Przecież to nasza ziemia, nasze plony, które trzeba zbierać

Czytaj dalej
Fot. archiwum Eugeniusza Niparko
(red.)

Przecież to nasza ziemia, nasze plony, które trzeba zbierać

(red.)

Zwykle kresowe opowieści kończą się na 1945 roku. Dla Czesława Skarżyńskiego wspomnienia z jego Wileńszczyzny obejmują znacznie dłuższy czas...

"Przeczytałem kilkanaście artykułów, wspomnień mieszkańców Kresów. Postanowiłem i ja opisać moje wspomnienia. Pochodzę z rodu Skarżyńskich, herbu nie pamiętam. Świat ujrzałem 19 lutego 1942 roku we wsi Piktokańce Nowe. Rodzina mojego ojca miała kolonię Borsuczynę. Matka pochodziła z Piktokańców Nowych i tam mnie powiła. Kolonię założył w latach 1860 - 1870 mój pradziadek Jan Skarżyński. Borsuczyna należała do gminy Rudomino, powiat Wilno.

Pradziadek Jan pochodził z osady Porudomino. Jak wspomniałem w latach 60. XIX wieku wykupił nieużytki, las i założył gospodarstwo. Zanim to nastąpiło trzeba było wykarczować zarośla i tak powstały łąki, pola uprawne i miejsce na zabudowę. Ponieważ w trakcie karczowania natrafiono na kilka nor borsuczych przyjęto nazwę - folwark Borsuczyna. Wszystko w porozumieniu z geodetą powiatowym w Wilnie.

Pradziadek miał trzech synów - Feliksa, Konstantego i Adolfa. Adolfa wykształcił na kowala. Kupił mu parcelę w Wilnie, na Lipówce, gdzie pomógł postawić mu dom i wybudować kuźnię. Gospodarstwo w Borsuczynie przekazał pozostałym dwóm synom. Nadmienić trzeba, że Borsuczyna sąsiadowała z wsiami Miguny, Czernica, Rakańce, Wołkowszczyzna i Kozłowa Góra. Połowę graniczącą z Wołkowszczyzną otrzymał syn Feliks, drugą połowę otrzymał mój dziadek Konstanty. Dziadek był dość obrotnym człowiekiem, ukończył szkołę maszynistów i pracował na kolei w Wilnie. Wówczas te ziemie były pod zaborem rosyjskim. Przed wybuchem I wojny światowej dziadek dostał propozycję ewakuacji wraz z rodziną do Moskwy, ale z niej nie skorzystał. Sam pracował z dala od domu tylko z rzadka go odwiedzając, co skutkowało solidnym powiększeniem rodziny. Mój ojciec był najstarszym z dziewięciorga rodzeństwa. Urodził się w 1913 roku. Mój stryj Adolf zabrał ojca do terminu i wyuczył kowalstwa. W latach późniejszych mój ojciec Edward był wziętym kowalem na okolicę. Przed wybuchem II wojny światowej wybudował kuźnię w Borsuczynie, Feliks po odziedziczeniu połowy gospodarstwa wybudował na swojej części gospodarstwo. Była to stodoła z chlewem i budynek mieszkalny - lepiankę z gliny i gałęzi krytą strzechą. W połowie lat 30. minionego wieku obok pobudował drewniany dom-dworek, kryty gontem.

Przed wybuchem II wojny światowej mój ojciec Edward został zmobilizowany i służył w wojsku w Nowej Wilejce. Brał udział w Kampanii Wrześniowej i po klęsce dostał się do niewoli rosyjskiej. Został wypuszczony na wolność w końcu 1940 roku. W 1941 roku ożenił się z moją matką, która miała 16 lat.

