Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Dariusz Chajewski

Polesie czyli tam, gdzie knichy słychać śpiew

Najbardziej poleski z możliwych widoków. „Wodny” targ w Pińsku nad rzeką Piną. Najbardziej poleski z możliwych widoków. „Wodny” targ w Pińsku nad rzeką Piną.
Dariusz Chajewski

W Białkowie wszyscy wiedzą co to jest czuczeło, że w chłodne dni przydaje się hruba, a zanim młodzi powiedzą sobie "tak" są zapoiny, jest drużko, dohowor i wenok. Tak jak i nikt nie dziwi się, że miejscowa drużyna piłkarska nosi miano... Polesie.

W Białkowie wszyscy wiedzą co to jest czuczeło, że w chłodne dni przydaje się hruba, a zanim młodzi powiedzą sobie "tak" są zapoiny, jest drużko, dohowor i wenok. Tak jak i nikt nie dziwi się, że miejscowa drużyna piłkarska nosi miano... Polesie.

Białków Polesiem żyje. A jak wszyscy w okolicy zgodnie przyznają siłą napędową tego powszechnego sentymentu jest Eugeniusz Niparko, który jako pięćdziesięcioparoletni młodzik przedwojennych Kresów nie zna, nie pamięta.
- Pamięta, pamięta - reaguje pan Eugeniusz. - Bo przecież pamięć to nie tylko to, co się samemu przeżywa...

I tutaj następuje opowieść z czasów dzieciństwa. Nie w poleskim Zalesiu, a w lubuskim Białkowie. Jednak były to czasy zanim w domach zapanował telewizor. Natomiast w każdym stał piec, a przy nim ława, na której zasiadali rodzice, dziadkowie, sąsiedzi i opowiadali. O krainie, gdzie każdy chutor, każda osada były jak wyspy, ale mimo to ludzie żyli razem. Nie obok siebie. Razem.

Zostały tylko kaliny

Maria Dobryniewska i Witold Weryszko urodzili się w Petelewie. Dziś po tej liczącej niegdyś kilkanaście domów miejscowości nie ma już śladu na mapie. Gdy byli w rodzinnych stronach miejsca po sadybach przodków wskazywały tylko stare drzewa owocowe i krzewy kaliny. Jak mówią ta wieś istnieje już tylko w ich sercach. Wszyscy zamieszkali w Białkowie.
- Proszę zobaczyć, czy tam nie było pięknie? - pani Maria pokazując sielankowe fotografie. Ludzie na dziwnych, jakby niezgrabnych łodziach, którymi przewożone były także konie, bydło. - A gdy po deszczu podnosi się mgła i czuć ten zapach... Śpiew ptaków. Mój dziesięcioletni wnuczek powiedział mi, że tam jest tak pięknie, iż chciałby na Polesiu zamieszkać. Nie powiem, wzruszyłam się.

Najbardziej poleski z możliwych widoków. „Wodny” targ w Pińsku nad rzeką Piną.
Zdjęcie z archiwum Eugeniusza Niparko

Polesia czar to dzikie knieje, moczary,
Polesia czar smętny to wichrów jęk.
Gdy w mroczną noc z bagien wstają opary,
serce me drży, dziwny ogarnia lęk
i słyszę, jak w głębi wód jakaś skarga się miota,
serca prostota wierzy w Polesia cud.

Niparko nie kryje podziwu dla swoich przodków, dla wszystkich, którzy tam żyli. Największe wrażenie na nim, jako na rolniku, robiła samowystarczalność tamtej społeczności. Ludzie z tego co wokół znaleźli potrafili zrobić niemal wszystko. Wsie i chutory były rozrzucone wśród mokradeł i borów, gdzie kontakty między ludźmi były co najmniej skomplikowane.

I opowiada, że głód na Polesiu wcale nie panował wówczas, gdy zima była nadzwyczaj sroga, ale właśnie gdy była łagodna. Wówczas nie można było dotrzeć do wyżej położonych miejsc, gdzie było zgromadzone przygotowane zawczasu siano. Inny Poleszuk wspomina, że starano się, aby kobiety rodziły zimą, gdy w przypadku komplikacji można było dotrzeć do najbliższego lekarza.

- Do szkoły chodziłem kilka kilometrów - wspomina pan Witold. - Zazwyczaj po ciągnących się przez mokradła specjalnie położonych deskach. Po nich jeździły też wozy. Gdy sowieci te pomosty rozkradli trzeba było skakać z kępy na kępę. Ile razy mokry docierałem do szkoły...

Najbardziej poleski z możliwych widoków. „Wodny” targ w Pińsku nad rzeką Piną.
Elegant z Polesia. Wujek pana Witolda Weryszki.

