"Przecież cię nie zgwałcił" czyli mroczne sekrety biblioteki UMK. Uczelnia reaguje... kolejny rok!

Czytaj dalej
Fot. Pixabay
Małgorzata Oberlan

"Przecież cię nie zgwałcił" czyli mroczne sekrety biblioteki UMK. Uczelnia reaguje... kolejny rok!

Małgorzata Oberlan

Osiem pracownic Biblioteki Głównej UMK w Toruniu zgłosiło molestowanie przez współpracownika w grudniu 2018 roku. Miał je obmacywać, gryźć, składać propozycje. Dziś trzy walczą przed sądem, a uczelnia kolejny rok przygotowuje procedury reagowania na podobne przypadki.

W zasadzie to te procedury są już gotowe. Mówią o tym, jak na uniwersytecie powinno się postępować w przypadku zgłoszenia molestowania seksualnego, a także jak zapobiegać takim sytuacjom. - Procedury opracowała specjalna komisja, powołana przez rektora latem 2019 roku. Dokumenty są gotowe, ale przejść muszą jeszcze przez radę rektorską - mówi Ewa Walusiak-Bednarek z zespołu prasowego UMK w Toruniu. I dodaje, że sprawie zaszkodził... koronawirus.

W ciągu ostatnich, pandemicznych miesięcy było tyle pilniejszych spraw, że "to" znów musiało poczekać. Gdy nadejdzie czas, procedury wypracowane przez speckomisję - daj Boże - zaakceptuje rada rektorska. Wtedy w życie wprowadzi je rektor swoim zarządzeniem. Czy ochronią inne kobiety na uczelni, także studentki i doktorantki, przed molestowaniem? Trudno powiedzieć. Proceduralna obstrukcja jest w sprawie jednak ważna. Trzy bibliotekarki walczą bowiem wciąż przed sądem pracy o 150 tysięcy złotych odszkodowania od UMK właśnie, wskazując, że je naraził na krzywdę swą opieszałością w reagowaniu na postępki Edwarda R.

Kim jest Edward R.? Jak miał skrzywdzić bibliotekarki? Cofnijmy się do początku tej historii.

Ręka pod sukienkę, zęby w szyję

Edward R. pracował w bibliotece uczelnianej przy digitalizacji zbiorów. Najprościej rzecz ujmując, papierowe wersje zamieniał na cyfrowe. To mężczyzna po pięćdziesiątce, na pierwszy rzut oka naprawdę niczym się niewyróżniający: średniego wzrostu, bez szczególnej urody czy charyzmy. Z racji zawodowych obowiązków krążył między wieloma działami uniwersyteckiej książnicy. Pracowała w niej w newralgicznym okresie (i nadal pracuje, choć na innym stanowisku) również jego żona.

O tym, co je spotkało w miejscu pracy ze strony Edwarda R., bibliotekarki z Torunia opowiadały już dziennikarzom, prokuraturze, sądowi. Przykłady wydarzeń?

Lipcowa niedziela 2018 roku. W Bibliotece Głównej UMK trwa inwentaryzacja zbiorów. Formalnie Edwarda R. nie powinno być w pracy, ale pojawia się w niej, towarzysząc małżonce. Jedna z bibliotekarek stoi na drabince. On zachodzi ją od tyłu. Wkłada rękę pod sukienkę. Potem chwyta za pierś, a zębami wbija się w szyję.

Urodzinowe spotkanie w pokoju socjalnym, październik 2018 roku. Rozluźniona atmosfera. Mężczyzna przysiada do jednej z bibliotekarek. Jego ręce wędrują po jej rękach, nodze, w kierunku miejsc intymnych. Szeptem składana są niedwuznaczne propozycje.

Więcej? Więcej opowiedziało w sumie osiem pracownic biblioteki, bo tyle kobiet zgłosiło pracodawcy molestowanie przez Edwarda R. Żadna nie skarżyła się na seksualną napaść, tylko zachowania oburzające i upokarzające, ale tak zwane "miękkie" z punktu widzenia karnego choćby. Trudne do zmierzenia, niełatwe do udowodnienia, ale przecież bolesne i mogące skutkować realną krzywdą.

Zmowa zawistnych kobiet?

Edward R. swoją wersję wydarzeń przedstawił już na uczelni, w prokuraturze i - całkiem niedawno - w Sądzie Rejonowym w Toruniu. Mężczyzna kategorycznie zaprzecza wszelkim zarzutom o molestowanie.

Na sali sądowej zapewniał, że jego ręka nigdy nie zawędrowała w kierunku biustu czy pośladka którejś z koleżanek z pracy. Żadnej też nie składał niemoralnych propozycji. W stosunku do żadnej nie przekroczył granic. Cmoknięcie w bibliotece, i owszem, zdarzały się. Towarzyskie. Zwykłe. Przy standardowych okazjach jak np. składanie życzeń.

