Sierpień 1980. Wówczas Polacy powiedzieli „dość”

Czytaj dalej
Dariusz Chajewski

Sierpień 1980. Wówczas Polacy powiedzieli „dość”

Dariusz Chajewski

To nie był przypadek, że wszystko rozpoczęło się od wyrzucenia z pracy Anny Walentynowicz z pracy. Jak oceniają historycy, organizatorzy strajków doskonale wyczuli ten moment. Traktowanie człowieka jak przedmiotu, którym władza może dowolnie sterować, oburzy robotników i staną oni w obronie poniewieranego człowieka, bo wiedzą, że w każdym momencie tym zwolnionym i szykanowanym może zostać ktoś z nich.

Sierpień. W tym miesiącu pod polskimi pomnikami pojawia się wyjątkowo wiele wiązanek, pocztów sztandarowych, polityków z mikrofonami. Jedna rocznica goni drugą. Jednak Sierpień 1980 roku najpełniej funkcjonuje w świadomości. Nie, nie zbiorowej, w pamięci Polaków.

- Dla mnie rok 1980 od porozumień sierpniowych był jak haust czystego powietrza. Nagle zaczęło się coś dziać. Pamiętam strach znajomych stacjonujących w Polsce oficerów Armii Radzieckiej, którzy nie wiedzieli, co będzie dalej. Ludzie stawali się coraz odważniejsi, a w mediach było coraz więcej prawdy. Nie ludowej, nie konsomolskiej. To wszystko uciął stan wojenny, ale nie chciałem już żyć inaczej, w 1981 roku założyłem na naszym terenie pierwsze koło Solidarności RI, największe w naszymi regionie. Liczyło aż 76 członków - mówi Krzysztof Burzyński, dawny działacz Solidarności Rolników Indywidualnych ze wsi Długie koło Szprotawy.

Czas zmian

Sierpień 1980 roku doskonale pamięta Ireneusz Grzegolec, gorzowianin, który był wówczas studentem zielonogórskiej Wyższej Szkoły Inżynierskiej. To właśnie jemu zawdzięczamy dziś zdjęcia z okresu walki gorzowian o swoje prawa.

- Część z postulatów sierpniowych udało się zrealizować. Mamy wolność słowa, nie ma już pracujących sobót, jest też swoboda podróżowania. Wielu jednak nie zrealizowano i już się ich nie zrealizuje. Mamy już zupełnie inne czasy - mówi I. Grzegolec.

Dziś już nikt nie walczy bowiem o obniżenie wieku emerytalnego do 50 lat dla kobiet i 55 lat dla mężczyzn (bo średnia długość życia się podnosi). W dzisiejszych czasach nieaktualny jest też m.in. postulat skrócenia czasu oczekiwania na mieszkanie.

Grzegolec, choć przyznaje, że w kraju żyje się lepiej niż 40 lat temu, nie jest jednak do końca zadowolony. Mówi trochę jak Lech Wałęsa: - Nie o taką Polskę walczyła Solidarność. Dziś pojawiło się LGBT, które w tamtym okresie w Polsce było niezauważalne, a obecnie rości sobie coraz większe nieuprawnione prawa i przywileje dla siebie, na które nie ma mojej zgody. Platforma Obywatelska jako formacja polityczna dla mnie jest niewiarygodna i nie powinna powoływać się na Solidarność z 1980 roku. Dlatego jestem zdegustowany tym, że są próby stworzenia „nowej Solidarności”, którą chce powołać Rafał Trzaskowski - dodaje Grzegolec.

- Nigdy nie mogłem się pogodzić ze zniszczeniem PGR-ów i degradacją wsi - mówi Krzysztof Burzyński. - To pokutuje do dzisiaj. Wielkim plusem transformacji jest nasza otwartość na świat i Europę. Niestety, od kiedy rządzi prawica, mam wrażenie, że wracamy do PRL.

