roku znajduje się w Muzeum Sztuk Pięknych imienia Puszkina w Moskwie i tam sobie wisi nieniepokojony. W sumie tego wszystkiego wywiezionego będzie na kwotę 30 miliardów dolarów. Sam okupant niemiecki 516 000 pojedynczych dzieł sztuki. Sporo do zrobienia, także na Wschodzie.
W Rosji mamy w tej chwili złożonych dwadzieścia wniosków restytucyjnych. Powiem wprost - nie ma sensu angażować zbyt wiele sił w składanie kolejnych, skoro wiadomo, że one są odrzucane lub w najlepszym razie - ignorowane. Dziesięć było złożonych wcześniej, dziesięć - w ciągu ostatnich kilku lat. Co pewien czas pytamy drogami dyplomatycznymi o odpowiedź.

Domyślam się, że odpowiedzi nie ma.
Nie ma. Rosjanie nie honorują cywilizowanych reguł prawnych dotyczących zwrotu zgodnego z prawem międzynarodowym. Ale by była jasność - w relacjach z innymi krajami też jest niekiedy bardzo ciężko. To trudne sprawy.

Przejdźmy do innych krakowskich rzeczy. Czy znane jest już nazwisko nowego małopolskiego wojewódzkiego konserwatora zabytków? Lubiana w Krakowie prof. Monika Bogdanowska pożegnała się ze stanowiskiem w atmosferze kontrowersji wokół zabytkowego wiaduktu na ul. Grzegórzeckiej. Mijają tygodnie, a wciąż nie wiemy, kto ją zastąpi.
Sprawa się rzeczywiście nieco przedłuża, ale to są delikatne kwestie, także personalne, i dotykają interesów wielu grup, czasami sprzecznych, wymagają zatem rozwagi i namysłu. Pośpiech i spekulacje nie służą zabytkom.

W ostatnich dniach w Krakowie przetoczyła się emocjonalna dyskusja wokół nowej interpretacji „Dziadów”. Padły z jednej strony zarzuty „pauperyzacji dzieła narodowego”. Z drugiej porównania do „cenzury rodem z 1968 roku”. Znów wracamy do dyskusji na temat granic sztuki - czy wypada odczytywać dzieło patrząc na nie przez „Szkło kontaktowe” albo przez pryzmat „Gazety Wyborczej”, a jeśli tak, to czy Teatr Słowackiego jest do tego odpowiednią sceną.
Sądzę przede wszystkim, że porównania dotyczące Marca 68 są haniebne i stanowią wyraz pogardy, lekceważenia osób, które doświadczyły życia w komunizmie. Nie ma żadnego porównania do tamtej sytuacji, nawet jeżeli obecny spektakl krytykują osoby związane z władzą. Dzisiaj każdy może się swobodnie wypowiadać, może się spotkać z krytyką, ale nie z zamykaniem teatrów, więzieniem, zmuszeniem do emigracji czy innymi prześladowaniami z tamtych czasów.

Rozumiem, że ma pan na myśli kurator małopolską. Ale artyści mówią o zagrożeniu i cenzurze.
Kwestia oceny wolności w sztuce jest kwestią bardzo delikatną. Moim zdaniem, w demokracji politycy czy osoby publiczne mają prawo do ocen, choć ja akurat rzadko je formułuję. W tym przypadku moja ocena była bardzo wstrzemięźliwa, a też zostałem za to w dziwny sposób skrytykowany. Artyści to środowisko o dużej wrażliwości i często, może nazbyt często, kierujące się wyłącznie emocjami. I bardzo zaangażowane politycznie, choć w sposób specyficzny: poprzez wykorzystywanie w polityce swojej pozycji czy popularności zdobytej w dziedzinie życia z polityką bezpośrednio niezwiązanej - w kulturze.

W Polsce nie ma cenzury, nikomu nie grożą administracyjne konsekwencje za głoszenie takich czy innych poglądów.

Co najwyżej konsekwencje prawne, jeśli przekroczone zostają pewne granice. A to jest zupełnie inna sytuacja niż w czasach PRL.

