Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Z tęsknoty za Nieświeżem urodziło się coś pięknego

Czytaj dalej
Fot. Mariusz Kapała
Szymon Kozica

Z tęsknoty za Nieświeżem urodziło się coś pięknego

Szymon Kozica

Teraz to brzmi jak bajka, ale to nie bajka, to życie moich rodziców - opowiada Teresa Gładysz z Zielonej Góry. Urodziła się w Nowogródku, dzieciństwo spędziła w Nieświeżu. Z tęsknoty za Kresami postanowiła...

Gdy zaczęłam pisać o rodzicach, ich historia i ich miłość mnie zafascynowały. Ojciec Mikołaj Kiewlicz pochodził z rodziny szlacheckiej, był żonaty, mieszkał w majątku Traszkuny, oczekiwał narodzin pierwszego dziecka. Zatrudniono krawcową, która miała przygotować wyprawkę. Tą krawcową była 19-letnia wówczas moja mama Aleksandra Morewa. Wszyscy w majątku czekali z niecierpliwością. Poród był bardzo ciężki, trzeba było zastosować cesarskie cięcie. Niestety, nie przeżyli ani matka, ani dziecko. Po tej tragedii mama nadal pracowała w majątku. Po pewnym czasie nawiązał się romans pomiędzy wdowcem a młodą krawcową.

Rodzice ojca nie chcieli tolerować związku z osobą bez majątku, bez wykształcenia, do tego mieszczanką, a nie szlachcianką. Ojciec powiedział, że mimo to ożeni się z mamą. Taki mezalians dla jego rodziców był nie do przyjęcia. Postawili ultimatum: jeżeli nie zrezygnuje ze ślubu, zostanie wydziedziczony, pozbawiony majątku, rodziny i oboje natychmiast opuszczą ten dom. Ojciec nie zrezygnował i razem z mamą wyjechał do jej rodziny. Zamieszkali w mieście Gorłowka, tam rozpoczął pracę, a w 1914 roku wzięli ślub. Teraz to brzmi jak bajka, ale to nie bajka, to życie moich rodziców - opowiada Teresa Gładysz. Od tej historii zaczyna się też książka „Z tęsknoty za Nieświeżem”.

Aż któregoś dnia pani Teresa powiedziała mi na ucho, że chciałaby, żeby z tego wszystkiego powstała kiedyś książka.

Panią Teresę poznałem w środę, 19 czerwca 2013. Przyszła do redakcji z garścią przelanych już na papier wspomnień i kolekcją bezcennych zdjęć. Przeczytałem i... byłem pod wrażeniem. Zachęcałem do spisywania kolejnych, z najdrobniejszymi szczegółami, widzianych oczami rezolutnej dziewczynki obrazów z wczesnego dzieciństwa, czasów szkolnych, wreszcie wojny i okupacji, a także wyjazdu na Ziemie Obiecane... Udało się, w „Gazecie Lubuskiej” publikowaliśmy odcinek za odcinkiem. Aż któregoś dnia pani Teresa powiedziała mi na ucho, że chciałaby, żeby z tego wszystkiego powstała kiedyś książka. Już wtedy byłem pewien, że książka się ukaże. Bo pani Teresa to jedna z najbardziej konsekwentnych osób, jakie znam. No i mamy pozycję „Z tęsknoty za Nieświeżem”. I zaproszenie na spotkanie autorskie we wtorek o 16.00 w Sali Dębowej w bibliotece Norwida w Zielonej Górze.

Pani Teresa jest piątym i najmłodszym dzieckiem Aleksandry i Mikołaja Kiewliczów. Pierwszy syn żył zaledwie sześć tygodni, drugi zmarł po kilku dniach... Później rodziły się córki: Wiktoria, Regina, a w 1932 roku w Nowogródku na świat przyszła Teresa. Dzieciństwo spędziła w Nieświeżu i z tym miastem wiąże się większość historii opisanych w książce. Jedną z opowieści, której chyba nigdy nie zapomnę, jest ta z czasów okupacji niemieckiej. Lipiec 1942, niemal rok po aż do bólu realistycznie opisanych masowych egzekucjach w getcie zostało 560 Żydów. Wybuchło powstanie. Pani Teresa z ojcem przedwcześnie wracali z wakacji w Słucku. Zastali Nieśwież w pożodze.

