Żeby nie Samosiuki, to my byśmy tam nie przeżyli...

Czytaj dalej
Fot. Archiwum pani Bronisławy
Szymon Kozica

Żeby nie Samosiuki, to my byśmy tam nie przeżyli...

Szymon Kozica

– Z zielska zupę robiliśmy. O, żeby to była lebioda albo pokrzywa, to by było jedzenie! – mówi pani Bronisława. Tę historię poznaliśmy dzięki artykułowi, który ukazał się w... „Gazecie Lubuskiej”

A było tak... W Magazynie „GL” z 21-22 stycznia opublikowaliśmy wspomnienia z Sybiru, które spisała Lidia Biele¬feldt z domu Samosiuk, urodzona w Podosiu na Polesiu. „Zesłani zostali: Ksenia Samosiuk – moja babcia, jej synowie Antoni – mój ojciec, Mikołaj i Piotr oraz moja mama Nadzieja i ja jako 3-miesięczne niemowlę. (...) Jechała jeszcze z nami rodzina Poźniaków: Ewa i jej dwoje dzieci Wicio i Bronia” – wyliczała pani Lidia. Okazuje się, że wymieniona w tekście Bronia to dziś 85-letnia Bronisława Towpik, mieszka w Mycielinie pod Nowym Miasteczkiem. Jej syn Czesław znalazł ten artykuł w naszej gazecie i pokazał mamie. Odżyły wspomnienia sprzed dziesiątek lat, popłynęły łzy. Z ust pani Bronisławy padły słowa: Żeby nie Samosiuki, to my byśmy nie przeżyli...

Podekscytowany tą historią pan Czesław zadzwonił do naszej redakcji. Umówiliśmy się na spotkanie. To w drogę – do Mycielina!

Bardzo ładny był ten dom

Pani Bronisława wita mnie ciepłym uściskiem dłoni i serdecznym, wręcz babcinym uśmiechem. Jej rodzina pochodzi z miejscowości Uhlany. Poźniakowie od strony ojca to dziadkowie Anna i Adolf, którzy mieli dziewięcioro dzieci, ale przeżyli tylko: Józef, Paweł (rocznik 1909), Kazimierz i Maria. Z kolei Poźniakowie od strony matki to dziadkowie Hanna i Jan z sześciorgiem potomstwa: Józefem, Aleksandrem, Ewą (1910), dwoma synami, którzy wyemigrowali do Kanady, a także Michałem. Ewa i Paweł pobrali się około roku 1928. Owocami ich miłości byli syn Wiktor (1929) i córka Bronisława (1932). Oboje urodzili się w Uhlanach, ale wkrótce rodzina przeniosła się do domu w gromadzie Naru-towicze, który odziedziczyła w spadku po zmarłym stryju.

– Bardzo ładny był ten dom, drewniany, gontem kryty. Trzy pokoje. Jedno wejście od strony chlewu, drugie, z gankiem, od strony wsi – opisuje pani Bronisława.

Z rodzinnych dokumentów, poświadczonych pieczęcią i podpisem notariusza, dowiadujemy się, że dom miał „przestrzeń” 12 x 8 metra, stodoła – 15 x 10, a obora 6 x 10 (obie drewniane, słomą kryte). Do gospodarstwa należały też 4 hektary ziemi ornej, 2 hektary pastwiska i 3 hektary łąki.

– Krowy były dwie. Świnia jedna, dwie. I konik był, kobyłka. I urodziła kobyłkę, bardzo ładną. Tato jeździł wierzchem. Owiec z pięć. Kur z dziesięć – wylicza pani Bronisława. – Najwięcej siali żyta. I owies był, proso... Len, o, len tak. Warzywnik duży: jeden z tej strony od chlewu, a drugi za chlewem. Kapusty dużo, kartofle, marchew.

Najczęściej jadło się tołkanicę, czyli gotowane ziemniaki, tłuczone, ze skwarką. Do tego kwaśne mleko. Popularne były też zacierki, mizeria, krupnik jęczmienny i prosiany, placki ziemniaczane czy baba z kartofli. Kapustę, ogórki kisiło się w drewnianych beczkach. I nigdy się nie psuły, a służyły przez całą zimę. Dlatego w tej porze roku na stole
królował kapuśniak. A na święta była bułka z pszenicy, kiełbasa, słoninka, nawet kum¬piak, czyli szynka suszona na słońcu. Raz w roku, zwykle przed świętami, biło się świniaka. – Ale duży musiał być, ze dwieście kilo. Taka słonina była – pani Bronisława pokazuje cztery palce.