Generalnie Edward R. przekonuje, że cała ta afera to wynik zmowy zawistnych kobiet - koleżanek z pracy, które pozazdrościły jemu i żonie... pieniędzy. Tak! Chodzi o pozyskany grant związany z digitalizacją zbioru.

- Grant przyznany został w konkursie. A w konkursie, jak wiadomo, jeden wygrywa, a drugi przegrywa. Nie jest żadną tajemnicą, że ta sprawa skonfliktowała bibliotekę. Część ludzi murem stanęła za bibliotekarkami, ale część po stronie pana Edwarda - relacjonuje nam pracownik uczelni.

"Przypłaciły to zdrowiem"

Co działo się dalej? Po skargach bibliotekarek uczelnia powołała speckomisję. Ta badała temat i po miesiącu rekomendowała ówczesnemu rektorowi zwolnienie Edwarda R. z pracy. Ten wybrał inne rozwiązanie. Pracownika wysłała do pracy zdalnej - do domu. Tyle, że stało się to dopiero pod koniec kwietnia 2019 roku. Zatem od momentu skargi kobiet (grudzień 2018) do momentu fizycznego odejścia molestanta z pracy w bibliotece minęły cztery miesiące. Przez ten czas ofiary musiały widywać się z Edwardem R., bać się jego reakcji.

W lutym 2019 roku jedna z pań została nawet słownie zaatakowana przez Edwarda R., który głośno i agresywnie zarzucał jej pomawianie. Atak zakończył się karą nagany dla mężczyzny, od której się zresztą nie odwołał. Dla pracownic biblioteki UMK natomiast koszmar się nie skończył. -Wszystkie przypłaciły to kłopotami ze zdrowiem. Jedna z pań jest na zasiłku rehabilitacyjnym, inna na zwolnieniu, kolejna musiała wyprowadzić się do Poznania, by móc jakoś funkcjonować. Konieczne okazało się dla pokrzywdzonych wsparcie psychologiczne i psychiatryczne - podkreśla adwokat Mariusz Lewandowski, reprezentujący pracownice przed Sądem Pracy w Toruniu.

O co w sądzie toczy się gra? Ponieważ wcześniej badająca sprawę prokuratura nie dopatrzyła się w zachowaniach Edwarda R. molestowania seksualnego w sensie karnym, kobiety wybrały inną drogą dochodzenia sprawiedliwości. Pozwały pracodawcę, czyli uniwersytet, w związku z dyskryminacją w miejscu pracy. Trzy pracownice domagają się łącznie 150 tys. zł odszkodowania. Zarzucają uczelni opieszałość w reagowaniu, brak prewencji, a przez to wszystko - narażenie na krzywdy.

"Przecież cię nie zgwałcił"

Dziś, po 2 latach od pamiętnej, niedzielnej inwentaryzacji zbiorów w bibliotece (lipiec 2018 roku), półtora roku od zgłoszenia molestowania (grudzień 2019 roku) i rok od opracowywania przez uczelniana komisję "stosownych procedur" (start w lipcu 2019 roku) Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Torunia nie ma się czym pochwalić. Jak zaznaczamy na wstępie, procedury reagowania na przypadki molestowania wciąż czekają na wejście w życie.

A pokrzywdzone kobiety? Leczą rany, starają się wrócić do normalnego życia lecz jest to trudne. Zawiodły się nie tylko na pracodawcy, ale - częściowo - także na współpracownikach. „Po tym, co mnie spotkało, słyszałam od koleżanek i kolegów w pracy: pomacał cię i co ci ubyło? Albo: przecież cię nie zgwałcił, po co robisz aferę?” – mówiła reporterom Newsweeka 42-letnia Beata, bibliotekarka.

Zaznaczmy, że wszystkie pracownice otrzymały wsparcie od organizacji kobiecych i równościowych, m.in. od Centrum Praw Kobiet w Gdańsku oraz Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Ich procesowanie się z uczelnią trwa.

Edward R. ostatecznie zwolniony został z pracy. Jego żona natomiast, na własna prośbę, przeniesiona została do innego działu. Stoi po stronie męża; też uważa, że oboje padli ofiarą zawiści.

Problem na uczelniach

W ostatnich latach media informowały o kolejnych zarzutach dotyczących molestowania na uczelniach publicznych w różnych częściach Polski. Zjawisko dotyka zarówno studentów i doktorantów, jak i kadry akademickie. "Przypadki molestowania lub molestowania seksualnego mogą być uznawane za naruszenia praw człowieka, przy czym państwo ma obowiązek zagwarantować ochronę jednostki przed ich łamaniem" - zaznacza Helsińska Fundacja Praw Człowieka w raporcie opublikowanym w lipcu 2019 r.