A widział pan spektakl?
Nie. Dlatego wypowiadałem się bardzo wstrzemięźliwie. Natomiast, opierając się na opisach i relacjach z tego przedstawienia, mogę czuć się zaniepokojony tym, że świat empiryczny jest tam przedstawiany w sposób fałszywy. I w związku z tym istnieje domniemanie, że jest to realizowane w celach propagandowych, politycznych. Jeżeli ktoś uwspółcześnione „Dziady” przedstawia w sposób nieprawdziwy i namawia widza do oceny rzeczywistości poprzez przerysowane, fałszywe obrazy - jak rozumiem, odnoszące się np. do demonstracji z jesieni zeszłego roku - a przypomnę, że policja zachowywała się wówczas (mimo że mieliśmy do czynienia z nielegalnymi zgromadzeniami w czasie pandemii!) w sposób niesamowicie profesjonalny i wstrzemięźliwy, zwłaszcza w porównaniu do działań policji w wielu innych demokracjach, nie mówiąc już o Białorusi czy Rosji - to manipuluje! Bo słyszę, że oto pojawia się na scenie grupa kobiet, które są/były maltretowane czy bite - i one są zestawiane z dziewiętnastowiecznymi więźniami z czasów zaborów. To już budzi, delikatnie mówiąc, kontrowersje.

Nie wolno porównywać?
Prześladowanych przez zaborcę, walczących o niepodległość młodych ludzi, więzionych, torturowanych, zsyłanych na Syberię, skąd najczęściej nie wracali, z obecną sytuacją w kraju? To w najlepszym razie wygłup, nadużycie. Lekceważenie albo świadome pomniejszanie znaczenia tamtej ofiary. „Dziady” Mickiewicza były o czymś. W marcu 1968 r. też był ważny wolnościowy kontekst. A teraz - jak się wydaje - jest po prostu fałsz i normalna w demokracji, choć brutalna, walka polityczna w wolnej Polsce. Niestety, w teatrze i kosztem teatru.

I pewnie jeszcze pana oburza, że Konrad jest kobietą.
Nie mam zdania na ten akurat temat. To trzeba zobaczyć. Pamiętam Teresę Budzisz-Krzyżanowską jako Hamleta - i nie wzbudzała u mnie specjalnych kontrowersji. To było ciekawe.

Jesteśmy w nowo otwartym Muzeum Wyspiańskiego. Muzeum Narodowe, którego jest częścią ma największą i najcenniejszą kolekcję prac Wyspiańskiego. Mimo to rozmawiałem z dyrektorem muzeum, panem profesorem Andrzejem Szczerskim i on również przyznał, że z jakichś powodów to, co się działo w polskiej sztuce na przełomie XIX i XX wieku, w tym Wyspiański, nie jest szerzej rozpoznawalne poza Polską, a przecież nie ustępuje takim nurtom, jak chociażby Arts & Crafts. Czy to się w ogóle da zmienić?
Mamy olbrzymie zaległości, jeżeli chodzi o kwestie wizerunkowe, jeżeli chodzi o politykę historyczną, ale także promocję polskiej kultury. Nie byliśmy przez całe lata obecni na arenie międzynarodowej jako suwerenny podmiot, nie budowaliśmy tej pozycji, a po ‘89 roku z kolei zwyciężyła opcja dostosowywania się do silniejszych, naśladownictwa, ustępowania pola, więc nikt nie był tym szczególnie zainteresowany - dominowała pedagogika wstydu, która obejmowała także to, że nie należy pewnych rzeczy nadmiernie forsować i że w kulturze mamy także skorzystać z szansy, żeby milczeć. Rywalizację światową w zasadzie przegraliśmy. Zresztą, zadecydowały o tym nie tylko sprawy polityczne, ale i wszechogarniająca komercja.

Ktoś tam się jednak przebijał.
Dawniej chyba jedynie Chopin, trochę - jako gwiazdy tworzącej się kultury masowej - Modrzejewska i Paderewski. Współcześnie może Grotowski, Wajda, Penderecki, Lem. Reszta wybitnych, niestety, tylko w swoistych niszach… Albo w ogóle jako twórcy światowi - jak Conrad czy Polański. Kieślowski też się przebił, bo był bardziej uniwersalny, miał nie do końca uchwytny przekaz, mimo tego że to była jednak filozofia oparta na chrześcijańskim dekalogu, podobnie społeczne kino moralnego niepokoju.

