Dariusz Chajewski

To wcale nie było greckie wesele, czyli jak Polska i Lubuskie przyjmowali uchodźców

Odwiedziny krewnych u greckich dzieci w sierocińcu Fot. Archiwum Mieczysława Wojeckiego Odwiedziny krewnych u greckich dzieci w sierocińcu
Dariusz Chajewski

Co i rusz pojawiają się kolejni Rejtanowie, którzy nie chcą u nas emigrantów z Bliskiego Wschodu. Wieszczą katastrofę. Tymczasem ledwie kilka lat po wojnie Polska i Lubuskie przyjęły uchodźców...

Mieczysław Wojecki, geograf, pracownik naukowy i jeden z założycieli Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Greckiej, śledzi z uwagą wszystko, co związane jest z falą uchodźców zalewających Europę. Także ze względów zawodowych. Jako pierwszy zajmował się tematyką uchodźców. Greckich.
- Nie mam wrażenia, że przyjęcie 11 tys. uchodźców oznacza dla nas jakąś katastrofę - tłumaczy Wojecki. - Skoro pięć lat po wojnie poradziliśmy sobie z 13 tys. uchodźców z Grecji i Macedonii... Wówczas za ofiarami wojny domowej ujęły się rządy państw bloku komunistycznego. Trochę było tak, jak dziś. Sekretarze komitetów centralnych partii zebrali się i ustalili rozdzielnik. ZSRR przyjęło młodych mężczyzn, których chcieli szkolić do walki. Niemcy zajęli się dziećmi. Do Polski trafili ranni, inwalidzi i dzieci.

To była tajna akcja
Podczas toczącej się w Grecji wojny domowej PRL, podobnie jak pozostałe kraje obozu socjalistycznego, popierał komunistyczną partię Markosa Vafiadisa. Od 1947 roku wspieraliśmy sekretnie partyzantkę grecką finansowo, ale także wysyłając broń, instruktorów, lekarzy. W akcję pomocy zaangażowały się takie nazwiska jak Tuwim, Nałkowska, Broniewski. Warszawa została nawet koordynatorem akcji pomocy.
W lipcu 1948 roku na pokładzie statku „Kościuszko” do Polski przypłynął pierwszy transport rannych. Specjalnie dla nich zorganizowano szpital na wyspie Wolin. Później inwalidów przewieziono do Zgorzelca.

Gdy wojna domowa zakończyła się porażką Markosa, do Polski w latach 1948-1951 trafiło prawie 15 tysięcy Greków i Macedończyków, którym udzielono azylu politycznego. Napływ uchodźców zapoczątkował przyjazd tysiąca dzieci greckich i macedońskich we wrześniu i październiku 1948 roku. W kolejnym roku przybyło 2 tysiące dzieci, a później w ramach akcji łączenia rodzin do naszego kraju zjechało dalszych 500 dzieci greckich i macedońskich. W sumie w 1953 roku przebywało u nas 3.600 dzieci z Grecji. Do tego należy doliczyć ponad 11 tys. uchodźców. Nawiasem mówiąc, nieco podobnie jak dziś między uchodźcami z Bliskiego Wschodu, natychmiast doszło do „kwasów” między Grekami i Macedończykami.
Komitet Centralny PZPR zdecydował, że najmłodszymi uchodźcami zajmą się Fundusz Wczasów Pracowniczych i Liga Kobiet. Władze doszły także do wniosku, że idealnym terenem do przyjęcia uchodźców będą Ziemie Odzyskane, Dolny Śląsk, ale także Lubuskie. Bez trudu można tutaj było znaleźć puste domostwa.

Chleb bez zupy
- Co bardzo ważne, na adaptację do polskich warunków dano Grekom dwa, trzy lata, a nie jak teraz mówi się - rok - dodaje Wojecki. - Bo nie zdajemy sobie sprawy, jak ważne jest, oprócz języka, przywyknięcie do naszego klimatu, jedzenia.
Kwarantanna, „przegląd medyczny”... Początki były trudne. Gros uchodźców pochodziło z biednych wsi, nie znali pościeli, wodociągów, spali w ubraniach. Nawiasem mówiąc swoim strojem, ubrani na czarno, karnacją, zwracali uwagę. Mówiono o nich „Cyganie”. Do tego menu. Nie mogli przyzwyczaić się m.in. do tego, że do zupy nie podaje się chleba. Brakowało im także typowej diety śródziemnomorskiej. Na przełomie roku 1949 roku i 1950 utworzono centralny ośrodek w Zgorzelcu. To było wymarzone miejsce, nie tylko za sprawą pustych mieszkań. Okolica odczuwała dramatyczny brak rąk do pracy. Z czasem, podobnie jak nasi repatrianci ze Wschodu, Grecy pogodzili się z tym, że nie przyjechali do zimnej Polski na chwilę. Jednak władze traktowały uchodźców jako obywateli greckich, mimo że w rzeczywistości byli bezpaństwowcami, gdyż Hellada pozbawiła ich obywatelstwa. Legitymowali się dowodem tożsamości cudzoziemca oraz kartą stałego pobytu. Dopiero w latach 70. zaczęto nadawać obywatelstwo polskie na wniosek zainteresowanych.