Paweł Poźniak miał sklepik. A w nim szwarc, mydło i powidło. Śledzie, nafta, sól, cukier, zapałki, papierosy, pestki dyni...

Pani Bronisława już jako mała dziewczynka miała sporo obowiązków. – Pasienie krów było. Bez przerwy trzeba było te krowy ganiać, przeganiać. Zielsko rwałam dla świń. Zimą już zaczynałam prząść kądziel. Mamie sprzątałam, podwórko zamiatałam, w sobotę podłogi pomyłam... Nawet doić potrafiłam – wspomina. – Zabawki? O, nie... Ani roweru, ani zabawek, nic.

Przyszli w nocy. Stukają w okno

Przed wybuchem II wojny światowej Paweł Poźniak powołany został do Żandarmerii Wojskowej. Po wkroczeniu Sowietów pracował na lotnisku w Rybnikach, więc liczył, że rodzina nie zostanie zesłana na Sybir. – A wywozili bogatych, kułaków, sołtysów, leśniczych, nauczycieli – wtrąca pani Bronisława. Ale się przeliczył.

20 czerwca 1941 roku... – Przyszli w nocy. Stukają w okno. Sołtys radziecki i dwóch z NKWD – relacjonuje pani Bronisława. – Jak mama usłyszała głos sołtysa, to otworzyła okno. I zaraz mówią, że mamy się ubierać, wywiozą nas tylko trochę dalej i jutro wrócimy. To my tak jak spaliśmy, leciutko ubrani, bo lato, idziemy do ciężarówki. A tam już ludzie są. Suchary mają, ciepłe ubrania... Nas dwoje i mamę wzięli. Tato był na lotnisku w Rybnikach.

Przejeżdżające ciężarówki widział Michał, przyjaciel Pawła Poźniaka. Pobiegł na lot-nisko, ale tam go nie znalazł. Ruszył więc na stację kolejową, gdzie w jednym z wagonów zauważył Ewę Poźniak.

– Michaś, to ty tutaj? – zdziwiła się Ewa. – Powiedz naszym, że nas na Sybir wywiozą. Żeby tu jakieś ubranie, chleba przynieśli.

Biegł żytem, przekazał tę beznadziejną wieść i prośbę o pomoc. – Poszli do Narutowicz, wzięli z naszego domu ubrania, kożuchy, tego chleba i przynieśli – przyznaje pani Bronisława. – Inni mieli tych sucharów, mówili: „Bierzcie i jedzcie”. Podczas jazdy dawali nam kipiatok, żeby tego suchara umoczyć i zjeść. I tak dojechaliśmy do Nowosybir¬ska. Taty już nie zobaczyliśmy...

Okazało się, że w dniu wywózki Paweł Poźniak wraz z innymi mężczyznami został uwięziony w stodole. Gdy dowiedział się o losie żony i dzieci, ruszył w ślad za nimi. W okolicach Baranowicz zobaczył zbombardowany transport, spalone ciała. Był przekonany, że tymi wagonami jechała jego rodzina. I nikt nie przeżył. Wrócił do Narutowicz, później zginął z rąk partyzantów.

Z zielska zupę robiliśmy

Ewa Poźniak wraz z dziećmi jechała jednak innym transportem. I miała ogromne szczęście, że podczas zsyłki spotkała Samosiuków. – Oni w wagonie nas zobaczyli. I pomagali – podkreśla pani Bronisława. – Nas chcieli wywieźć dalej, ale Samosiuki jakoś przekonali, żeby nas tam zostawili. Razem mieszkaliśmy, w jednym domu. Gdyby powieźli nas jeszcze na północ, to byśmy przepadli.

Miejscem przeznaczenia było Kołpaszewo, gdzie dopłynęli rzeką Ob, w bagażowni statku. Podróż trwała tydzień. Tam w Mikołaju Samosiuku zakochała się Monika, wdowa, której mąż zginął na wojnie. Samosiuko¬wie i Poźniakowie zamieszkali w domu tej kobiety, nazywali ją Mocia.

