Paweł Tracz

„Saper” przetarł szlak

Migoś (pierwszy z prawej) rozpoczął żużlową karierę w 1956 r. Uprawiał także boks i motocross Fot. Fot. Archiwum Stali Gorzów Migoś (pierwszy z prawej) rozpoczął żużlową karierę w 1956 r. Uprawiał także boks i motocross
Paweł Tracz

Żużel. - Diabli nadali ten finał... - irytował się Edmund Migoś przed pierwszym biegiem, ale nie zawiódł oczekiwań. Wiedział, że fani pragną jego złota, on też o nim marzył.

Medale Stali Gorzów można podzielić na kilka kategorii: seniorów i młodzieżowe, krajowe i zdobyte na arenie międzynarodowej, a także drużynowe, w parach i indywidualne. Każdy miał wyjątkową wagę, choć z reguły najlepiej smakował pierwszy w danych rozgrywkach. Tak było w 1969 roku, gdy nasi w końcu zwyciężyli w ekstraklasie, przełamując tym samym siedmioletnią (!) dominację klubu z Rybnika.

- Miałem łzy w oczach, gdy cały stadion szalał ze szczęścia - wpominał Migoś po latach

Tor atutem, ale ta presja...

Dodatkową nagrodą za drużynowe mistrzostwo kraju była organizacja w następnym sezonie przez nasz klub finału Indywidualnych Mistrzostw Polski. Podobnie jak liga, tak i te rozgrywki były w latach 60. zdominowane przez rybniczan. Dość powiedzieć, że w siedmiu finałach, rozegranych od 1963 do 1969 r. aż pięć zakończyło się zwycięstwem miejscowego zawodnika. Własny, doskonale znany tor był ogromnym atutem, choć presja działaczy Górnika (ROW-u) i kibiców związana ze startem u siebie mogła paraliżować nawet najlepszych.

Podobne oczekiwania były związane z finałem w Gorzowie, w którym 27 września 1970 r. wystąpiła m.in. dwójka żużlowców Stali. Stadion przy ul. Śląskiej wypełnił się tego dnia po brzegi. Według niektórych źródeł na trybunach zasiadło aż 20 tys. widzów, którzy głęboko wierzyli, że złoty medal zdobędzie Edmund Migoś, jeden z liderów i ulubieńców miejscowych fanów.

Tak się akurat złożyło, że kilka miesięcy po wygraniu ligi żółto-niebieskich dopadła plaga kontuzji. Andrzej Pogorzelski, Edward Jancarz, Jerzy Padewski... Każdy z nich mógł stanąć na najwyższym stopniu podium. Jak pech, to pech, dlatego do finału IMP w Gorzowie dojechało zaledwie dwóch stalowców: oprócz wspomnianego 33-letniego doświadczonego „Mundka”, młodszy o 10 lat Ryszard Dziatkowiak. Faworytem gorzowian był ten pierwszy, od wielu lat idol miejscowych kibiców, stąd powszechna opinia, że zwycięży przy ul. Śląskiej. Presja była ogromna.

Nie wypadli spod ogona

- Rysiek ma talent, ale jest jeszcze zbyt młody i nie ma takiego doświadczenia, by sprostać rutyniarzom z innych klubów - Migoś bił się z myślami, bo doskonale wiedział, że ten tłum kibiców przyszedł specjalnie dla niego. - Diabli nadali ten finał... Myślą, że Woryna z Wyglendą sroce spod ogona wypadli. W dodatku pamiętają przecież, że dwa lata temu w Rybniku, w „jaskini lwa”, zdobyłem wicemistrzostwo. Szlag by to trafił...

Z uszu i nosa leciała krew... Z pozoru niegroźny upadek na treningu przerwał karierę lidera Stali

„Saper”, bo tak nazywali go koledzy w klubie i sympatycy żużla, doskonale wiedział, że czeka go zacięta walka z rywalami. Na liście startowej roiło się bowiem od znakomitych nazwisk: wspomniani Antoni Woryna, Andrzej Wyglenda i Jerzy Gryt z Rybnika, Jerzy Trzeszkowski, Piotr Bruzda (obaj Sparta Wrocław), bydgoszczanin Henryk Gluecklich, czy też Jan Mucha i Paweł Waloszek (obaj Śląsk Świętochłowice). Faworytami byli rybniczanie, ale gorzowianie wierzyli w swojego zawodnika.