Po zakończeniu wojny wróciliśmy pod ponowny zabór, tym razem bolszewicki. Niektórzy dobrze sytuowani szybko wyjechali na zachód. Piękne dworki zostały opuszczone przez rodziny Więckowiczów, Kiersnowskich, Urbanowiczów. Nowa władza natychmiast zasiedliła je rosyjskimi rodzinami, byli to jacyś urzędnicy i wysłużeni-zasłużeni wojskowi. Zaczęła się repatriacja Polaków do Polski. Można było otrzymać kartę repatriacyjną i wyjechać do Polski. Rodzina Feliksa Skarżyńskiego wyjechała w czerwcu 1945 roku. Moja rodzina również otrzymała kartę do Siedlec pod Warszawą. Ale- i tu jest sedno sprawy - rodzina Feliksa wyjechała, ale zostały nowe zabudowania, dwa owocowe sady, pola obsiane gryką, żytem, dwa stawy - co prawda tylko z karasiami, traszkami i żabami. Jak to zostawić? Rodzice podjęli decyzję - nie wyjeżdżamy. Przecież to nasza ziemia, nasze plony, które trzeba zbierać. Tak myśleli wszyscy Polacy, którzy nie wyjechali, prawie wszyscy. Wyjechało tylko około 0,5 proc.

Żniwa na Kresach.
archiwum Eugeniusza Niparko Żniwa na Kresach.

Ale od wschodu zbliżała się najgroźniejsza burza naszego życia. Nazwa tej burzy - sowiecki bolszewizm. Zaczęła się kolektywizacja, upaństwawianie opuszczonych gospodarstw. W błyskawicznym tempie zaczęto zakładać kołchozy. Nasz kołchoz nosił nazwę "Awangard". To miało być dobrowolne wstąpienie do kołchozu, ale nie było innego wyjścia. Kto się nie zapisał to i tak miał ziemię zabraną, a jak lepiej był sytuowany to był nazywany "kułakiem" z przezwiskiem "odinolicznik". Ta rodzina, która należała do kołchozu dostawała 60 arów ziemi, a ta, co się nie zapisała, dostawała 15 arów. Można sobie wyobrazić jak trzeba było żyć. Plonów nikt nie zebrał, bo już wszystko należało do kołchozu. Zaczęły się wywózki na Sybir. Przyjeżdżali w nocy. (...). I jeszcze nikt nie mógł pomóc wywożonym, czy to rodzina, czy najbliżsi sąsiedzi. Uzbrojeni milicjanci nikogo nie dopuszczali. Grozili zastrzeleniem.(...)

Dla nas Polaków rozpoczęła się wegetacja, myślenie jak przeżyć i wykarmić rodzinę. Moja rodzina przeniosła się do zabudowań po Feliksie Skarżyńskim, a konkretnie po jego synu Józefie. Ale zamieszkaliśmy w lepiance, bo dworek władza przeznaczyła na szkołę. Była to szkoła czteroklasowa z jedną salą. Nazywała się "naczalnaja szkoła w Bosuczinie". Przywieźli 12 ławek, tablicę, mapę, stół, krzesło dla Pani i cztery portrety: Marksa, Engelsa, Lenina i Stalina. Pierwszą nauczycielką i kierowniczką szkoły została Maria Aidukoniawicz. Mieszkała we wsi Mariampol, było to sześć kilometrów od Borsuczyny i władza pozwoliła jej zamieszkać przy szkole, gdzie otrzymała osobny pokój. W tej szkole uczyły się cztery klasy na raz. Chodziły do niej dzieci z okolicznych wsi. Szkoła siedmioklasowa była w Rakańcach, ale były to trzy klasy: piąta, szósta i siódma. Do naszej szkoły chodziły dzieci w różnym wieku - prawie dorosłe i maluchy siedmioletnie.

Pierwsze dwa lata dla pierwszaków podstawowym językiem był litewski, po dwóch latach rosyjski. Po tym roku, w 1949, nastąpił przełom i językiem podstawowym został polski. Zaczynało się naukę polskiego od elementarza pani Siemaszkowej. Uczyliśmy się polskiej gramatyki, a równolegle, na tej samej zasadzie, uczono nas języka rosyjskiego. (...). Ale podstawowym językiem dla nas, Polaków, był polski, litewskiego nikt nie chciał się uczyć. (...) Pani Aidukoniawicz zatrudniła moją mamę jako sprzątaczkę. Po lekcjach trzeba było posprzątać, a rano napalić w piecu, żeby dzieci już miały ciepło. Do mycia rąk służył umywalnik z podnoszonym zaworem, a w zimie... śnieg. Ubikacja nasza na owe czasy była nowoczesna. Składała się z dwóch pomieszczeń z drzwiami, podłogą betonową. Na wsi to było niespotykane..."

(red.)

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetalubuska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.