Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Żegnaj, moja ziemio, ale ja jestem Polakiem...

Czytaj dalej
Szymon Kozica

Żegnaj, moja ziemio, ale ja jestem Polakiem...

Szymon Kozica

Podole mlekiem i miodem płynące... - To region rolniczy. Pokażę panu ziemię - Marian Figiel znika na chwilę i wraca z litrowym słoikiem. W środku jest karteczka "Ziemia z Czernielowa Ruskiego z Podola. Proszę posypać na moim grobie".

Zapraszam do mnie, zobaczy pan Zieloną Górę z wysokości ósmego piętra - zachęca pan Marian. Przychodzę i przez balkonowe okno podziwiam panoramę miasta. - Zielona Góra jest miastem dwupiętrowym. Dworzec kolejowy, Zacisze to piwnica. Ratusz, deptak to parter. Palmiarnia, ulica Lwowska to pierwsze piętro. Wieża Braniborska, Wzgórza Piastowskie to drugie piętro - opowiada Kresowianin.

Ale nie o Zielonej Górze mamy rozprawiać, tylko o Czołhańszczyźnie i Czernielowie Ruskim na Podolu, skąd pan Marian (rocznik 1928) pochodzi i gdzie spędził dzieciństwo. - Prawdopodobnie mój dziad czy pradziad ze strony ojca przybył na Kresy ze Śląska - wspomina mój rozmówca. - Dziadków nie pamiętam, zmarli bardzo wcześnie. Mieli czterech synów i córkę: Jana (1894), Antoniego (1899), mojego ojca Ignacego (1904) i Katarzynę (1907), był jeszcze Józef, który w czasie I wojny światowej zmarł na tyfus. Ojca i ciocię wychowywał najstarszy brat.

Pan Marian pamięta za to dziadków Boryszczuków. - Eliasza i Marię. Mieli trzy córki: Anastazję, moją mamę Annę i Teklę - wylicza.

patrząc każdemu w oczy, przeszedł drugi raz, a za trzecim zatrzymał się przy ojcu i powiedział "Ty będziesz moim gospodarzem

Żegnaj, moja ziemio, ale ja jestem Polakiem...
Rada gminy, rok 1936. Drugi z lewej w górnym rzędzie Ignacy Figiel, ojciec pana Mariana, drugi z lewej w środkowym rzędzie stryj Antoni, trzeci z lewej w dolnym rzędzie nauczyciel Józef Żołna, a trzeci z prawej Antoni Kozłowski, najbogatszy gospodarz w Czernielowie Ruskim.

Ignacy Figiel poślubił Annę Boryszczukównę, gdy wrócił ze służby wojskowej we Lwowie. - A był tam adiutantem generała - podkreśla pan Marian. - Opowiadał mi tak... Generał zwrócił się do dowódców sześciu kompanii, żeby wyznaczyli po dwóch żołnierzy, z których wybierze sobie adiutanta. Na placu dwunastu żołnierzy stało w rzędzie, generał przeszedł raz, patrząc każdemu w oczy, przeszedł drugi raz, a za trzecim zatrzymał się przy ojcu i powiedział "Ty będziesz moim gospodarzem". Był bardzo zadowolony, co miesiąc dawał ojcu przepustkę i kieszonkowe na podróż do domu. Ale ojciec nie przyjeżdżał tak często, tylko oszczędzał te pieniądze. Po zakończeniu służby poślubił moją mamę, a za te oszczędności kupili kawałek pola.

Podole mlekiem i miodem płynące... - To region rolniczy. Pokażę panu ziemię - pan Marian znika na chwilkę i wraca z litrowym słoikiem. I karteczką w środku "Ziemia z Czernielowa Ruskiego z Podola. Proszę posypać na moim grobie". - Proszę dotknąć, u nas nie było piasku. Ludzie mieli gospodarstwa. W mojej miejscowości najbogatszy był człowiek, który miał 45 mórg. Antoni Kozłowski. A mieli też po 20, po cztery... A byli i tacy bez morgi. Ci, co nie mieli pola, pracowali na folwarkach. Ci, co mieli dwie-trzy morgi, na folwarkach pracowali w żniwa, za dziesiąty czy jedenasty snop.

Na Czołhańszczyźnie był folwark 600 mórg, czyli około 360 hektarów. W Czernielowie Mazowieckim dwa razy większy. W Czernielowie Ruskim folwarku nie było.

