Z kart historii lubuskiego sportu: Piotr Świst – perełka, żelazny lider, legenda Stali Gorzów

Czytaj dalej
Szymon Kozica

Z kart historii lubuskiego sportu: Piotr Świst – perełka, żelazny lider, legenda Stali Gorzów

Szymon Kozica

„Cały warsztat motocykli i sprzętu. Czarne skóry, co każda ważyła ze 20 kilogramów. Krok w kolanach, ciężko było wsiąść na motocykl. Buty się brało i naprawiało, po szewcach cały czas się chodziło...”

Za pierwszym podejściem nawet nie został przyjęty do szkółki Stali Gorzów. Dlaczego? Pewnie był „zbyt marny, mizerny”... Ale wrócił po roku i wysłał jasny sygnał, że jednak jest jednym z największych talenciaków, jakie pojawiły się w historii klubu. W wieku juniora z rywalami robił, co chciał, i to nie tylko na krajowym podwórku. Namaszczony przez samego Edwarda Jancarza, wkrótce został żelaznym liderem Stali, a z biegiem lat także jej legendą. W Alei Sław na koronie stadionu żużlowego w Gorzowie odciśnięta jest też dłoń Piotra Śwista (rocznik 1968).

Robimy minitor!

Marwice leżą jakieś 10 kilometrów od Gorzowa. Jan Świst przyjechał w te okolice z Zamościa, do wojska. Ożenił się, został. Tu dorastał jego syn Piotr, od najmłodszych lat zafascynowany żużlem, w czym ojciec miał swój spory udział.
– Na stadion to od takiego chodziłem – pan Piotr pokazuje, ile mógł mieć wzrostu jako taki kajtek. – A na motorze jeździłem już, jak miałem dziesięć lat albo i mniej. To była WSK trzybiegowa. Ze starszą siostrą Dorotą zawsze się biliśmy, kto ma pierwszy jeździć...

Po raz pierwszy do żużlowej szkółki Stali próbował się dostać w wieku 15 lat, uczył się wtedy w ósmej klasie SP w Baczynie. – Bogusław Nowak przyjechał po coś do mojego kolegi i tak z tym kolegą się zgadaliśmy, że trzeba by się zapisać – wspomina. – Ale ze względu na to, że byłem chyba zbyt marny, mizerny, nie przyjęli mnie. Kazali przyjść na minitor do Franczyszyna. Ojciec popatrzył i mówi: Gdzie ty będziesz tu jeździł, tyle kilometrów. Zrobimy taki tor u siebie!

I zrobili. A historia jest przednia. Rok 1983. – Ojciec pożyczył wał z klubu, ciągnął go przez całe miasto ciągnikiem. Tablica „brak świateł” i ogień! – śmieje się pan Piotr. Łąka, obok las... Miejsce na minitor szybko się znalazło. – Co tam się działo! Ilu w las wjechało... Że tam nikomu nic się nie stało, to cud – pan Piotr z niedowierzaniem kręci głową. – Taczkami przywoziło się ziemię i zasypywało się dziury. A jak się kurzyło! Wiadrami wodę nosiliśmy...

Po roku zaprawy w takich warunkach nie było już możliwości, by 16-letni Świst nie został przyjęty do szkółki. Pierwsze spotkanie, a kandydatów na żużlowców co niemiara. – Masa. Masa. Dopiero w czerwcu wyjechałem na tor – podkreśla pan Piotr. – Cały warsztat motocykli i sprzętu. Czarne skóry, co każda ważyła ze 20 kilogramów. Krok w kolanach, ciężko było wsiąść na motocykl. Buty się brało i naprawiało, po szewcach cały czas się chodziło... Treningi mieliśmy dwa razy w tygodniu, po dwie-trzy godziny. Na pierwszym treningu Bogusław Nowak mnie wziął, a później już Stanisław Chomski. Tłumaczył, co dalej robić, jakie błędy wyeliminować. Ja sam podglądałem zawodników, jak jeżdżą, co robią. To były najlepsze lekcje. Oczywiście najbardziej zapatrzony byłem w Edwarda Jancarza, ale od innych też sporo się nauczyłem.

