Oprac. (eska)

Sylwester 1946, podszyty ostrą walką o władzę. Wspomina Teresa Gładysz z Zielonej Góry, która rok 1947 witała na balu w Krośnie Odrzańskim

Teresa Gładysz, autorka wspomnień Fot. Archiwum Teresy Gładysz Teresa Gładysz, autorka wspomnień
Oprac. (eska)

Znalazłam się w Krośnie Odrzańskim w gorącym okresie przedwyborczym. Wychodziliśmy z domów o zmierzchu, udawaliśmy rozbawioną grupę lub parę zakochanych - dla zmylenia czujności krążących wszędzie tajniaków. Szczególnie niebezpiecznie było na ulicy Nadodrzańskiej - wspomina Teresa Gładysz.

Teresa Gładysz z domu Kiewlicz (rocznik 1932) pochodzi z Kresów. Urodziła się w Nowogródku, dzieciństwo spędziła w Nieświeżu. Po wojnie, w maju 1945, wraz z rodzicami ruszyła transportem do nowej Polski. Kilka miesięcy spędzili w Łodzi, w końcu osiedlili się w Kotli pod Głogowem. Z czasem pani Teresa przeniosła się do Zielonej Góry. Napisała książkę „Z tęsknoty za Nieświeżem”. Dziś wspomina sylwester 1946, spędzony w Krośnie Odrzańskim, gdy w powietrzu czuć było styczniowe wybory, a atmosfera wokół gęstniała.

Przesiadka! Most zburzony!
„Wercia, moja koleżanka z Nieświeża, zaprosiła mnie do Krosna Odrzańskiego na sylwestra organizowanego dla uczniów gimnazjum w gmachu szkoły. Rodzice wyrazili zgodę, więc mogłam jechać na spotkanie Nowego Roku 1947. Byłam szczęśliwa, że mnie, niespełna 15-letniej, rodzice pozwolili jechać do innego miasta na taką imprezę.

Teresa Gładysz, autorka wspomnień
Archiwum Teresy Gładysz Teresa Gładysz. Zdjęcie wykonane w 1946 roku w zakładzie fotograficznym przy al. Krasińskiego w Lesznie

Z Kotli do Krosna nie było bezpośredniego połączenia, musiałam jechać z przesiadką w Głogowie, ponieważ pociąg przed Odrą kończył bieg. Nie wiedziałam, że przesiadka polegała na indywidualnym przejściu przez zburzony most i dojściu piechotą na dworzec w Głogowie. Gdy dotarłam do Głogowa, wysiadłam z pociągu i ruszyłam z resztą pasażerów. Musieliśmy przejść przez most i wsiąść do pociągu po drugiej stronie rzeki. Nad Odrą po obu jej brzegach zobaczyłam resztki zburzonego mostu. Niektóre przęsła podtrzymywały jego części, a pozostałe opadały pod kątem 75 stopni. Środek mostu był pod wodą. Szerokość tafli wynosiła 2-3 metry, nad nią była kładka z belek ułożonych na przęsłach, po której można było przejść na drugi brzeg.

Zejście do kładki było strome, do tego oblodzone. Pokonanie tego na nogach było ryzykowne, wręcz niemożliwe. Nie namyślając się długo, siadłam na walizkę i zjechałam. Na dole walizkę przywiązałam do siebie, żeby mieć wolne ręce - dla utrzymania równowagi, przechodząc przez kładkę. Ostrożnie postawiłam nogę na oblodzonej belce, potem drugą i balansując jak na linie, bo belki się ruszały, krok po kroku posuwałam się do przodu. Po pokonaniu kładki musiałam wejść po oblodzonym elemencie mostu na drugi brzeg. Żeby pokonać tę trasę, ręce nadal musiały być wolne, bo do góry musiałam się czołgać. Zdarzało się, że po pokonaniu metra lub dwóch ktoś nagle szusem zjeżdżał w dół. W końcu ledwo żywa, zmęczona, dotarłam na drugi brzeg.

Przeczytaj też:
Witek i Lolek przeżyli, doznając wiele krzywdy i poniżeń

Przemarznięta, dygocąc z zimna i emocji, doszłam do dworca w Głogowie. Gdybym wiedziała, jak będzie wyglądała droga, przede wszystkim przesiadka, nigdy nie zdecydowałabym się na ten wyjazd. To był koszmar. Na peronie czekał pociąg, do którego wsiadłam. W pociągu było ciepło, więc szybko się rozgrzałam i zrelaksowana wysiadłam w Krośnie.

Na dworcu czekała na mnie Wercia z grupą koleżanek i kolegów, którzy - rozrabiając - towarzyszyli nam w drodze do domu. Zapowiadało się miłe i wesołe spędzenie czasu.