Pół roku trzeba było, żeby świniak osiągnął bekonową wagę 120 kilogramów.

- Na wsi głównym źródłem utrzymania była krowa - dodaje pan Marian. - U nas były dwa prywatne sklepiki spożywcze i jeden duży sklep ukraiński, tak zwana kooperatywa, i przy niej mleczarnia. Ludzie nosili tam mleko i na koniec miesiąca dostawali za nie zapłatę. Trzymali też świniaki. Pół roku trzeba było, żeby świniak osiągnął bekonową wagę 120 kilogramów. I z tego też były jakieś pieniądze. I jeszcze ze zboża, którego część gospodarz miał dla siebie na mąkę, część na paszę dla zwierząt, a nadmiar wiózł do Tarnopola i sprzedawał.

Żegnaj, moja ziemio, ale ja jestem Polakiem...
Archiwum pana Mariana Ośmioletni Marian Figiel z babcią Marią Boryszczukową, mamą Anną i synem sąsiada Stefanem.

- Gdy miałem pięć lat, pamiętam to dokładnie, ojciec w pierwszą niedzielę maja popędził ze mną krowę na pastwisko. A pastwiska były dwa, jedno nazywało się wygon, a drugie błonie - zaznacza pan Marian. - I na tym wygonie ojciec mówi do mnie tak "Od dziś będziesz pasł krowę i pamiętaj, żebyś jej pilnował". Ja cały tydzień za tą krową chodziłem, żebym ją dobrze poznał, żebym do domu nie przyprowadził innej...

Pan Marian otwiera teczkę z dokumentami i delikatnie wyciąga stare, pożółkłe, złożone na pół kartki. - Pokażę panu moje świadectwa - uśmiecha się. "Zaświadczenie szkolne. Figjel Marjan urodzony dnia 1 września 1928 r. w Czernielowie ruskim powiat Tarnopol religji (wyznania) rzym-kat. uczeń oddziału pierwszego przechodzi do oddziału drugiego" - to z roku szkolnego 1935/1936. Na świadectwach z trzech następnych lat są już oceny z poszczególnych przedmiotów.

Bo jakby szli główną, w mundurach, to Rosjanie łapali i od razu na Sybir.

- Urodził się pan 1 września... - zauważam.
- Tak. Data bardzo ważna dla szkolnictwa i dla historii - stwierdza pan Marian. - Pamiętam, jak w sierpniu 1939 ktoś w nocy zapukał do okna. Ojciec pyta "Kto tam?". I słyszy "Figiel, wstawaj! Wezwanie na wojnę masz". Matka w płacz. Ugotowała kilka jajek, słoninę i chleb w torbę. Poszedł ojciec na wojnę. Pięć tygodni był, potem polnymi drogami do domów wracali. Bo jakby szli główną, w mundurach, to Rosjanie łapali i od razu na Sybir.

Żegnaj, moja ziemio, ale ja jestem Polakiem...
Ignacy Figiel, ojciec pana Mariana, służył w wojsku we Lwowie w latach 1921-1923.

W roku 1941 wkroczyli Niemcy i zaczęli wywozić ludzi na roboty. Selekcja wyglądała tak: jeśli w domu były dwie-trzy albo więcej osób nadających się do pracy, to jedną zostawiali, a resztę brali do Niemiec. - U nas osobą roboczą był tylko ojciec, więc musiał pracować na miejscu, przy budowie autostrady - tłumaczy pan Marian. - Niemcy hitlerowscy planowali sobie autostradę Berlin - Lwów - Kijów - Moskwa. Powstała firma, której szefem był Ślązak. Jeśli ojciec źle się czuł albo chciał zrobić coś innego, to ja za niego chodziłem do tej pracy. Firma mieściła się w Stupkach, na trasie tej autostrady. W magazynie pobierało się łopaty, kilofy i szło się osiem kilometrów, bo taki odcinek był do przygotowania. U nas droga główna była z tłucznia, gliny i czarnoziemu. A Niemcy już asfaltowali. Jako pierwsza szła grupa z kilofami i wydłubywała tę glinę, druga z drucianymi szczotkami i wymiatała, następnie ktoś rozpryskiwał smołę z kotła, specjaliści rozsypywali szuter, a na koniec jechał walec.

Jak wróciliśmy do domów, to oni to detonowali.