A dziś?
Generalnie rzecz biorąc, dalej jesteśmy traktowani tak, jak wcześniej. Trochę jak w polityce europejskiej, w której słyszymy cały czas, że mamy mniej praw, musimy się dostosować, dojrzeć do demokracji, itd. I dziwią się, jak po wystawie w Louvre-Lens, gdzie prezentowaliśmy świetne polskie malarstwo XIX-wieczne, że takie „białe niedźwiedzie” z Polski robiły taką sztukę!

Mocne słowa jak na wicepremiera…
Tak jest, bo przez dekady nie budowaliśmy siły i pozycji w wielu obszarach. Dlatego świat nie zna Moniuszki, a Szymanowskiego, Lutosławskiego czy Góreckiego znają tylko specjaliści. Podobnie ze Strzemińskim, Kobro czy Wróblewskim. Powstające w Zjednoczonych Emiratach Arabskich muzeum Louvre Abu Dhabi, które nie cierpi na brak funduszy i na pniu zbudowało swoją kolekcję sztuki światowej, nie zakupiło i nie wypożyczyło żadnej pracy z Polski. Próbujemy to od sześciu lat zmieniać, także w polityce. I widać, jaką to wywołuje wściekłość, bo się okazuje, że świat został już podzielony, miejsca przydzielone, a my się próbujemy rozpychać.

Czy tak samo jest w sztuce?
Podobnie. Dopóki nasi artyści wpisywali się w tak zwane „główne nurty”, to coś tam ugrywali. Rzadko jako prekursorzy czy oryginalni twórcy. Ale chcę wrócić do tego Wyspiańskiego, bo świetny pomysł prof. Szczerskiego wraz z zespołem jest doskonałym przykładem przełamywania barier i próby odwrócenia tej sytuacji. Dwa miesiące temu prof. Szczerski otworzył wystawę Młodej Polski w William Morris Gallery - bardzo specyficznej, ale bardzo znanej w Wielkiej Brytanii kameralnej galerii na obrzeżach Londynu. I to może być świetny pomysł na wypromowanie Wyspiańskiego - dziś kilku dzieł nie ma tu, w naszym muzeum Wyspiańskiego, ponieważ są właśnie tam i cieszą się znakomitą popularnością. Gdzieś na obrzeżach Londynu na tę Młodą Polskę w dwa miesiące przyszło 15 tysięcy ludzi.

Może to są Polacy londyńscy?
Nie tylko, bo interesują się tą ekspozycją angielskie media. Pomysł polegał na tym, że Wyspiański został zestawiony z bardzo popularnym w Anglii Williamem Morrisem, a Młoda Polska - właśnie z ruchem Arts&Crafts. To chyba zadziałało. To nie jest duża wystawa, ale bardzo ciekawa. I przyciąga widzów. Może więc ten Wyspiański się szerzej przebije. Można promować polską sztukę, tylko trzeba być aktywnym, mieć pomysły i mądrze inwestować. Podobnym zresztą sukcesem okazała się pierwsza w historii prezentacja jednego obrazu Jana Matejki w National Gallery w Londynie - w 3 miesiące przyszło go zobaczyć 63 tysiące widzów, i to w warunkach ograniczeń pandemicznych. Dlatego bardzo dobrze się stało, że została podjęta decyzja o otwarciu pierwszego w Polsce monograficznego Muzeum Stanisława Wyspiańskiego. Jest miejsce, które można rozpropagować na cały świat.

Panie premierze, w tym roku mamy Rok Stanisława Lema. Odbyło się już kilkadziesiąt, a nawet więcej różnych wydarzeń - murale, dyskusje, konferencje, warsztaty, koncerty, a nawet imprezy kulinarne w stylu „jakie potrawy lubili jeść bohaterowie powieści Lema”. Rozmach tego jest niesamowity. Tymczasem rok 2022 Sejm - i słusznie - ogłosił rokiem Józefa Mackiewicza. O to środowisko fanatyków skupione wokół jego twórczości apelowało od lat. Jaki jest pomysł na to, żeby ten rok nie przeszedł niezauważony?
Z tymi fanatykami to chyba przesada (śmiech).

