Spacer po tej nekropoli jest jak wertowanie księgi. Z której możemy nauczyć się, jak żyć

Czytaj dalej
Fot. Fot. Mariusz Kapala / Gazeta Lubuska
Dariusz Chajewski

Spacer po tej nekropoli jest jak wertowanie księgi. Z której możemy nauczyć się, jak żyć

Dariusz Chajewski

„Lector ut vivas disce mori”, czyli „Czytelniku śmierć uczy życia”. To cytat z XVII-wiecznego epitafium burmistrza Mikołaja Chwałkowskiego, który znajduje się na niezwykłym cmentarzu we Wschowie...

Marta Małkus, dyrektor wschowskiego muzeum, na cmentarzu spędza całe dnie. I tak do końca nie potrafi odpowiedzieć na pytanie: dlaczego.

– Podobno jako mała dziewczynka, podczas wycieczek, lubiłam się oddalić od grupy wspomina. – Moja mama wiedziała, gdzie mnie wtedy szukać... Na starym cmentarzu lub przy kościele. Gdy w 2005 zaczęłam pracę w Muzeum Ziemi Wschowskiej, moim miejscem pracy stało się lapidarium rzeźby nagrobnej, a biuro znajdowało się w dawnej kostnicy. I to musiało się stać. Zaprzyjaźnienia się z dawnymi wschowianami i mam nadzieję, że więcej o nich wiem, zrozumiałam zasady ich wiary, życia. Później przeglądałam stare księgi emblematyczne, w poszukiwaniu znaczenia wykutych symboli, tłumaczyłam słowa. Wszystko po to, żeby zrozumieć umarłych. Tylko że w tych poszukiwaniach odnalazłam o wiele więcej niż się spodziewałam. Czytając wybrane fragmenty Biblii oraz sentencje, zrozumiałam, że świadomość swojej kruchości, śmiertelność ma motywować do dobrego, szlachetnego życia, do radości życia. To wartość przebywania na tej nekropoli.

„Non quam diu sed quam bene vivas. Non enim est bonum vivere sed bene vivere”, czyli „Nie jak długo, lecz jak dobrze żyjesz, bowiem nie jest dobrem życie, lecz dobre życie”. To cytat z epitafium Mikołaja Chwałkowskiego juniora, syna znanego nam już burmistrza (zm. 1666).

W poszukiwaniu perły

Spacer po cmentarzu zazwyczaj wycisza. Mimo że Marta Małkus przekonuje nas, że protestanckie cmentarze przesiąknięte są duchem radosnego oczekiwania, tej radości nie czujemy. Wschowa to zresztą dziwne miasto, na styku kultur, jedno z naszych miast, które było polskie tak długo, jak tylko mogło.

– Pierwsze 25 lat wieku XVIII było czasem wielkich niepokojów – tłumaczy M. Małkus. – Chociażby za sprawą epidemii także tej czarnej śmierci. We Wschowie bardziej eksponowane są te nowożytne, przede wszystkim dzięki działalności dwóch duchownych – Waleriusza Herbergera i Samuela Friedriecha Lauterbacha, którzy starali się nieść w tych trudnych chwilach pomoc i pociechę, często ostatnią. Ten drugi opisał w „Małej wschowskiej kronice zarazy” przebieg epidemii w 1709 roku, która pochłonęła ponad dwa tysiące ofiar, dwie trzecie ludności ówczesnej Wschowy.

Historycy przekonują, że staromiejski cmentarz ewangelicki jest wyjątkowy. Nie tylko dlatego, że jest jednym z najwcześniejszych w Europie przykładów zerwania ze średniowieczną tradycją grzebania zmarłych w bezpośrednim sąsiedztwie kościoła.

– W średniowieczu zmarłych chowano w pobliżu świątyni i znajdujących się w niej relikwii – dodaje dyrektor Małkus. – We Wschowie, u progu wieku XVII, musieli szybko zorganizować zbór, zatem klasyczne posadowienie nekropoli w centrum miasta nie było możliwe. Stąd decyzja o wyprowadzeniu jej na Przedmieście Polskie.

„Już się to żegnam z tobą, świecie niestateczny; wstąpię chętnie do grobu wierząc w żywot wieczny...”

Organizując cmentarz, wzorowano się na wykształconym we Włoszech modelu Campo Santo – Świętego Pola. Był to prostokątny, porośnięty zielenią teren ujęty architektonicznym obramowaniem w formie otwartych do wnętrza arkad. Zmarłych chowano na polu cmentarnym, natomiast tablice epitafijne były z reguły umieszczane na murze otaczającym nekropolię. Tych piaskowcowych, bogato rzeźbionych, z których wiele stanowi odrębny metafizyczny traktat. W sumie znajduje się tutaj około siedmiuset płyt nagrobnych z XVII, XVIII i XIX w.