Z informacji Fundacji wynika, że w latach 2010-2018 doszło do co najmniej 50 studenckich skarg na zachowania, które zostały zakwalifikowane jako potencjalnie dyskryminujące bądź przybierające formę molestowania lub molestowania seksualnego i przekazane do zbadania przez organ, do którego kompetencji rektor włączył reagowanie na takie czyny. Standardowym sposobem reagowania na molestowanie jest stosowanie procedury odpowiedzialności dyscyplinarnej. "Jedynie 14 spośród 931 uczelni wprowadziło organy, do których zadań należy przeciwdziałanie dyskryminacji" - podkreślono w raporcie.

Małgorzata Oberlan

Komentarze

1
Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

niunias

Ojciec – funkcjonariusz UB i strażnik obozu pracy w Mielęcinie, w którym torturowano więźniów. Dwaj bracia – funkcjonariusze więziennictwa. Kolejni – jeden zarejestrowany jako TW wojskowej bezpieki, drugi – funkcjonariusz Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych. Siostra jako licealistka wstąpiła do ORMO – to najbliższa rodzina prof. Andrzeja Tretyna, który sam był w PZPR. Z kolei jego teść pełnił kierownicze funkcje w KW PZPR w Łomży.
Profesor Andrzej Tretyn pochodzi z resortowej rodziny – wynika z dokumentów znajdujących się w Instytucie Pamięci Narodowej. Jego ojciec Edward Tretyn był funkcjonariuszem Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego – pracował jako strażnik w Służbie Więziennej. Był także członkiem komunistycznej Polskiej Partii Robotniczej, która podlegała Moskwie. „Politycznie pewny, do nacjonalizmu wrogi, ustosunkowany dobrze” – czytamy w dokumentach IPN w jego ocenie politycznej.
Wuj obecnego rektora UMK w Toruniu, Stanisław Tretyn (rocznik 1935), podobnie jak brat (czyli ojciec prof. Tretyna), pracował w Służbie Więziennej jako naczelnik Zakładu Karnego we Włocławku. Od 1956 roku działał także w PZPR – był zastępcą przewodniczącego gminnej Rady Narodowej we Włocławku i słuchaczem Wieczorowego Uniwersytetu Marksizmu-Leninizmu. W październiku 1977 roku został sekretarzem ds. propagandy w Komitecie Wojewódzkim PZPR we Włocławku.
Z więziennictwem w czasach PRL byli też związani dwaj bracia prof. Tretyna. Ryszard (rocznik 1947) był zastępcą dyrektora w gospodarstwie pomocniczym przy Zakładzie Karnym we Włocławku, a Zbigniew Tretyn (rocznik 1953) pracował w Służbie Więziennej.
Z resortem był też związany inny brat – Leszek Tretyn, który podobnie jak inni członkowie rodziny Tretynów należał do PZPR. Był funkcjonariuszem Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych we Włocławku.
Kolejny brat – Stanisław Tretyn (rocznik 1944), absolwent wydziału fizyki UMK w Toruniu, był zastępcą dyrektora w Przedsiębiorstwie Zagranicznym w Polsce „Wille”, które w latach 70. rozpoczęło działalność we Włocławku. W 1984 roku, gdy był pracownikiem włocławskiego „Drumetu”, został zarejestrowany przez Wojskową Służbę Wewnętrzną w Toruniu jako TW o pseudonimie Magda. W aktach znajdujących się w IPN widnieje zobowiązanie własnoręcznie napisane i podpisane przez Stanisława Tretyna. Jak czytamy w dokumentach IPN, TW „Magda” przekazywał wiarygodne informacje, miał bardzo pozytywny stosunek do organów KW WSW; wykazywał też inicjatywę i pomysłowość.
Jedyna siostra obecnego rektora UMK w Toruniu – Elżbieta Tretyn (rocznik 1957) – jako młoda dziewczyna zapisała się do ORMO, czyli Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej. Była wówczas uczennicą liceum i członkiem ZSMP, a wstąpiła do ORMO, ponieważ chciała się przyczynić do „ładu i porządku w Ojczyźnie”.
Z systemem komunistycznym był także związany teść prof. Tretyna – Julian Mosiejko, członek PZPR, który pełnił kierownicze funkcje w Komitecie Wojewódzkim PZPR w Łomży. Wielokrotnie odznaczany należał do najbardziej zaufanych towarzyszy, o czym świadczą m.in. jego delegacje do Moskwy. W 1969 roku Julian Mosiejko wstąpił do ORMO.
„Uprzejmie proszę o przyjęcie mnie w poczet członków Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej, gdyż wspólnie z innymi towarzyszami chciałbym uczestniczyć w sprawowaniu porządku i ładu publicznego” – tak teść prof. Tretyna motywował swój akces przystąpienia do przybudówki resortu siłowego PRL-u.

plus.gazetalubuska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.