Pan Piotr egzamin na licencję zdał we wrześniu. Bardzo szybko, bo po zaledwie trzech miesiącach treningów. Jesienią 1984 roku wystartował też w pierwszych w karierze oficjalnych zawodach. – Zająłem pierwsze miejsce. Czy drugie? Nie, wygrałem chyba – próbuje sobie przypomnieć. A sezon zakończył poważną kontuzją. – Na treningu wjechałem w Jarka Gałę i wyrwało mi bark. Naderwana torebka stawowa, operacja w Warszawie, u doktora Kwareckiego, który zajmował się zapaśnikami – dodaje.

Szybko to szło

Sukcesy pojawiły się błyskawicznie. Indywidualne, w parach, z drużyną. W rywalizacji juniorów i seniorów. W sezonie 1985 było już trzecie miejsce w finale Brązowego Kasku. A rok później srebrny medal młodzieżowych indywidualnych mistrzostw Polski. Wtedy jeszcze złoto zgarnął Ryszard Dołomisiewicz, ale w trzech kolejnych latach na najwyższym stopniu podium stawał już Świst. Coś niesamowitego! – Szybko to szło. I dosyć łatwo przychodziło, aczkolwiek człowiek musiał się sprężać. Były biegi ciężkie, ale też łatwiejsze, choć teoretycznie słabsi rywale często okazywali się bardzo wymagający – stwierdza pan Piotr i wylicza całą plejadę żużlowców, z którymi ścigał się na początku kariery. – Z samej Stali to Cezar Owiżyc, Jarek Gała, Mirek Daniszewski. Dalej Sławek Dudek, Rysiek Dołomisiewicz, Krzysztof Ziarnik, Waldek Cisoń, Jacek Krzyżaniak, Mirek Kowalik, Krzysztof Kuczwalski, Robert Sawina. Jeszcze Sławek Drabik...

Z worka z medalami z czasów młodzieżowca koniecznie wyłówmy srebro indywidualnych mistrzostw Europy juniorów z 1987 roku. – Nazywały się Europy, ale dla mnie to były mistrzostwa świata – przekonuje pan Piotr. I ma rację, bo w finale w Zielonej Górze wystąpił choćby Ronnie Correy z USA. Po złoto sięgnął Gary Havelock, który wywalczył 13 punktów. Świst teoretycznie miał szansę na taki sam dorobek, ale nie ukrywa, że w tamtych okolicznościach srebro i tak było nie lada wyczynem. W swoim ostatnim programowym starcie zaliczył defekt sprzętu i do mety dojechał dopiero trzeci. – Panę złapałem. Na szczęście, Cezar Owiżyc zachował się po koleżeńsku i mnie nie wyprzedził. Dzięki temu mogłem jechać w barażu o medal – zaznacza pan Piotr. W wyścigu dodatkowym nie zawiódł. Za plecami zostawił Seana Wilsona, Bo Arrhena, Tommy’ego Dunkera i wskoczył na drugi stopień podium!

Nic dziwnego, że w tak młodym wieku był już liderem Stali. Ocenia, że stało się to właśnie w okolicach sezonu 1987. – Zawsze spadała na mnie odpowiedzialność za ostatnie biegi, rezerwy taktyczne, biegi dodatkowe. Byłem bardzo odporny psychicznie – przyznaje pan Piotr. – W takich momentach coś tam do głowy przychodziło, ale nie aż tak, żebym tym się przejmował. Podchodziłem do tego z marszu: wsiadasz na motocykl i wygrywasz.

Żużel wciągał człowieka bez reszty, trzeba było angażować się całym sobą. Do tego stopnia, że nawet ślub z panną Mirellą pan Piotr brał między meczami ligowymi. Dosłownie! W świąteczny piątek, 22 lipca wyjazdowy pojedynek w Toruniu, w sobotę wesele, a w niedzielę w Gorzowie derby z Falubazem. W swoim ostatnim spotkaniu jako kawaler Świst wykręcił 12 punktów, a w pierwszym jako mąż przywiózł 10. Co ciekawe, oba zakończyły się remisowo.