Pani Teresa Gładysz jest piątym i najmłodszym dzieckiem Aleksandry i Mikołaja Kiewliczów.
Mariusz Kapała Pani Teresa Gładysz jest piątym i najmłodszym dzieckiem Aleksandry i Mikołaja Kiewliczów.

Klatki pozamykane tylko na haczyki z drutu, kilka ruchów i wszystkie mogłyby uciec, ale nikt tego nie zrobił. Spaliły się wszystkie i zwęglone leżały w klatkach i na ziemi.

„Poszłam z ojcem do domu. Z parapetu okna salonu zwisały struny fortepianu, część na zewnątrz, a część wewnątrz budynku. W przedpokoju, w którym urządziłam własny pokój, jeszcze coś się tliło, odgrzebałam spod gruzów nadpalony album ze zdjęciami, które częściowo ocalały. Meble drewniane spaliły się doszczętnie. Na zwęglone szczątki zawalił się strop. Największą tragedię przeżyłam, gdy wyszłam na podwórze. Tam miałam własną, jak na mnie dość dużą, ukochaną hodowlę królików angor. Pierwszą samiczkę kupiłam za własne zaoszczędzone pieniądze. Miałam już chyba około dziesięciu klatek. Były tam dorosłe, młode i tuż po urodzeniu. Klatki pozamykane tylko na haczyki z drutu, kilka ruchów i wszystkie mogłyby uciec, ale nikt tego nie zrobił. Spaliły się wszystkie i zwęglone leżały w klatkach i na ziemi. Klatki były zrobione przeze mnie ze skrzynek drewnianych. Też się częściowo spaliły.

Na pamiątkę po moich królikach została tylko wełna, która była dana wcześniej do przędzenia. Zrobiłam z niej potem cztery pilotki dla mnie, dla mamy i sióstr oraz szalik dla mnie. W ogrodzie była jedna, młoda papierówka, na której teraz wisiały pieczone jabłka. Tymczasowo zamieszkaliśmy u Oleszkiewiczów. Codziennie chodziliśmy na zgliszcza. Spod gruzu odgrzebaliśmy kilka nadpalonych mebli, chińską z laki ozdobną toażerkę, nadpalony stół kuchenny, kilka garnków, trochę sztućców, to były rzeczy, które do końca się nie spaliły, bo zostały przysypane spadającym stropem”.
Pani Teresa pokazała mi jedno z ocalałych, nadpalonych zdjęć. Delikatnie trzymając je w ręku, oczami wyobraźni widziałem zgliszcza domu w Nieświeżu...

Pod spodem tworzyła się brązowa galaretka, którą mama zbierała do osobnego naczynia i później dodawała do gotowania bielizny.

Przed sobą mam kolejną porcję wspomnień. Zaczynają się 15 maja 1945 na dworcu w Horodzieju. Jest tam też opowieść o... mydle. „Prawie wszyscy gotowali je sami. Kupowało się jakieś padłe zwierzę razem z kośćmi, wrzucało do kotła, dodawało sodę kaustyczną (która rozpuszczała mięso i kości), kalafonię. Gdy mama chciała mieć lepsze mydło, do mycia twarzy, przekładała pewną ilość zawiesiny do mniejszego gara, dodawała płatki róży lub bzu, śmietanę i masło. Gdy maź miała odpowiednią gęstość, przelewała ją do blaszek i odstawiała do ostygnięcia. Pod spodem tworzyła się brązowa galaretka, którą mama zbierała do osobnego naczynia i później dodawała do gotowania bielizny. Pozostałe mydło cięła na kawałki, układała na desce i podsuszała. Tę zebraną galaretkę wkładała do kamiennych garnków, zawiązywała papierem i stawiała na górnej półce w spiżarni. Miałam z tym nie lada przygodę”...

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Gazety Lubuskiej.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Gazety Lubuskiej
  • codzienne e-wydanie Gazety Lubuskiej
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Szymon Kozica

Z "Gazetą Lubuską" jestem związany od lipca 2000 roku - wtedy przyszedłem na praktyki do Działu Sportowego. Interesuję się sportem, ze szczególnym uwzględnieniem lekkiej atletyki i żużla. Uwielbiam żywe lekcje historii, czyli wspomnienia Czytelników pochodzących z Kresów i nie tylko z Kresów.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetalubuska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.