W marcu 1944 pan Marian jeszcze spał, gdy weszli Rosjanie. Już byli na podwórku, już szukali mężczyzn w wieku 18-55 lat. - Rocznik 1926 szedł na wojnę. Rocznik 1927 do istriebitielnego batalionu, dostawał karabiny i chodził na obławy na banderowców. A mój rocznik zabrano na trzy tygodnie do Borków Wielkich na przyuczenie do służby wojennej - precyzuje mój rozmówca. - Później starszy lejtnant nami rządził i zbieraliśmy wszystkie bomby i pociski po polach. Jedna grupa zbierała, druga kopała doły, a woźnica szkapiną to zwoził. Jak wróciliśmy do domów, to oni to detonowali.

12 czerwca 1938 Marian Figiel przyjął I Komunię Świętą. - Dziś na komunię dzieci dostają rowery, komputery, drogie zegarki... A ja wtedy dostałem tylko to zdjęcie i rodzice zrobili w szkole przyjęcie z kawą zbożową i ciastkami, które sami upiekli - wspomina.

Gdy Rosjanie zabrali wszystkich mężczyzn, a w domach zostali tylko dziadkowie, kobiety i dzieci, 16-letniemu Marianowi przybyło obowiązków. - U nas żęło się sierpem i kosą. Żyto sierpem, bo wtedy słoma jest równa i nadaje się na pokrycie dachów. A spod kosy to już na przykład na podściółkę - wyjaśnia Kresowianin. - Przy ojcu widziałem, jak klepie się kosy. Ja uczyłem się klepać na gilzie pocisku z I wojny światowej. Matka budziła mnie o 6.00, bo już sąsiadki przychodziły z kosami. Byłem gospodarzem na kilka rodzin!

Żegnaj, moja ziemio, ale ja jestem Polakiem...
12 czerwca 1938 Marian Figiel przyjął I Komunię Świętą. - Dziś na komunię dzieci dostają rowery, komputery, drogie zegarki... A ja wtedy dostałem tylko to zdjęcie i rodzice zrobili w szkole przyjęcie z kawą zbożową i ciastkami, które sami upiekli - wspomina.

Ona leżała martwa na łóżku, on za skrzynią na ubrania, miał siekierę w plecach...

Następne lato to już pożegnanie z Podolem i wyjazd na zachód. Był sierpień 1945. - W Borkach Wielkich tydzień czekaliśmy na transport. Koło tej stacji banderowcy zamordowali starsze małżeństwo. Widziałem. Ona leżała martwa na łóżku, on za skrzynią na ubrania, miał siekierę w plecach... - pan Marian zawiesza głos. - Nasz transport składał się z 96 wagonów. Przed odjazdem demonstracyjnie podarłem legitymację istriebitielnego batalionu. Żegnaj, moja ziemio, ale ja jestem Polakiem...

Przez Przemyśl, Śląsk, Krzyż, Rzepin matka z synem jechali na Międzyrzecz. Ale utknęli w Sulęcinie, dalej nie dało rady, bo most w Wędrzynie zerwany. Ojciec odnalazł ich po drodze, w Katowicach. Niebawem dołączył do rodziny.

I jeszcze jeden dokument z teczki pana Mariana: "Żołnierz I Armii murem polskości stanie nad Odrą i Nysą! Za ofiarną walkę z niemieckim faszyzmem i wierną służbę dla dobra Demokratycznej Polski Naczelny Dowódca, Marszałek Michał Żymierski rozkazem nr. 141 przyznał Wam, ob. kapr Figiel Ignacy prawo do otrzymania na własność 10 ha. ziemi wraz z domem i zabudowaniami gospodarskimi w powiatach: Chojnice n. Odrą, Gryfin, Gubin, Żuraw. Żołnierz zdobył Ziemie Zachodnie dla Polski - żołnierz będzie na nich gospodarzem!".

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Gazety Lubuskiej.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Gazety Lubuskiej
  • codzienne e-wydanie Gazety Lubuskiej
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Szymon Kozica

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetalubuska.pl

Dwa bilety na Trasa Stand-up Skład 5.04.2019 r.

Prenumerata cyfrowa "Gazety Lubuskiej" z dwoma biletami na trasę Stand-up Skład GRATIS!

180,00 300,00

Trasa Stand-up Skład to projekt 9 komików organizowany w największych miastach Polski. Wykup dostęp do e-prenumeraty, a dwa bilety otrzymasz gratis!

Kup teraz

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.