O wszystkim decyduje sekretarz partii - w naszym przypadku prezes - nie prezydent, nie premier. I to dążenie do centralizacji wszystkiego, co się da. Z tym trzeba walczyć, trzeba się sprzeciwiać, co robię, na tyle, na ile mi pozwala zdrowie.

Ludzie mają lepiej

- Co się zmieniło przez te 40 lat?

Na pewno ludzie mają lepiej. W tamtych czasach dużo czasu spędzali w pracy, z której niewiele mieli. Natomiast w ostatnich latach też dużo pracują, ale przynajmniej coś z tego mają. Z każdym rokiem jest coraz lepiej.

Jeszcze osiem lat temu Polacy pracowali nawet za 3-5 zł na godzinę. Teraz minimalna stawka jest kilka razy wyższa i wynosi 17 zł - mówi Jarosław Porwich, były poseł, który zanim w 2015 r. dostał się do Sejmu, był przewodniczącym gorzowskiej Solidarności.

Gdy podpisywano porozumienia sierpniowe, był ledwie 14-latkiem. Obserwował jednak to, co się działo w kraju, w Gorzowie, na ulicy.

- Pamiętam, jak ludzie się gromadzili w centrum, rozdawali sobie nawzajem ulotki. Spędzali dużo czasu na spotkaniach ze sobą - wspomina gorzowianin. - Na zakładach mechanicznych Ursus wisiało w tamtych czasach hasło „W jedności siła”. I muszę przyznać, że to jedyne hasło komunistów, pod którym się podpisuję. Także dzisiaj. Polacy pokazali, że będąc razem, mogą sporo zdziałać.

Czas wielkiego entuzjazmu

- Z Solidarnością jestem od samego początku - mówi Maciej Jankowski, pełniący w przeszłości funkcję posła, burmistrza Kożuchowa, przez 26 lat także szefa zielonogórskiej Solidarności. - Jak wspominam wydarzenia sierpniowe? Wtedy to była wielka radość, że wreszcie można organizować niezależne od władzy, od zakładów, organizacje związkowe. To pozwoliło rozrosnąć się Solidarności do prawie 9-milionowego ruchu.

Jak podkreśla Jankowski, tamten Sierpień 1980 roku to czas wielkiego entuzjazmu, zapału i nadziei, że coś się wreszcie zmieni.

- Trwało to, niestety, tylko kilkanaście miesięcy, bo 13 grudnia 1981 roku przekreślił te nadzieje - dodaje. - Oczywiście w 1989 roku, w czasie pierwszych wolnych wyborów też było wielkie zaangażowanie. Człowiek nie patrzył na nic, brał pędzel, kupował klej. Powielał plakaty i zawieszał je, rozdawał ulotki. Była radość z tego zwycięstwa w wyborach. Wtedy z powrotem zaczęły się odbudowywać struktury związkowe, ale nie było już tak, że w zakładzie pracy działał jeden związek zawodowy, bo był już tam także związek założony przez władzę. Natomiast niektóre działania i punkty porozumień sierpniowych były realizowane. Co prawda o inne musieliśmy walczyć przez kolejne lata. Mowa tu o wolnych niedzielach, o kwestii finansowania związków, o ich działaniu w różnych strukturach.

Maciej Jankowski przyznaje, że po 1989 roku w Polsce sytuacja była bardzo trudna, jeśli chodzi o prawa pracownicze.

- Zaczęły upadać zakłady pracy, nie było kontroli, część zakładów celowo likwidowano - mówi. - W naszym regionie były miasta, które opierały się na zakładach pracy. I nagle urwało się zapotrzebowanie na produkty przez nie wytwarzane.

Nowa Sól, Żagań, Szprotawa z dnia na dzień prawie że „popadały”. Nagle kilkuset czy kilka tysięcy ludzi straciło pracę. To samo dotyczyło PGR-ów. Pojawiło się zjawisko, którego nikt sobie nie wyobrażał, czyli bezrobocie.

Działaczom Solidarności trudno było się z tym pogodzić.