Polak to katolik

Powiat Prużana, kilkadziesiąt kilometrów od Berezy Kartuskiej. Na pytanie, czy Poleszuk to Polak wszyscy się obruszają. Może dlatego, że podobne pytania stawiali sowieci, gdy ludzie z Polesia przygotowywali się do wyjazdu na zachód próbowano udowodnić, że są Białorusinami, Rusinami... Kto? Nowa władza. W teren wówczas ruszyli agitatorzy przekonujący, że na zachodzie czyha zło i głód.

Wyznacznikiem narodowości była religia - katolik to Polak. Dlatego też wiele osób, które z polskością zbyt wiele wspólnego nie miały, zabiegało wówczas o metrykę od katolickiego proboszcza. Wiedzieli, że jeśli teraz nie ruszą na zachód prawdopodobnie zostaną wywiezieni na wschód.

- Wyznacznikiem przynależności narodowej nie mógł być tam język - dodaje pan Eugeniusz. - Bo tam wszyscy mówili po... swojemu (z akcentem na "o" - dop. red.). Jeszcze całkiem niedawno, gdy słyszałem jak rozmawiali między sobą starsi ludzie, byłem w stanie stwierdzić, z której wsi przyjechali.

Chociażby po tym, że mowa we wsiach położonych bardziej na południu nosiła wyraźne ślady ukraińskiego. Moi rodzice myśleli zawsze "po swojemu", ale dbali, podobnie jak wszyscy sąsiedzi, aby dzieci mówiły już czystą polszczyzna. Mam przykład kolegi, którego wychowywali dziadkowie i naukę polskiego zaniedbali. Musiał w szkole nadrabiać. I co dziwne. Ci, którzy przyjechali na zachód są przekonani, że są patriotami bo podjęli taką decyzję. Ci, którzy na Polesiu zostali wierzą, że ich decyzja to wyznacznik prawdziwego patriotyzmu.

I Niparko wspomina jak w okolicy Siemiatycz, Hajnówki usłyszał ludzi, którzy mówią "po swojemu". Nie mogli nadziwić się, że białkowianie, gdzieś hen, spod zachodniej granicy, uważają, że to także jest ich rodzinny język. I na dodatek są katolikami, a oni przecież są katolikami.

Jednak tak naprawdę wówczas większość ludności nie potrafiła określić swojej przynależności narodowej i mówili o sobie... "tutejsi". Co bardziej świadomi twierdzili, że są Poleszukami.

Najbardziej poleski z możliwych widoków. „Wodny” targ w Pińsku nad rzeką Piną.
Najbardziej poleski z możliwych widoków. „Wodny” targ w Pińsku nad rzeką Piną.

Tolerancja nie od święta

Wskaźnik analfabetyzmu był tutaj największy w Polsce. W okresie II Rzeczpospolitej było widać zabiegi państwa polskiego o to, aby Polesie bardziej poczuło się Polską. Nie tylko po tym, że wówczas zjechało z innych regionów Polski mnóstwo nauczycieli. Wspierano wspólnoty handlowe, scalanie gruntów, powstawanie silnych chutorów. Gospodarstwa rolne liczyły po kilka hektarów, ale coraz więcej było tych większych. I jak opowiadają Poleszucy nie było tam jednak śladu nacjonalizmu. No może jedynie przy zabiegach, aby handel i rzemiosło nie było zdominowane przez Żydów. Nacjonalizmy pojawiły się wraz z bolszewikami, którzy stosowali sprawnie zasadę dziel i rządź. Pojawiły się donosy, wywózki, konfidenci.

Pośród łąk, lasów i wód toni,
w ciągłej, pustej życia pogoni
żyje posępny lud.
Czasem ozwie się gdzieś łosia ryk
albo w gąszczu dziki głuszca krzyk
i znów cisza tak niewzruszona,
dusza śni pustką rozmarzona piękny o Polesiu sen…

- Ludzie szanowali swoje wyznania - dodaje pani Maria. - Gdy święta mieli katolicy prawosławni głośno nie pracowali, nie wyjeżdżali w pole. Tym samym rewanżowali się nam prawosławni sąsiedzi. Symboliczne może być, że gdy do Berezy zjechał biskup bramę powitalną przygotowali i katolicy, i prawosławni, i żydzi.

- A wiecie co to jest pieczka? - pyta Niparko. I opisuje konstrukcję pieca, który służył nie tylko do pieczenia, gotowania i był nie tylko jedynym źródłem ciepła. Oto w każdej pieczce znajdowały się dwie puste przestrzenie. W tej dolnej, między podłogą i paleniskiem, trzymano rozmaite przybory oraz suszyło się drewno na opał, a czasem grzały pisklęta. Przestrzeń między pokryciem paleniska, a powałą służyła do przechowywania produktów spożywczych, a także... jako miejsce dla starszych ludzi, gdzie mogli wygrzać kości.