– Mama szła do pracy, była sprzątaczką w szkole. Czasem dawali jej tam troszkę zupy. Ale to była taka woda, jeden pomidor zielony czy dwa – pamięta pani Bronisława. – Z zielska zupę robiliśmy. O, żeby to była lebioda albo pokrzywa, to by było jedzenie!

Niestety, Ewa Poźniak złamała rękę i przestała sprzątać. Nie rabotajesz, nie kuszajesz. Z głodu zaczęła puchnąć. W takich chwilach ratunkiem była pomoc Samosiuków. Z kuchni, w której pracowała Monika, Mikołaj przemycał do domu niedźwiedzi tłuszcz. – Żeby nie Samosiuki, to my byśmy nie przeżyli – nie ma wątpliwości pani Bronisława. I mówi o swoim wypadku w pracy: Obcinałam gałązki z sosny. Ciachnęłam siekierką i tak prosto w palce. Pobiegłam do domu, mamy nie było. Ta Mocia owinęła mi rękę i lekarstwo było takie: co dzień ranę obsikać.

Później pani Bronisława już nie pracowała w tajdze, tylko opiekowała się dziećmi enkawudzistek, które na rozkaz wyjeżdżały na kilka dni. To był rok 1945. – I jedna z tych kobiet powiedziała mi w tajemnicy, że 29 lipca nas stąd wywiozą. I faktycznie. Do Nowo¬sybirska, tam pociąg... – pani Bronisława grzbietem dłoni ociera łzy. – Gdzie ci ludzie znaleźli te flagi, skąd wzięli? Jak wystroili ten pociąg, jak zaczęli śpiewać „Jeszcze Polska nie zginęła”... Tak dojechaliśmy do Kubania.

Ewa Poźniak dostała pracę w fabryce. – Tam wyprawiali olej do samolotów, spirytus, perfumy. Zawod był fajny – stwierdza pani Bronisława. – W Kubaniu wszystko już było. W buty nasypało się ziarna, kukurydzy i się szło. A zboże było rozmaite. I jagody w lesie, i trzcina cukrowa – ale to też trzeba było kraść. Z trzciny z wierzchu zdejmowało się skorupę, a w środku był taki cukierek, słodki. Słoneczniki tam siali. Kto pracował, to działkę miał. A taka ziemia dobra, że nie trzeba kopać. Co posiali, to rosło. Tarnina była, może gdzie i szczaw jakiś...

Wiosną 1946 roku, wśród śpiewów „Jeszcze Polska nie zginęła...”, transport z zesłańcami ruszył na zachód. Poźniakowie dotarli do Dusznik-Zdroju. Stamtąd rodzina ściągnęła ich na Ziemię Lubuską. Jarogniewice, Długie i wreszcie Mycielin, gdzie pani Bronisława wyszła za mąż.

***
Pani Bronisława bardzo chciałaby spotkać się z Lidią Bielefeldt z domu Samosiuk. Pomogłem nawiązać kontakt. Pani Lidia już telefonowała do Mycielina, z wizytą zapowiedziała się na przełomie marca i kwietnia.
– Ciekawe, jak wygląda. Czy ma siwe włosy? – pani Bronisława nie może doczekać się chwili, kiedy zobaczy koleżankę.

Szymon Kozica

Z „Gazetą Lubuską” jestem związany od lipca 2000 roku - wtedy przyszedłem na praktyki do Działu Sportowego. Pracuję w redakcji w Zielonej Górze. Interesuję się sportem, ze szczególnym uwzględnieniem lekkiej atletyki i żużla, a także tym, co dzieje się w Zielonej Górze. Uwielbiam żywe lekcje historii, czyli wspomnienia Czytelników pochodzących z Kresów i nie tylko z Kresów. Czas wolny chętnie spędzam z książką w ręku. Moim ulubionym autorem jest Gabriel García Márquez, który o sobie mówił tak: „W gruncie rzeczy nie jestem ani nie będę nikim więcej niż jednym z szesnaściorga dzieci telegrafisty z Aracataki”.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2022 Polska Press Sp. z o.o.