Już I bieg rozbudził apetyty, bo niedoceniany Dziatkowiak był drugi (ostatecznie zajął odległe, 15. miejsce). Wszyscy czekali jednak na IV wyścig i Migosia. Publiczność oglądała go na stojąco. „Mundek” odniósł efektowne zwycięstwo, pewnie pokonując Gryta, zielonogórzanina Zbigniewa Marcinkowskiego i Jana Tkocza z Wybrzeża Gdańsk. Kolejne dwa także rozstrzygnął na swoją korzyść. Po trzeciej serii jako jedyny miał komplet dziewięciu punktów i aż dwa przewagi nad najgroźniejszym rywalem. Złoto było na wyciągnięcie ręki, tym bardziej, że w XVI biegu dorzucił w doborowym towarzystwie do dorbku jeszcze dwa „oczka”. Czasu na analizę nie było wcale, bo już w XVII gonitwie „Saper” stanął pod taśmą ostatni raz. Przy ogłuszającym dopingu pokonał trójkę rywali i zdobył upragniony tytuł mistrza Polski. Kibice padli sobie w ramiona, a nad stadionem i miastem rozległo się chóralne „Sto lat!”. Ulubiony zawodnik ze Stali został pierwszym w historii mistrzem z Gorzowa.

- Wiedziałem, że kibice pragną mojego zwycięstwa, ja też o tym marzyłem. Jeździło mi się bardzo dobrze. Klasa rywali była najlepszym dopingiem. Przed ostatnim moim biegiem Janek Malinowski i inni działacze oraz żużlowcy już mi gratulowali. Mówiłem „Poczekajcie, mam jeszcze jeden wyścig”. Do końca byłem przezorny, ale wygrałem i potem mogłem sobie pozwolić na radość. Miałem łzy w oczach, gdy cały stadion szalał ze szczęścia - wspominał pan Edmund po latach.

Ratował siebie i kolegę

W tym samym sezonie Migoś zajął też 14. miejsce w finale IMŚ we Wrocławiu, gdzie zdobył cztery punkty. Jego sukcesy zostały docenione przez Czytelników „Gazety Lubuskiej”, którzy wybrali go najlepszym sportowcem województwa. Zawodnik zapowiadał powtórzenie sukcesu, ale jego trwająca od 1956 roku kariera nagle została przerwana. W kwietniu 1971 r. „Mundek” doznał kontuzji na treningu, która wykluczyła go z uprawiania ukochanej dyscypliny.

- Migoś jechał razem z 18-letnim wtedy Zenkiem Plechem. Obaj wpadli w koleiny, podniosło im motocykle. Ten drugi uderzył w bandę z ogromną siłą, „Mundka” tylko lekko obróciło po odbiciu od siatki. Siłą rzeczy najpierw pobiegliśmy do Zenka, któremu jednak nic się nie stało. Znacznie gorzej wyszedł na tym Migoś... - mówił przed laty nieżyjący już Jerzy Padewski, kolega ze Stali.

Okazało się, że podczas niegroźnego upadku karter silnika uderzył mistrza w głowę, tuż obok oka. Z uszu i nosa poleciała krew, Migoś przez kilka dni leżał nieprzytomny w szpitalu. Potem była kilkumiesięczna rehabilitacja, ale do pełnej sprawności i - co zrozumiałe - na tor już nigdy nie powrócił. Częściowo sparaliżowany nie obraził się jednak na żużel: najpierw zajął się szkoleniem młodzieży (m.in. odkrył talent Jancarza), a potem aż do śmierci odwiedzał stadion, gdzie kibicował Stali. Zmarł 3 września 2006 r. jako jedna z ikon gorzowskiego klubu, medalista mistrzostw Polski i świata.

W tym roku władze naszego klubu chcą postawić mu pomnik. Do zbiórki pieniędzy może włączyć się każdy chętny. Wystarczy wpłacić dowolną kwotę na konto: 19 1140 1443 0000 2472 4800 1003, koniecznie z dopiskiem „Budowa pomnika - E. Migoś”.

Paweł Tracz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.