Natalia Dyjas-Szatkowska

Podzielmy się historią

I tak, artykułem pt. „Złota rybka” zaczęła się moja przygoda z „Gazetą Lubuską”. Ponad 20 lat temu! Fot. Mariusz Kapała I tak, artykułem pt. „Złota rybka” zaczęła się moja przygoda z „Gazetą Lubuską”. Ponad 20 lat temu!
Natalia Dyjas-Szatkowska

Być może ktoś zadebiutował na łamach „Gazety Lubuskiej” jako dziecko lub za jej pośrednictwem odnalazł miłość swego życia? Chcemy poznać Państwa wspomnienia.

Jest lipcowy ranek, połowa lat 90. minionego wieku. Pamiętam, że wtedy na podwórku przy ul. Kazimierza Wielkiego, tuż obok kościoła pw. Najświętszego Zbawiciela, znajdował się jeszcze plac zabaw, a nie nielegalny parking dla kilkudziesięciu samochodów. Co to był za plac! Na huśtawkach siedziało się od rana do wieczora, a w piaskownicy dzięki łopatkom i wiaderkom można było zbudować prawdziwe królestwa z piachu...

By zasiąść na trzepaku, razem ze starszymi dzieciakami, trzeba było sobie na ich szacunek zasłużyć. Ale jak już dopuścili do swojego towarzystwa, to z pełnią profitów - czyli możliwością grania w podchody i prezentowania umiejętności gimnastycznych (kto potrafił robić fikołki na górnym szczeblu, zasługiwał na prawdziwe uznanie lokalnej społeczności...).

Na tym to właśnie podwórku spotkał moją mamę i mnie fotoreporter „Gazety Lubuskiej” - Tomasz Gawałkiewicz. Miałam cztery lata, ale pan Gawałkiewicz już wtedy był mi znany. Bo zawsze można go było spotkać na deptaku ze swoim sprzętem fotograficznym, noszonym wtedy w charakterystycznej, żółtej skrzynce. Byłam przekonana, że trzyma w niej lody, a nie aparaty! I dopiero dzięki tej przygodzie dowiedziałam się, jak było naprawdę.

- Pani córka świetnie się nada - powiedział wtedy T. Gawałkiewicz. A przynajmniej ja to tak pamiętam, a pamięć mam całkiem niezłą! Fotograf w kilku słowach wyjaśnił mojej mamie, do czego tak świetnie się nadaję.

Pewien wędkarz z Nowego Kisielina (wtedy o połączeniu miasta z gminą nikt jeszcze nie myślał...) złowił w Zaborze, bagatela, prawie 2-metrowego suma. W tym wyczynie pomógł mu nastoletni syn, z którym wędkarz dumnie zaprezentował się na jednej z fotografii.

W artykule można przeczytać, że ryba pływała z pewnością już jakieś dwadzieścia lat. I pływałaby drugie tyle, gdyby nie pewna uklejka, na którą 40-kilogramowy sum dał się niecnie złapać. No dobrze, ale gdzie w tym wszystkim miejsce na moją, skromną, osobę? Otóż ja, jako czterolatka, mierzyłam wtedy dokładnie 100 cm mniej niż olbrzymi sum. Fotograf zdecydował, że świetnie będę się nadawać do fotomontażu, niezwykle nowatorskiego jak na ówczesne czasy, gdy komputery wciąż były dla większości Polaków jedynie w sferze marzeń.

A mama? Szybko zgodziła się na mój występ w gazecie, uprzednio przebierając mnie w odświętny strój, który dziś, z perspektywy czasu wydaje się nieco komiczny... Ale jak prezentować się w gazecie, to tylko z klasą! W końcu zobaczy to cała Zielona Góra.

Fotograf poprosił, bym położyła się na redakcyjnej podłodze, której wykładzina świetnie imitowała fale jeziora. Następnie ustrzelił parę fotografii, a na pamiątkę podarował nam jedno zdjęcie. Dopiero w gazecie zobaczyliśmy, w jak zmyślny sposób graficy porównali mnie i potężną rybę. I tak „czteroletnia Natalka” debiutowała na łamach „Gazety Lubuskiej” jako... porównanie dla olbrzymiego suma, który był dwa razy większy od małej zielonogórzanki.

Dumna mama przechowała mój pierwszy występ w „Gazecie Lubuskiej”, a ja odkryłam go ponownie nie tak dawno. I ze śmiechem stwierdziłam, że choć artykuły do „GL” piszę od roku, to debiut na jej łamach miałam już ponad 20 lat temu. Kto by się spodziewał, że ta mała dziewczynka sama będzie tworzyła kiedyś teksty o zielonogórskich sprawach?

Ile takich wspomnień kryje nasza „Gazeta Lubuska”? Chcielibyśmy poznać choć część z nich...

Natalia Dyjas-Szatkowska

Dzień dobry! Nazywam się Natalia Dyjas-Szatkowska i jestem rodowitą zielonogórzanką. Pracuję w "Gazecie Lubuskiej" od 2016 roku. I choć z wykształcenia jestem filologiem polskim i teatrologiem, to swoją pracę zawodową związałam właśnie z mediami. 


W obszarze moich działań znajdują się: 



  • problemy i sprawy Zielonej Góry,

  • kwestie, które poruszają mieszkańców powiatu zielonogórskiego.


Ważne są dla mnie codzienne problemy mieszkańcówsprawy społeczne i kulturalne naszego regionu. Nie jest mi obojętny los zwierzaków i często piszę o nich na naszych łamach. Lubię spotkania z ludźmi i to właśnie nasi Czytelnicy są dla mnie wielką inspiracją. To oni podpowiadają, czym warto się zająć, co ich boli, denerwuje, ale i cieszy. 


Zawsze lubiłam rozmawiać z ludźmi. Jako osoba, która pracowała z nimi podczas organizacji różnych wydarzeń kulturalnych i festiwali, zrozumiałam, że to właśnie człowiek i jego historia są dla mnie najważniejsze. To więc chyba nie przypadek, że zaczęłam pracę w dziennikarstwie... 


W wolnych chwilach (jeśli jakaś się znajdzie... :)) nałogowo pochłaniam książki (kryminałom mówię nie, ale mocno kibicuję nowej, polskiej prozie) i z aparatem poznaję nasze piękne województwo lubuskie. Chętnie dzielę się urodą regionu na łamach "Gazety Lubuskiej" i portalu "Nasze Miasto". Nie boję się też pokazywać, co jeszcze mogłoby się tutaj zmienić. I to właśnie przynosi mi największą satysfakcję w pracy. Gdy uda się choć trochę ulepszyć otaczającą nas rzeczywistość. 


Czy w Twojej okolicy dzieje się coś ważnego? Masz sprawę, która Twoim zdaniem powinna zostać opisana w naszej gazecie? A może masz jakiś kłopot, który należy rozwiązać? Śmiało! Skontaktuj się ze mną, postaram się zająć danym tematem.


Kontakt do mnie: natalia.dyjas@polskapress.pl


Telefon: 68 324 88 44 lub: 510 026 978.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetalubuska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.