Niepotrzebni świadkowie

– W rzeczywistości tych zabytków mamy więcej, ale pozostałe znajdują się w kryptach – dodaje muzealnik Dariusz Czwojrak. – To efekt reformy, którą prowadzono pod koniec lat 70. minionego wieku, gdy zorganizowano dwa lapidaria w Kożu¬chowie i Wschowie, decydując o zachowaniu tylko nagrobków, które powstały do roku 1815. Nowsze zniszczono. Osoba odpowiedzialna za te porządki we Wschowie ocaliła jednak również te młodsze, umieszczając je właśnie w kryptach.

„Mała wschowska kronika zarazy albo Krótkie streszczenie wszystkiego tego, co się podczas trwania epidemii począwszy od Roku Pańskiego 1709, dnia 8 czerwca, do roku Pańskiego 1710, dnia 8 lutego, w tej miejscowości zdarzyło, na podstawie własnej obserwacji wiernie opisane przez Samuela Fryderyka Lauterbacha, kaznodzieję przy kościele pw. Źłóbka Chrystusowego” to dzieło na swój sposób wstrząsające. Z jednej strony to rzeczywiście kronika zarazy, a pastor Lauterbach podaje informacje o ofiarach, ich profesje, wiek. Są także fragmenty opisujące życie odizolowanego od reszty świata miasta. Jest tam także miejsce na zabobony, zgodnie z którymi należy wbić osikowy kołek w ciało pierwszej ofiary choroby, na ludzką niegodziwość, jak chociażby chciwość grabarzy czy odruchy szlachetności i zwykłej ludzkiej solidarności.

„Już się to żegnam z tobą, świecie niestateczny; wstąpię chętnie do grobu, wierząc w żywot wieczny. W niebie miłe mieszkanie, tam mię chęć zabiera, w niem nagrodę dostanie, kto w Panu umiera...”. Znany nam już Lauterbach nie był pierwszy. Sam zresztą przyznawał, że miał mistrza. Był nim autor powyższych słów - Walery Herberger, wybitny pastor i pisarz religijny ze Wschowy. Te słowa napisał w roku 1613, gdy miasto nawiedziła zaraza. I on to właśnie wprowadził pochówki na nowym cmentarzu. Znajdziemy oczywiście i jego płytę epitafijną. Na miejscu, gdzie pochowano jego doczesne szczątki, rośnie lipa. Jak chce tradycja, drzewo zostało posadzone do góry korzeniami, co symbolizować miało nowatorstwo.

– Zwracam uwagę właśnie na płyty epitafijne zawierające jakieś szczególne przesłanie – mówi dyrektor Małkus. – Oto płyta Margarety Lamprecht. Nie wiemy, czy rzeczywiście zmarła z powodu zarazy, ale data jej śmierci każe się tego domyślać. Jej imię to w łacinie perła. I tak właśnie przedstawiono jej życiorys. Najpierw perła, czyli dusza, jest zamknięta w muszli, czyli ciele, i jest chroniona przed morzem, czyli doczesnym życiem. Wyrzucona na brzeg, po śmierci, otwiera się, ukazując duszę. Wreszcie widzimy sznur pereł, dusz, które trafiły w ręce Boga. Pomysł zaczerpnięty z antyku, ale w kontekście chrześcijańskim to gotowy przepis na zbawienie. A oto płyty nagrobne Baltazara Lamprechta i małżeństwa Wernerów, gdzie pokazani są Jeźdźcy Apokalipsy. Opowieść zawiera także płyta Samuela Lauterbacha. Widzimy wędrowca, który za przewodnika ma Pismo Święte i brnie w trudzie i znoju przez pustynię, aby wreszcie dotrzeć do niebiańskiego Jeusalem...Podobnych alegorii można naliczyć na blisko dwustu płytach epitafijnych. Na jednej zobaczymy nawet śpiewającego łabędzia. To dla tych, którzy wierzą w to, że łabędzie pięknie śpiewają tuż przed śmiercią...

I wreszcie nie można nie zatrzymać się przed piękną rzeźbą żałobnicy wieńczącej nagrobek Johanna i Elisabeth Grossmanów, przedstawicieli starej rodziny kupieckiej mieszkającej we Wschowie od pokoleń. Stanęła tutaj zapewne w połowie XIX wieku. I tutaj umieranie, żałoba są całkiem inne, pozbawione patosu, dusznej symboliki. Tutaj jest ból, żal po odejściu ukochanej osoby. I w tej rzeźbie jest naprawdę coś ostatecznego. Może rzeczywiście lepiej wrócić do poprzednich etapów, gdzie śmierć jest tylko jednym z etapów, a nie tylko końcem...?

Dariusz Chajewski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.