- Jako działacze związkowi w zasadzie nie byliśmy w stanie pomóc tym, których zakłady pracy z dnia na dzień przestały funkcjonować - przyznaje M. Jankowski. - Ludzie nie otrzymywali wypłat, odpraw. Mieliśmy bardzo wysoką stopę bezrobocia. Przeszliśmy drogę od karnawału radości do trudnej prozy życia. Spotykam się po latach z ludźmi. Przez tyle lat brałem ich problemy na siebie.

A zdarzało się, że słyszałem od nich: „no i cóż ta nasza Solidarność nam pomogła?”. Nie było takich sytuacji, gdzie związek zawodowy mógł zawierać porozumienia, które by gwarantowały przynajmniej minimum socjalne tym, którzy są w trudnej sytuacji.

Dzisiaj, od kilku lat, takie porozumienia są zawierane. Są wydawane duże pieniądze na pomoc socjalną. Kiedyś tak nie było... Dziś, po tych 40 latach wielu moich kolegów, ale ja również uważam, że Solidarność jest jedna. A wartości, które były u podstaw powstawania Solidarności, zostały wpisane w jej preambułę, obowiązują wszystkich działaczy. Gdzie podziali się ludzie, dla których wartością była społeczna nauka Kościoła? Każdy działacz powinien ten statut szanować, przestrzegać i wtedy być może nie byłoby takich sytuacji, podziałów, obrazów, jakie dziś możemy zobaczyć w mediach.

Grzegorza Malickiego spotykamy pod zielonogórskimi „chłopkami”, czyli pomnikiem Robotników Solidarności.

- Wie pan, wtedy mieszkałem na Wybrzeżu - wspomina. - Młody byłem, ale wiele już rozumiałem. Ale teraz nie rozumiem. Czy ta władza ma prawo powoływać się na Solidarność? Dorwali się do władzy, patrzą tylko za pieniądzem i kierują się tym, co mówi Kościół i skrajna prawica. A szary człowiek?

Rozmowie przez chwilę przysłuchiwała się Wanda Klinda.

- Oj, nie ma solidarności - mówi. - Władza teraz, trochę jak ta stara wybiera sobie grupy, które wspiera. Jestem na emeryturze, ale muszę pracować. Małych dzieci nie mam i już ich mieć nie będę. To dla mnie nie ma żadnych tych prezentów spod znaku „500”.

Gorzów, dwa lata później

31 sierpnia 1982 r., w drugą rocznicę podpisania porozumień sierpniowych, w Gorzowie odbywała się największa w historii ziemi lubuskiej demonstracja polityczna. Na plac przy katedrze przyszło co najmniej 5 tys. osób. Doszło do starć z władzą. Ireneusz Grzegolec to, co dziś nazywa się Wydarzeniami Gorzowskimi, uwieczniał na zdjęciach. Robił je z okna swojego domu przy ul. Wodnej, kilkadziesiąt metrów od katedry.

- Milicja i ZOMO przemieściła demonstrantów w kierunku ówczesnego kina Słońce [około 300 metrów od katedry - dop. red.]. Szpaler milicjantów wraz z wozami spychał ludzi w tamtym kierunku. Używali przy tym gazu łzawiącego. Były momenty, że tak było zadymione, iż nawet demonstrantów nie było widać - wspomina Grzegolec.

Z biegiem lat obchody rocznic Wydarzeń Gorzowskich są coraz bardziej uroczyste. W najbliższy poniedziałek (31 sierpnia) odbędą się one na Starym Rynku. Pomiędzy 16.00 a 16.30 nad miastem przelecą samoloty wojskowe, o 16.30 odprawiona zostanie msza polowa, a po niej, o 17.40, rozpocznie się uroczysty apel z ceremoniałem wojskowym i złożenie kwiatów pod Białym Krzyżem Solidarności i pomnikiem ks. Witolda Andrzejewskiego, legendarnego kapelana Solidarności.

40 lat temu wybuchł strajk w stoczni

Tego dnia demonstranci wyszli na ulice Gorzowa

Dariusz Chajewski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetalubuska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.