Nie wiem, sam się do nich zaliczam (śmiech). Tyle że przez większość ludzi Józef Mackiewicz jest pojmowany jedynie przez pryzmat cytatu że „Jedynie prawda jest ciekawa” i komunałów, że był antykomunistą. Jak to będzie?
My jako ministerstwo, jako państwo polskie dajemy możliwości, ale to twórcy i menedżerowie w poszczególnych instytucjach są odpowiedzialni za szczegóły i realizację konkretnych dzieł i wydarzeń. Z roku na rok zwiększamy nakłady publiczne na nasze programy - w MKiDN jest ich już ponad 30 - to są olbrzymie środki. Wspieramy realizację ok. 3500 projektów rocznie. Ale szczegóły programowe i organizacja to praca instytucji, samorządów, organizacji, osób indywidualnych, ekspertów. Na tym polega mecenat - państwo nie zastępuje menadżerów kultury i artystów, to nie jest rola państwa, ale wspiera te najciekawsze i najbardziej wartościowe projekty. Jeżeli jakieś wydawnictwo się zgłosi, że chce wydać całego Mackiewicza (i pani Nina Karsov pozwoli) - nie widzę żadnego problemu. Zresztą - nie dalej jak wczoraj rozmawiałem z prof. Włodzimierzem Boleckim, wybitnym specjalistą i biografem Mackiewicza. Jesteśmy zawsze otwarci na współpracę i czasami obchodzimy wielkie jubileusze w sposób szczególny. W Rok Moniuszkowski zainwestowaliśmy 30 mln zł, Rok Norwida kończymy powołaniem pierwszego w Polsce Muzeum Cypriana Kamila Norwida w Dębinkach na Mazowszu. Na przyszły rok, w rocznicę pierwszego wydania „Ballad i romansów” przygotowaliśmy specjalny konkurs grantowy...

„Drogę donikąd” albo „Nie trzeba głośno mówić” można by pokazać na dużym ekranie, wreszcie…
Jeśli ktoś ma taki scenariusz - zapraszam! Ja go nie napiszę (uśmiech). Proszę pamiętać, że w przypadku filmu „Śmierć Zygielbojma” faktycznie zainspirowałem - poprzez producenta - dobrego scenarzystę, żeby złożył ten koncept na nasz ministerialny konkurs. Później, na premierze, reżyser wyszedł na scenę i coś opowiadał, nie wiedząc w sumie o czym mówi, bo został zatrudniony do projektu dwa lata po jego rozpoczęciu. I gdy już mieliśmy w zasadzie spięty budżet całej produkcji. My czasami inspirujemy, a zawsze - tworzymy warunki. Artyści z nich korzystają albo nie.

Ha! Czyli jednak inspirujecie niektóre scenariusze.
Oczywiście, inspirujemy niektóre tematy, ale nie piszemy za artystów scenariuszy, nie wtrącamy się do ich pracy. Gdyby tak było, opozycyjne media trąbiłyby o tym całymi dniami, a tymczasem jedyne, co stale robią, to kwestionują nasz mandat i obrzucają nas insynuacjami. Nie zastąpimy artystów, twórców. Na pewne rzeczy mamy więc ograniczony wpływ. Z twórcami zresztą też rozmaicie bywa. Niektóre ważne tematy wciąż czekają, inne nie spełniają oczekiwań od strony artystycznej… Zrealizowaliśmy już lub realizujemy ok. 80 fabularnych filmów historycznych. Powoli zapełniamy „białe plamy” polskiej pamięci - ale to orka na ugorze…

Wojciech Mucha

Komentarze

2
Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

ozbychu1

Gliński robi wrażenie jakby w poprzednim zyciu byl skarbnikiem faraonów.Fundusz do wyprowadzenia do Usraela ma chyba podobny do Blaszczaka.Takie wrażenie a moze być całkiem inaczej

ozbychu1

Znając życie wlasciciel dostaje jakieś,,odszkodowanie"i najwięcej dziel restytuuje się od naszych przyjaciół aliantów, którzy dzieła sztuki wzięli jako łupy wojenne.

plus.gazetalubuska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.