Nie pamiętam nic

Dramat wydarzył się 16 czerwca 1990 roku w półfinale mistrzostw świata par w Wiener Neustadt, wtedy w każdym wyścigu rywalizowało po sześciu żużlowców. Pan Piotr jeździł w duecie z Dołomisiewiczem. Swój pierwszy start wygrali podwójnie. W drugim Dołomisiewicz upadł po ataku jednego z rywali (Pera Jonssona?) i po chwili doszło do potwornego wypadku Śwista.
– Z tego biegu nie pamiętam nic – mówi pan Piotr. – Na nagraniu wideo widać, że zacząłem hamować lewą nogą. I akurat tą nogą zahaczyłem Ryśka. Może gdybym puścił ten motocykl... Ale ja go trzymałem do końca, gazu nawinąłem przez to... I wylądowałem w trybunach, gdzieś w połowie schodów. To była bardzo spora odległość od miejsca uderzenia.

Sytuacja była niezwykle poważna, a życie żużlowca zagrożone. Jeszcze na stadionie lekarz zdecydował się na natychmiastowy zabieg tracheotomii, za pomocą strzykawki wyciągał skrzepy krwi...

– Złamane obie ręce – jedna w dwóch miejscach, złamana szczęka, otwarte złamanie kości piszczelowej i strzałkowej – pan Piotr wymienia tylko najpoważniejsze urazy. – Przytomność odzyskałem już po zabiegach, gdy do zrobienia została szczęka i przeszczepy skóry na dłoni i na nodze.

Gdy leżał w szpitalu, odwiedzili go miejscowi kibice i przynieśli ptasie mleczko. – Włożyłem do ust i... kurdę, nie mogę ugryźć. Wyciągnąłem i po śladach zębów zobaczyłem, że ze szczęką jest coś nie tak. Dotknąłem – gęba taaaka! – pan Piotr demonstruje rozmiary opuchlizny.

Szkoda zdrowia

Na tor wrócił bardzo szybko, bo już w październiku tego samego roku. Pokazał się na mistrzostwach okręgu w Gorzowie. – Pojechałem tylko jeden bieg. Prowadziłem, ale Zdenek Tesar mnie wyprzedził. Nie miałem siły jechać – relacjonuje pan Piotr, który w następnych sezonach znów wygrywał turnieje i zdobywał kolejne medale dla Stali. Tak było do roku 1997, w którym tworzył niesłychanie mocną parę z Tonym Rickardssonem.

– Pamiętam mecz w Lesznie – zagaduję. – Przed ostatnim wyścigiem remis. Na tor wyjeżdżają Roman Jankowski z Damianem Balińskim i pan z Tonym Rickardssonem. Kibice Unii mają cichą nadzieję, że...

– A gdzie tam! Od razu 5:1 dla nas! – pan Piotr kończy za mnie. – Po biegu Rickardsson chciał zrobić „jaskółkę” i się przewrócił. W tamtym sezonie siedem meczów wygrałem w ostatnim biegu. Siedem!

Kolejne trójki Świst przywoził też dla Stali, ale już tej z Rzeszowa, bo po raz pierwszy w karierze zmienił barwy klubowe. – I nie żałuję. Bardzo miła atmosfera – dopowiada. Do Gorzowa wrócił po dwóch latach. – W domu to jest w domu. Zawsze człowiek chce jeździć u siebie. Ale nie zależy to tylko od zawodnika – wtrąca.

Po sezonie 2002 Stal po raz pierwszy w swojej przebogatej historii spadła z ekstraligi. I to z wielkim hukiem, niestety... Pan Piotr ponownie zmienił otoczenie.

– Potrzebny był panu ten Falubaz? – podpytuję.
– Tu wszystko się waliło. Trener mówił, żeby szukać sobie innego klubu. Sponsora miałem z Zielonej Góry – zauważa pan Piotr. Podczas prezentacji zespołu krzyknął: „Sto procent Falubaz!”, co niektórzy kibice z Gorzowa i okolic wypominają mu do dziś. – A niech wypominają. Dla mnie to nie problem – macha ręką.

