Marcin Kędryna

Tak stanowi Konstytucja RP. Nie da się inaczej

Prezydent Andrzej Duda wręcza Order Orła Białego Antoniemu Macierewiczowi Fot. Fot. Adam Jankowski/Polska Press Prezydent Andrzej Duda wręcza Order Orła Białego Antoniemu Macierewiczowi
Marcin Kędryna

Mało jest tekstów tak wybiórczo czytanych jak nasza ustawa zasadnicza. Drugi taki, to chyba Pismo Święte.

Decyduje Sąd Najwyższy, nie pan Roman

Tydzień temu, prezydent Duda odznaczył trzech działaczy opozycyjnych najważniejszym polskim odznaczeniem – Orderem Orła Białego. Umówiliśmy się, jako obywatele, że będziemy w wyborach bezpośrednich wybierać głowę państwa. I ta głowa będzie mieć pewne prerogatywy. I jednym z nich jest nadawanie odznaczeń. Andrzej Duda jest prezydentem, bo wygrał bezpośrednie wybory. Wybory były ważne – stwierdził to Sąd Najwyższy (wcześniej się umówiliśmy, że to Sąd Najwyższy stwierdza ważność wyborów, nie pan Roman na Twitterze, czy ktoś inny w radiowym wywiadzie). Andrzej Duda może więc nadawać odznaczenia, osobom, którym w jego prezydenckim mniemaniu, te odznaczenia się należą. Może? Nawet musi. Nadawanie odznaczeń to jego obowiązek, bo gdyby ich nie nadawał, to nikt za niego by tego nie zrobił. A umówiliśmy się, że odznaczenia będą nadawane.

„Prezydent odznacza. Jak się nie podoba, to…”

Prezydent odznaczył Antoniego Macierewicza. Mam do pana ministra stosunek ambiwalentny. Za KOR już by można mieć przygotowane jego pomniki. Lista Macierewicza – po latach się okazało, że nie ma tam przypadkowych nazwisk i hejt, który go w związku z tą listą przez lata spotykał, był – delikatnie mówiąc – niezasłużony. Ale z drugiej strony, z bliska widziałem metody, które nazwano ubeckimi. To, że się z kimś nie chce współpracować, nie jest wystarczającym powodem, by go nazywać rosyjskim szpiegiem.

Mimo wszystko, gdyby ode mnie zależało – minister Macierewicz zostałby pewnie odznaczony. Ale nie zależy. To, co sądzę o Antonim Macierewiczu nie ma w kontekście jego odznaczenia żadnego znaczenia, gdyż nie wygrałem wyborów prezydenckich.

Umówiliśmy się i zapisaliśmy to w Konstytucji. Prezydent odznacza. To jest jego odpowiedzialność. Jeżeli się nam jego wybory nie podobają – nie będziemy na niego głosować w następnych wyborach. Chyba, że nie będzie mógł wystartować, bo się umówiliśmy, że kadencje są dwie.

Trybunał zdecydował, inaczej się nie da

Kontakty z zaangażowanymi politycznie dwudziestolatkami prędzej czy później muszą doprowadzić do dyskusji o prawie do aborcji. Takie mamy czasy. Dość szybko można się przekonać, że dyskusja o tym, czy aborcja to na pewno prawo człowieka, nie ma sensu, gdyż dla zaangażowanej politycznie dwudziestolatki to oczywista oczywistość, zaś próby podawania tego pod wątpliwość kończą rozmowę zapisaniem podającego do zbioru boomersów, nazywanych w Polsce – dziadersami (ludzi, z którymi nie warto rozmawiać, gdyż ich całkowicie nie pasujące do rzeczywistości poglądy są tak skostniałe, że szkoda na rozmowę czasu).

Lepiej więc się oderwać od kwestii moralnych i rozmawiać o sytuacji realnej. A sytuacja ta wygląda w ten sposób, że bez zmiany Konstytucji nie da się w Polsce zliberalizować przepisów dotyczących kwestii przerywania ciąży. I tyle. O tym, że bez zmiany Konstytucji się nie da, postanowił Trybunał Konstytucyjny. I tak wyszło, że nie da się tego rozwiązać tłumacząc, że to „pisowski trybunał magister Przyłębskiej”, bo takie samo zdanie miał wcześniej „niepisowski trybunał profesora doktora habilitowanego Zolla”.

Do tego, żeby zmienić Konstytucję potrzeba konstytucyjnej większości. 2/3 Sejmu. Przez lata trudno będzie taką liczbę zebrać, gdyż dziadersów infinitus est numerus (w znaczeniu, że jest ich dużo). Czyli co? Czyli, że każdy, kto opowiada o tym, że zliberalizuje przepisy, dotyczące przerywania ciąży – ściemnia. Bo ich nie zliberalizuje. Więc drogie zaangażowane politycznie dwudziestolatki – marzłyście na protestach i ryzykowałyście zarażenie COVID-em bez sensu. Robiłyście za mięso armatnie w klasycznej polskiej międzypartyjnej nawalance.

Zasadniczo rzecz biorąc, zaangażowane politycznie dwudziestolatki powinny mieć do nas, dziadersów pretensje o to, że szkoły, które ukończyły nie wytłumaczyły, o co chodzi z tą Konstytucją, jak działa Państwo, jak dzielą się kompetencje jego organów. Powinny mieć pretensje, ale ich nie mają, bo nie mają świadomości swojego braku kompetencji. Świadomość tę mają za to politycy. I korzystają z niej, opowiadając na przykład, że jak dojdą do władzy, to zliberalizują przepisy dotyczące przerywania ciąży, choć wiedzą, że nie zliberalizują. Bo Konstytucja…

Marcin Kędryna

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.