Sztuka padania na cztery łapy

Czytaj dalej
Fot. Grzegorz Kozakiewicz
Grzegorz Kozakiewicz

Sztuka padania na cztery łapy

Grzegorz Kozakiewicz

Gozdnica. Bezrobocie, marazm, ucieczka mieszkańców. Burmistrz Jarosz po dwunastu latach przerwy znów bierze się za bary z rodzinnym miastem. Czy tym razem zaskarbi sobie szacunek mieszkańców?

Gozdnica, małe miasteczko na krańcu województwa. Przyjezdnego wita zaniedbany przystanek z miejscowego klinkieru. Obok willa dawnego właściciela zakładów ceramicznych i torowisko, nieużywane od 40 lat lat. Panie sprzątające skwer utyskują na młodzież. Bo „zaszywają się w zaroślach, piją, chuliganią”.

Miasto od czasu transformacji ustrojowej raczej stoi w miejscu. Zamknięte sklepy wzdłuż głównej ulicy dowodzą dawnej świetności. Trakt nadal nosi imię generała Świerczewskiego.

– Studia skończyłem w 1991 – mówi włodarz miasta Krzysztof Jarosz. – W 1994 roku po raz pierwszy zostałem radnym miejskim. W międzyczasie objąłem szefostwo klubu sportowego „Budowlani”. Działaliśmy w strukturach miejscowej „Ceramiki”. Miejskiego sportu jeszcze nie było. Ten zakładowy chylił się ku upadkowi.

Świeżo upieczony trener pływania, po studiach w Gorzowie i Leningradzie, bezskutecznie szukał pracy w swoim zawodzie. Przełom epok nie sprzyjał tym, którzy marzyliby o stałych posadach. Sypał się system finansowania sportu. Nowego jeszcze nie wymyślono. Sytuacja była niepewna. Wprawdzie po stażu studenckim w zakładzie pływania gorzowskiego AWF, pojawiła się szansa na etat, na przeszkodzie jednak stanęły wymogi formalne. Radziecka uczelnia dyplomy wydawała w lipcu. Dokumenty do konkursu w Polsce złożyć należało w czerwcu.

Burmistrz na zastępstwo

– W 1997 roku dotychczasowy burmistrz Adolf Klimek odchodził na emeryturę. Były to czasy, gdy burmistrza wybierała rada miasta. Padło na mnie – wspomina K. Jarosz.

Po kolejnych wyborach udało się pozostać na stanowisku. Zmiana nastąpiła dopiero cztery lata później, gdy mieszkańcy uzyskali prawo, by wybierać burmistrza bezpośrednio. Na wyniku Jarosza zaważyła sprawa cen ogrzewania, które skoczyły drastycznie, gdy miasto odłączyło się od rur Zakładów Ceramiki Budowlanej. Postawiono wówczas na budowę drogiej w utrzymaniu kotłowni olejowej. Gazu w Gozdnicy nie było. Wyborców to jednak nie przekonało.

Burmistrz ma do wykarmienia 21 „dzieci” w radzie - mówi Daniel Marchewka

– Podziwiam polityków, którzy mają dar zjednywania oponentów do swoich pomysłów
– mówi. – Ja uważam, że jeśli coś jest oczywiste, to trzeba mówić o tym wprost. Nie każdemu się to jednak podoba. Czasami dla zasady trafia się na opór. Tymczasem są tacy, którzy potrafią w miękki sposób swoje racje przedstawiać. Tu gdzieś ustąpić, tam gdzieś docisnąć. I uzyskać lepszy efekt, niż wówczas, gdy wali się prosto z mostu.
Po utracie fotela Jarosz krótko pozostaje bez zajęcia. Wygrywa konkurs na szefa GOK-u w sąsiednich Wymiarkach. Gmina ma się nienajgorzej. Działa huta, kilka firm z branży spożywczej. Wójtem zostaje barwny kandydat, Zdzisław Lubas. Technolog hutnictwa, w nieodłącznym kapeluszu i z gitarą, stawia na kulturę. Hurtem zakłada świetlice wiejskie. Tworzy izbę pamięci. Z Niemiec przyjeżdżają broszury pilnie tłumaczone przez regionalistów. Mieszkańcy ze strychów wyciągają przedwojenne pamiątki. Trwa szaleństwo wyznaczania szlaków turystycznych. Krzysztof Jarosz pracuje tam pięć lat. W jego karierze to najdłuższy okres zatrudnienia w jednym miejscu.