Trzeba śmiało, mocniej
Następnego dnia od rana szykowałyśmy się na bal. Po obiedzie przyszły do nas koleżanki, które poznałam wczoraj na dworcu, i kilka innych, z którymi razem miałyśmy iść na sylwestra. Stwierdziły, że przygotowania należy zacząć od zrobienia odpowiedniego makijażu. Jedna z dziewcząt była w tym specjalistką. Początkowo same się malowałyśmy, potem sadzała każdą po kolei na krześle, krytycznie oceniała dzieło i nanosiła poprawki.

Gdy przyszła kolej na mnie, załamała ręce, mówiąc: „U ciebie w ogóle nie widać, że się malowałaś, trzeba śmiało, mocniej, podkreślić szczegóły, przede wszystkim oczy” - i zaczęła poprawki. Byłam przerażona, te zabiegi peszyły mnie, nie wiedziałam, czy się odważę wyjść tak umalowana na ulicę. Ale nie było czasu się zastanawiać, trzeba było posprzątać pokój, bo wyglądał jak po włamaniu, a zaraz mieli przyjść po nas chłopcy. Jako tako doprowadziłyśmy pokój do stanu używalności, by szybko się ubierać. Ledwo zdążyłyśmy, gdy rozległo się pukanie do drzwi i do pokoju wkroczyli nasi panowie, odstawieni na medal. Podnieceni, ruszyliśmy do gimnazjum.

W tym czasie tańczyło się parami. Zdarzało się, że siedziała grupa chłopców, która miała chęć potańczyć, ale żaden nie miał odwagi podejść i poprosić dziewczynę, bojąc się odmowy. A dziewczyny siedziały, tęsknie wypatrując chłopców, którzy zaproszą je do tańca.

Gdy weszliśmy do sali, już grała orkiestra, ale jeszcze sporo miejsc było wolnych. Zapytaliśmy, czy możemy połączyć stoliki, bo chcemy być razem. Po przestawieniu stolików i rozlokowaniu się pierwsi ruszyliśmy na parkiet. Inni, ośmieleni, również zaczęli tańczyć. W tym czasie tańczyło się parami. Zdarzało się, że siedziała grupa chłopców, która miała chęć potańczyć, ale żaden nie miał odwagi podejść i poprosić dziewczynę, bojąc się odmowy. A dziewczyny siedziały, tęsknie wypatrując chłopców, którzy zaproszą je do tańca. Nie do pomyślenia było, żeby dziewczyna sama poprosiła chłopca. Nie nadszedł jeszcze ten czas ani sposób tańczenia grupami. Teraz młodzi, gdy się o tym mówi, śmieją się, że obowiązywały takie absurdalne zwyczaje.

My się zwalczamy, to czerwoni
Nasi chłopcy poszli do baru, aby coś zamówić. Wówczas podszedł do mnie jakiś przystojny chłopak i poprosił do tańca. Podobał mi się, więc chętnie poszłam. Był sympatyczny i dobrze mi się z nim tańczyło. Gdy nasi wrócili z baru i zobaczyli, że z nim tańczę, to kolega, który na balu był moją parą, podbiegł do nas, zawołał „Odbijany!” i dosłownie oderwał mnie od partnera, złapał za rękę i pociągnął do naszego stolika.

Przeczytaj też:
Pobyty na wsi były odskocznią od gehenny w mieście

Przy stoliku wszyscy na mnie wsiedli, jak mogłam pójść z tym chłopcem do tańca itd. Wściekłam się, powiedziałam: „Poszłam, bo mnie poprosił i mi się podoba, i - proszę - zapamiętajcie: nie jestem niczyją własnością i będę tańczyć, kiedy zechcę i z kim zechcę”. Popatrzyli na siebie i odpowiedzieli: „Naturalnie, nie jesteś niczyją własnością, ale z nim nie będziesz tańczyć ani rozmawiać. Jesteś harcerką, a on należy do Związku Walki Młodych”.
- Co to ma wspólnego z tańcem? - zapytałam.
- Nie tylko z tańcem - odpowiedzieli. - My w Krośnie z nimi nawet nie rozmawiamy, my się zwalczamy, to czerwoni.

Byłam zszokowana. W Sławie w naszej klasie tylko ja należałam do harcerstwa, inni pracowali, uczyli się, nie mieli na nic czasu. Uwaga była skupiona na nauce, nie zastanawialiśmy się, czy ktoś należy do jakiejś organizacji. Byliśmy dalecy od polityki, może dlatego, że większość pochodziła z Kresów. Na Kresach ich rodziny żyły od pokoleń, teraz, wyniszczeni okupacją, osamotnieni, pozbawieni wsparcia rodzin, wbrew woli zostali rozdzieleni. Angażowali się przede wszystkim w zorganizowanie od podstaw swojego życia. Zabiegali o środki niezbędne do przeżycia i skupiali się na zagospodarowaniu w nowych warunkach. Wobec tego kwestie polityczne często schodziły na dalszy plan.