Najbardziej poleski z możliwych widoków. „Wodny” targ w Pińsku nad rzeką Piną.
Zgromadzone w izbie pamięci dokumenty przeglądają Maria Dobryniewska, Witold Weryszko i Eugeniusz Niparko.

- Ludzie tam, u nas, byli może i biedniejsi, ale znacznie zaradniejsi - dodaje pan Witold. Wszystko potrafili, chociaż wielu miało swoje specjalizacje. I opowiada o jednym z krewniaków, który postanowił szukać szczęścia z dala od ojcowizny. W Australii. Tam zapytano go czym się zajmuje. Ten odpowiedział, że... optyka. Jako zawód wpisano mu "optyk". Tymczasem on zajmował się "optykaniem" mchem zbudowanych z drewnianych bali chat.

Towkacz, czyhun i hładyszka

Pani Maria z nieukrywaną dumą oprowadza gości po swoim królestwie, niewielkim muzeum zorganizowanym w wiejskiej świetlicy. Pokazuje lniany ruczniczek (ręcznik) z posagu jej mamy. Pięknie wyszywany z inicjałami. Jednym tchem także wymienia potrawy, które pamięta z dzieciństwa, i które nadal stara się gotować. Jest zatem jej ulubiona kasza jaglana na mleku z płatkami masła, toukienia (zapiekane w glinianej misie tłuczone ziemniaki ze skwarkami), smażony biały ser, czy ziemniaki zapiekane z mięsem.

Obok garnki drutowane przez prawdziwego fachowca, hładyszka (naczynie na mleko), trepaczka (trzepaczka do lnu). Zresztą słownik polesko-polski może być całkiem okazały. Mamy zatem towkacz (tłuczek do ubijania kapusty w beczce), czyhun (garnek żelazny), hrubę (piec do ogrzewania pomieszczeń mieszkalnych), kozub (plecione naczynie w kształcie dzbanka), czuczeło (straszydło), knichę (czajka) i wreszcie potaskuchę (pani o niezbyt dobrej reputacji).

Najbardziej poleski z możliwych widoków. „Wodny” targ w Pińsku nad rzeką Piną.
Społeczność Polesia była samowystarczalna. Tak powstawały łapcie...

W tym samym czasie pan Witold pokazuje okazałe dyplomy - to z kolei ślad po tym jak jego krewniacy, którzy zarabiali na chleb za oceanem, przesyłali na wzmocnienie polskiej armii i oświaty.
- Naród tam był bardzo religijny - dodaje pani Maria. - U nas bezwzględnie przestrzegano świętowania niedziel i świąt. Wszystkie zresztą składały się z trzech dni i wówczas był przyświatok, czyli właśnie trzeci dzień Bożego Narodzenia, Wielkanocy, Zielonych Świątek i w środę po Wielkiej Nocy.

Tam, gdzie sędziwe szumią lasy,
kiedyś ujrzałem pełen krasy
cudny Polesia kwiat.
Próżno mi o tobie, dziewczę, śnić,
próżno w żalu i tęsknocie żyć.
Nie wrócą chwile szczęścia niewysłowione,
drzemią wspomnienia pogrążone
w mrokach poleskich kniej.

W czasie między Bożym Narodzeniem i Nowym Rokiem nie wolno było przerabiać starych rzeczy do ponownego użycia. Aż do Trzech Króli wieczorami nic nie robiono - to weczorki, czyli czas cichego świętowania. Przed Wielką Nocą, w Wielki Piątek nie wolno było wbijać gwoździ, gdyż można było "zabić" deszcz... Gusła? Nic podobnego. Tam wszystko było pełne ukrytych znaczeń i mądrości.

Czar Polesia

W Białkowie przybysze z Polesia wywodzili się głównie z trzech rodów - Weryszków, Radkiewiczów i Kondarewiczów. Stąd problem z rozróżnieniem spośród wielu osób o tym samym nazwisku. I przydomki, które często stawały się jak nazwiska. Byli zatem Krawec, Chachoł, Gajowy, Wujaszko, Prymak, Weresniak, Kapitan, Usaty...

Najbardziej poleski z możliwych widoków. „Wodny” targ w Pińsku nad rzeką Piną.
Zaświadczenie o przekazaniu darowizny.

Dlaczego Białków? Jak chce przekazywana z pokolenia na pokolenie opowieść, gdy w 1945 roku transport Poleszuków dotarł do Poznania tory wiodły w trzech kierunkach. Kierownik transportu sprawdził na mapie i zadecydował, że jadą tam, gdzie jest najwięcej lasów i łąk. Aby nowa ojczyzna jak najbardziej przypominała Polesie. I ruszyli na zachód. A tory kończyły się w Cybince...