W mieście i powiecie

W 2006 ponownie staje do wyborów i zostaje radnym powiatowym. Wchodzi do zarządu powiatu, zaś półtora roku później, gdy odwołano starostę Bielawskiego, zajmuje jego miejsce.

I tu zmierzyć mu się przy-szło z trudnymi decyzjami. Żaganianie do dziś nie potrafią zapomnieć Jaroszowi likwidacji szpitala. Placówka z 20-milionowym zadłużeniem trafiła ostatecznie pod skrzydła wojskowego szpitala z Żar. Do Żar trafił także starosta, który po porażce w wyborach zostaje szefem tutejszej mieszkaniówki. Stamtąd wraca do Gozdnicy. Ponownie jako burmistrz.

Przedstawiliśmy już prezydentów, starostę ze Słubic, burmistrzów Żagania i Krosna, wójta Kłodawy. Za tydzień portret Jacka Sautera, burmistrza Krosna

– Co mnie denerwuje w ludziach? Roszczeniowość. Prosty przykład z Gozdnicy. Są tu całe rejony, gdzie ludzie pobudowali na miejskim gruncie komórki, garaże. Każdy czuje się jak właściciel co do praw. Bo co do obowiązków, to już różnie. Mało kto płaci za to podatki. Nieliczni zawierają umowę na wywóz śmieci. Mamy nawet przedsiębiorców, którzy utrzymują, że śmieci nie produkują. Przypominamy. Zwracamy uwagę. Przecież jeśli tych pieniędzy nie dostaniemy, nie będziemy w stanie zaspokajać potrzeb mieszkańców. A przecież wymaga się od nas działania.

Z remontami istotnie nie jest najlepiej. Miasto straszy starymi chodnikami i dziurami w jezdniach. Odrestaurowane kamienice policzyć można na palcach jednej ręki. Nic dziwnego: połowa lokatorów mieszkań komunalnych zalega z czynszem. Miasto wprawdzie oferuje możliwość odpracowania długu, korzysta z tego jednak niewielu.

– Mamy 150 zarejestrowanych bezrobotnych – wylicza burmistrz. – 50 to ci, którzy występują w statystykach, choć pracują na czarno za granicą. Kolejnych 50 z opieki społecznej uczyniło sobie sposób na życie. Brak rąk do pracy jest jednym z powodów omijania nas przez inwestorów. Zresztą przy A4 i A18 można znaleźć ciekawsze miejsca.

Gospodarka miasta w dalszym ciągu opiera się ceramice. Irlandzki koncern CRH, który nabył pozostałości po gozdnickiej „Ceramice”, zredukował personel i wyburzył stare hale. Oszczędza też na podatkach. Płaci ich tyle, co ferma indyków – drugi największy podmiot w mieście.

– W tej kadencji udało nam się uniknąć zarządu komisarycznego – przypomina Jarosz. Koniec 2014 roku był bardzo trudny. Wszystkie uchwały dotyczące zmiany budżetu były uchylane przez Regionalną Izbę Obrachunkową. Zarzucano nam, że nie zachowujemy obowiązujących wskaźników zadłużenia.

Na początku 2015 r. miasto borykało się z wypłatą wynagrodzeń i składkami na ZUS. Nad Gozdnicą wisiała groźba wejścia w program naprawczy. To na trzy lata wykluczyłoby inwestycje. Niebezpieczeństwo udało się zażegnać konsolidując zadłużenie i czyniąc pewne oszczędności. Wygospodarowano pół miliona złotych, które można przeznaczyć choćby na wkład własny do projektów unijnych.

–Może i nie przekłada się to bezpośrednio na sytuację gozdniczan, jednak dla miasta to niezwykle ważne – mówi burmistrz.

Grzegorz Kozakiewicz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.