Przywoływałam w pamięci zasłyszane w domu rozmowy i przeżycia członków rodziny, przeraziłam się swojej obojętności. Ojciec walczył z czerwonymi, mieli go rozstrzelać, Wila działała w AK, siedziała dwa lata za to w sowieckim więzieniu, a ja?

Ojciec po kryjomu słuchał Radia Wolna Europa, omawiał ze znajomymi zasłyszane w nim różne zdarzenia. Słyszałam, o czym mówili, ale działo się to gdzieś daleko, więc mnie nie dotyczyło, a spory o władzę mnie nie interesowały. Zdarzenie na balu dostarczyło mi tematu do rozważań. Następnego dnia był Nowy Rok 1947, po mszy w kościele zastanawiałam się nad wczorajszym zajściem. Przywoływałam w pamięci zasłyszane w domu rozmowy i przeżycia członków rodziny, przeraziłam się swojej obojętności. Ojciec walczył z czerwonymi, mieli go rozstrzelać, Wila działała w AK, siedziała dwa lata za to w sowieckim więzieniu, a ja? Poza nauką tylko taniec i występy mnie pochłaniały.

Przecież w 1945 roku jechałam pełna euforii do wolnej, niepodległej Polski. Teraz niepodległość jest zagrożona, Sowieci chcą podporządkować sobie Polskę. W Polsce tyle się dzieje, a ja stoję na uboczu. Tak być nie może, muszę się włączyć, muszę zacząć działać.

Głosuj trzy razy tak
Styczeń 1947 roku był okresem ostrej walki o pierwszą władzę w Polsce. Znalazłam się w Krośnie w gorącym okresie przedwyborczym. Wieczorem, gdy ojciec Werci włączał Wolną Europę, siadałam razem ze wszystkimi i starałam się wyłowić z zagłuszeń poszczególne słowa i zdania. Słuchałam tej ostrej walki o władzę.

Teresa Gładysz, autorka wspomnień
Archiwum Teresy Gładysz Teresa Gładysz pozuje do zdjęcia w parku w Sławie. Sierpień 1946

Miasto było oklejone dużymi plakatami „Głosuj trzy razy tak”. Partie PPR i PPS stworzyły Blok Demokratyczny składający się z różnych mniejszych partii popierających podporządkowanie Polski Sowietom. Jedynie Polskie Stronnictwo Ludowe, na czele którego stał Stanisław Mikołajczyk, nie przystąpiło do tego bloku. Była to jedyna partia opozycyjna, częściowo tolerowana przez władze komunistyczne. Ludzie nie bardzo wiedzieli, jak mają głosować, Mikołajczyk nie był dopuszczony do mediów.

Ludzie w wiadomościach w Radiu Wolna Europa byli informowani, jak należy głosować, ale górowało zastraszenie przez władzę. Nie wszyscy mieli odwagę słuchać Radia Wolna Europa. Młodzież i opozycjoniści postanowili zrywać plakaty narzucające popierający komunistów sposób głosowania. Było to niebezpieczne, gdy kogoś złapano na ich zrywaniu, natychmiast był aresztowany i nieraz słuch o nim ginął. Naturalnie, grupa zaprzyjaźnionych harcerzy i ja z nimi przystąpiliśmy do akcji niszczenia plakatów wyborczych.

Przeczytaj też:
Było to najbardziej niespokojne lato. Lato największej wędrówki

Wychodziliśmy z domów o zmierzchu, udawaliśmy rozbawioną grupę lub parę zakochanych - dla zmylenia czujności krążących wszędzie tajniaków. Obserwowaliśmy, czy nikogo nie ma w pobliżu i zrywaliśmy plakaty. Trzeba było bardzo uważać, bo tajniacy się ukrywali. Szczególnie niebezpiecznie było na ulicy Nadodrzańskiej, tam przy ogrodzeniach były żywopłoty, w których często się chowali. Raz o mało nie wpadliśmy, ale jakoś udało się nam uciec.

Od tego czasu, o ile plakat wisiał w pobliżu żywopłotu, to schylaliśmy się, zawiązując but. Od dołu dokładnie obserwowaliśmy, czy nikogo za nim nie ma. Raz zobaczyliśmy chowającego się za żywopłotem tajniaka. Udaliśmy, że się kłócimy i zaczęliśmy się bić, żeby w czasie udawanej bijatyki znaleźć się przy tajniaku i niby przypadkowo wlać mu ile wlezie - naprawdę. Były to drobiazgi mało znaczące, ale nam zdawało się, że uczestniczmy w dużej sprawie”.

Oprac. (eska)

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetalubuska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.