- Długo jeszcze nie wierzyli, że to już na zawsze, mieszkali po trzy rodziny w każdym domu - mówi Niparko. - Zakładali, że będą musieli wracać.

W centrum wsi powstaje poleski skansen. Stoją już dwa budynki, a docelowo znajdzie się tutaj całe obejście. Jak przeniesione żywcem z poleskich mokradeł. Niparko opowiada z detalami jak przerabiało tam się len i jak budowało chaty, wozy. Jednak, jak przyznaje, nie udało mu się rozszyfrować jednego - końcowego etapu obróbki tzw. czaru Polesia. Co to jest za czar?
- A księżycówka - pada odpowiedź jednego ze starszych wiekiem białkowian. - Potrafi zaczarować.

Polesie...

... to kraina geograficzna i historyczna, leżąca głównie na terytorium obecnej Białorusi i Ukrainy, oraz częściowo Polski i Rosji. Stanowi południowo-zachodnią część Niżu Wschodnioeuropejskiego. To płaska równina, leżąca w dorzeczu Prypeci i Bugu. Wody gruntowe zalegające tuż pod powierzchnią tworzą płytkie jeziora i rozległe bagna. Na terenie Polesia występują liczne rzeki, a miejscami wśród bagien nieco wyższe równiny morenowe i lodowcowo-wodne oraz utrwalone wydmy.

W latach międzywojennych zachodnie Polesie z Brześciem n. Bugiem, Pińskiem i Łunińcem należało do Polski, wschodnia natomiast jego część znajdowała się w granicach Rosji Sowieckiej (od 1929 r. Białoruskiej SRR). Od 17-18 września 1939 tereny Polesia znajdowały się pod okupacją sowiecką. Przyłączono je do Białoruskiej Republiki Radzieckiej, natomiast południowy pas ziemi (okolice Klesowa, Rokitnego, Saren) zostały włączone do Ukraińskiej SRR.

W okresie okupacji niemieckiej Polesie podległe było Reichskommissariat Ukraine z siedzibą w Równem. Po II wojnie światowej i przymusowej zmianie granic Polsce zwrócono jedynie niewielki skrawek byłego województwa poleskiego. Zachowano stan z okresu okupacji w roku 1940 r.

Najbardziej poleski z możliwych widoków. „Wodny” targ w Pińsku nad rzeką Piną.
Poleskie żniwa

Te wozy nie były kolorowe

Eugeniusz Niparko z Białkowa stara się ocalić od zapomnienia relikty Polesia, skąd w 1945 roku przybyła większość mieszkańców okolicy. Jednym z nich są... wozy. Odrestaurował lub odtworzył trzy modele poleskich limuzyn.

Na co zwracamy uwagę w pierwszym rzędzie? Na... luśnię. Tak, to przez sienkiewiczowskiego Srogiego Luśnię. Najogólniej mówiąc to element usztywniający pojazd i chroniący kłonicę. Jednak miał także inne zastosowanie - w przypadku jakichś nieporozumień, gdy trzeba było stanąć w obronie argumentów zamieniał się w historyczną wersję kija bejsbolowego.

- Czym różni się poleski wóz od tego klasycznego? - odpowiada pytaniem na pytanie Niparko. - Chociażby hołowlami. To takie jakby dwa dyszle, zamiast jednego, które mocowało się na dwóch bokach konia.
Mamy trzy wozy. Pierwszy, z dużym plecionym koszem, służył do przewozu, jak byśmy to dziś powiedzieli drobnicy. To wyjazdowy wóz na przykład na targ. Drugi wykorzystywano do przewozu siana. Trzeci to niemal klasyczny "drabiniak".

Niparko szczątki wozów wygrzebał z krzaków, z zakamarków stodół. Wiele elementów musiał odtwarzać według opisów starszych mieszkańców. A to nie było proste. Na przykład lewego gwintu do koła z lewej strony nie był w stanie zrobić żaden fachowiec. Trzeba było jechać do Białegostoku. Każdy detal jest starannie odtworzony, nawet nity wzmacniające koła.

- Takie wozy jeszcze po wojnie jeździły po Białkowie - dodaje Niparko. - W latach 60. zaczęła wchodzić trakcja gumowa. Moją uwagę zwracają zdobienia. To były pojazdy do pracy na roli, do transportu płodów rolnych jednak ludzie dbali, aby miały także walory estetyczne. I jak dodaje, gdy dziś wyjeżdża takim wozem na wieś to starszym mieszkańcom łezka kreci się w oku, a młodzi przyglądają się co to za czuczeło (na Polesiu to znaczyło straszydło) jedzie.

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Gazety Lubuskiej.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Gazety Lubuskiej
  • codzienne e-wydanie Gazety Lubuskiej
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Dariusz Chajewski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetalubuska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.