Po kilku kolejnych przeprowadzkach swoją przystań znalazł w Pile, gdzie w październiku ubiegłego roku, w wieku 48 lat, zakończył karierę. – Z żoną mówimy, że trzeba zająć się czymś innym. Po to skończyłem studia, żeby iść w tym kierunku, w którym byłem najlepszy. I przekazać swoją wiedzę i doświadczenie młodszym – zdradza pan Piotr. Podczas turnieju pożegnalnego na torze pojawił się w towarzystwie swojego 6-letniego wnuka Filipa. Czy chce, żeby chłopiec poszedł w ślady dziadka? – Nie, szkoda zdrowia – odpowiada bez namysłu. – Filip ma głowę do czegoś innego.

Trzeba trafić...

– Nie ma pan tytułu indywidualnego mistrza Polski seniorów – zauważam.
– Nie ja pierwszy i nie ostatni – stwierdza pan Piotr. – Paweł Waloszek nie ma, Jerzy Rembas nie ma – taki żużlowiec! To jeden dzień w roku, trzeba trafić ze sprzętem, zdrowiem, dyspozycją...
Najbliżej złota był w 1995 roku we Wrocławiu. W wyścigu barażowym, rozgrywanym w anormalnych warunkach, przyjechał za Tomaszem Gollobem.

– A były pojedynki, które wciąż ma pan w pamięci? – dopytuję.
– Wygrałem z każdym mistrzem świata, z którym jechałem – podkreśla pan Piotr, zastanawia się przez chwilę i wymienia kilka niezapomnianych biegów ze swoim udziałem. – W finale młodzieżowych mistrzostw Polski w Gorzowie z Ryśkiem Dołomisiewiczem – wygrałem. W półfinale mistrzostw świata w Bradford z Markiem Loramem i Hansem Nielsenem, musiałem wygrać albo przyjechać drugi, jechałem pierwszy – Loram mnie wyprzedził, Nielsen nie. Z Loramem w Zielonej Górze – przegrałem.

O tym ostatnim pojedynku, stoczonym w sezonie 2004, tak następnego dnia pisała „Gazeta Lubuska”: Choć losy meczu zostały już rozstrzygnięte, także ostatni wyścig okazał się bardzo emocjonujący. Najlepszy w zielonogórskiej ekipie Piotr Świst stoczył wspaniałą walkę o zwycięstwo z Markiem Loramem. Mistrz świata sprzed czterech lat dosłownie o centymetry wyprzedził jeźdźca quick-miksu. Co ciekawe, Świst na początku meczu przez wielu kibiców witany był gwizdami, natomiast na zakończenie zebrał gromkie brawa. Były one w pełni zasłużone, bo pan Piotr wczoraj pokazał wielką klasę. Choć trzykrotnie przyjeżdżał za Loramem, za każdym razem walczył z nim jak równy z równym.

1 procent

6 złotych, 5 srebrnych i brązowy z drużyną; 2 złote, srebrny i 2 brązowe w parach; złoty i brązowy indywidualnie – to medale, które Bogusław Nowak wywalczył na mistrzostwach Polski. Od 2009 roku działa Fundacja Bogusława Nowaka na rzecz Zasłużonych Zawodników Sportowych, na którą można przekazać 1 procent swojego podatku.

Szymon Kozica

Z „Gazetą Lubuską” jestem związany od lipca 2000 roku - wtedy przyszedłem na praktyki do Działu Sportowego. Pracuję w redakcji w Zielonej Górze. Interesuję się sportem, ze szczególnym uwzględnieniem lekkiej atletyki i żużla, a także tym, co dzieje się w Zielonej Górze. Uwielbiam żywe lekcje historii, czyli wspomnienia Czytelników pochodzących z Kresów i nie tylko z Kresów. Czas wolny chętnie spędzam z książką w ręku. Moim ulubionym autorem jest Gabriel García Márquez, który o sobie mówił tak: „W gruncie rzeczy nie jestem ani nie będę nikim więcej niż jednym z szesnaściorga dzieci telegrafisty z Aracataki”.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.