Kiedy uchodźcy pojawili się w Lubuskiem? Od 1952 roku stopniowo zaczęto dążyć do ich usamodzielnienia. Słowem musieli zacząć żyć na własny rachunek. Około 3,5 tysiąca Greków osiedlono na wsi i skierowano do 75 PGR-ów, zlokalizowanych w ówczesnych województwach wrocławskim i zielonogórskim. Inni trafili do zakładów przemysłowych we Wrocławiu, Łodzi Nowej Hucie, a nawet w Bieszczady.

Nie mieli wyboru
- Jako uchodźcy polityczni nie mieli możliwości decydowania o wyborze miejsca zamieszkania - dodaje Wojecki. - Osiedlano ich tam, gdzie istniały zasoby mieszkaniowe i możliwości pracy. U nas ludność grecką i macedońską osiedlono głównie we wsiach w okolicach Lubska, Żar, Żagania, Szprotawy i Kożuchowa. Było to tzw. osadnictwo interwencyjno - nakazowe. Mieliśmy do czynieni przeważnie z ludźmi bez zawodu. Aż 96 proc. z nich było pochodzenia rolniczego (pasterze) i dlatego, zgodnie z posiadanymi kwalifikacjami praktycznymi, kierowano ich głównie do pracy w rolnictwie, którą podejmowali w grupach liczących 140 - 350 osób.

W ówczesnym województwie zielonogórskim wiejskim osadnictwem greckim i macedońskim objęto cztery powiaty i 37 miejscowości. Przybywali pociągami ze Zgorzelca do Żar, Lubska, Żagania, Szprotawy, Kożuchowa, a stąd dalej samochodami do wybranych miejscowości. Mieszkali najczęściej w pałacach i budynkach podworskich. Pracowali w PGR-ach, najliczniej w Dąbrowie (210), Grabowie (240). Liczba zatrudnionych sięgała wówczas 1.437 osób, co stanowiło blisko 10 proc. emigrantów z Grecji. Z czasem liczba ta stopniała z powodu migracji na Dolny Śląsk i do miast oraz wyjazdów na stałe do Grecji i innych krajów. Nie zatrzymywaliśmy ich siłą. Praca na roli była mało wydajna i nie opłacało się dalej tu ich zatrudniać. Tylko nieliczni pozostali, zazwyczaj ze względów rodzinnych.
W latach 1960-1980 wyraźnie zmniejszyła się liczba ludności greckiej zamieszkującej w miastach i wsiach Ziemi Lubuskiej. Obecnie większość mieszka w Zielonej Górze i Małomicach, a na Ziemi Lubuskiej pozostało 38 rodzin, w tym 35 małżeństw mieszanych.

Pierwsze małżeństwa zawarli Grecy w Lipie i w Bogumiłowie (po jednym) oraz w Kole (trzy). Od 1953 r., kiedy sytuacja w Grecji się nie ustabilizowała, a pobyt na emigracji przedłużał się, odnotować można było większą liczbę małżeństw Greków z Polkami. Niektórzy, mając w Grecji rodzinę, wiązali się nieoficjalnymi związkami.
W latach 1952-1955 rozpoczęły się migracje wtórne, w ramach akcji łączenia rodzin z Polski wyjechało prawie 1,5 tysiąca greckich uchodźców. W latach 1958-1968 ich śladem ruszyło 5.300 Macedończyków, którzy osiedlili się głównie w Skopje. Po obaleniu w Grecji w 1974 roku rządów tzw. czarnych pułkowników, a przede wszystkim po stworzeniu w 1981 roku rządu przez lidera partii socjalistycznej Andreasa Papandreu, z Polski wyjechała zdecydowana większość Greków. Dziś mieszka w Polsce około czterech tysięcy osób pochodzenia greckiego i kilkaset macedońskiego.
Czy powinniśmy bać się nadciągających emigrantów?

- Nie, ale mam nadzieję, że się przygotujemy - dodaje Wojecki. - I nie myślę jedynie o budynkach, łóżkach, chociaż nie możemy ich oczywiście przyjąć w namiotach... Nie rozumiem dlaczego, na przykład na naszym UZ, nie powołać studiów podyplomowych przygotowujących młodych ludzi do pracy z uchodźcami. Nie chodzi tylko o znajomość języka i empatię... A tak na marginesie. Nie wierzę, aby uchodźcy z Bliskiego Wschodu chcieli u nas zostać na stałe. Stąd czego jak czego, ale islamizacji bym się nie bał.

Dariusz Chajewski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetalubuska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.