Żegnaj, Wilno ukochane, droższe ponad cały świat (...)

Czytaj dalej
Anna Czepukowicz, Czytelniczka ze Świebodzina

Żegnaj, Wilno ukochane, droższe ponad cały świat (...)

Anna Czepukowicz, Czytelniczka ze Świebodzina

- Wszyscy stanęli kołem i zaśpiewali: Żegnaj, Wilno ukochane, droższe ponad cały świat... I wszyscy płakali - tak Anna Czepukowicz ze Świebodzina zapamiętała dzień, w którym opuszczała rodzinne Kresy. Swoje wspomnienia przesłała w liście do naszej redakcji.

Urodziłam się 2 stycznia 1929. Zaścianek Gradowszczyzna, województwo Wilno, powiat wileńsko-trocki, gmina Worniany - to mój adres przedwojenny. Ojciec i mama byli rolnikami, gospodarowali na 8 ha ojcowizny. Tato miał jednego brata, też gospodarza. Żyli bracia jak jedna rodzina. Mój ojciec i mama - narodowość polska, wyznanie rzymskokatolickie - urodzili się pod zaborem carskim. W tym czasie nie wolno było się uczyć po polsku. Gospodarze w sąsiedniej wsi wynajęli nauczyciela z Wilna i po kryjomu uczyli dzieci języka polskiego. Tato też uczęszczał do takiej szkoły. Rodzice trzymali wartę na skraju wioski, czy przypadkiem nie jedzie "uradnik" policjant. Dawali znak i dzieci uciekały do domu, a jeśli było już za późno, to nieraz całymi dniami i nocą siedziały cicho, zamknięte w tej komorze, gdzie pobierały naukę. Groziło za to zesłanie na Syberię. Dzięki księżom katolickim w kościele uczyli się mowy polskiej. Msza święta była po łacinie, a pieśni i modlitwa po polsku. Mama chodziła do szkoły rosyjskiej. Ojciec uczył ich po polsku w domu. Znał dobrze język polski. U nas ludność mieszkała polska, w domu rozmawiali po polsku.

Ojca nie zabrali do niewoli, natomiast zabrali do szpitala i wyjęli mu odłamek pocisku.

Mój ojciec służył w armii carskiej w Petersburgu. Gwardzista, kompania reprezentacyjna. Był wysoki, przystojny, cztery lata służył. 29 czerwca 1914 rodzice zawarli związek małżeński. W sierpniu wybuchła I wojna światowa. Zabrali go do wojska, na Mazurach Pruskich. Został ciężko ranny. Dwie doby leżał na polu boju. Ekipa sanitarna zauważyła go, żołnierz chciał ściągnąć mu buty, a ranny drgnął, więc zabrali i zawieźli do polowego szpitala. Siostra cara założyła w Moskwie szpital dla gwardzistów. Komisja lekarska przyjechała do polowego szpitala i wybierała, który był lżej ranny. Ojca ominęli, uznali, że nie nadaje się na leczenie. Był tam znajomy lekarz. Ojciec rozpoznał go, zaczął błagać, aby go zabrali. Ulitowali się i zabrali do Moskwy. Tam leżał w szpitalu osiem miesięcy. Wrócił do domu o kulach, rana w nodze jeszcze się nie zagoiła. Front się przesunął na wschód. Wkroczyli Niemcy. Ojca nie zabrali do niewoli, natomiast zabrali do szpitala i wyjęli mu odłamek pocisku.

Żegnaj, Wilno ukochane, droższe ponad cały świat (...)
Archiwum rodzinne Pani Anna (druga od lewej) z koleżankami: Jadwigą Łazarewicz, Janiną i Julią Ciechanowicz.

Wojna się skończyła, Wilno zostało włączone do Polski. Powstały polskie szkoły, urzędy. Ludzie cieszyli się, że mogli żyć po polsku. Wokół nas nie było Żydów ani Ruskich. W miastach i miasteczkach żyli Żydzi i Litwini. Ja byłam siódmym dzieckiem rodziców. Miałam kochającą się rodzinę. Przed wojną ukończyłam cztery klasy szkoły podstawowej.

Muzyka grała od rana do wieczora, śpiewał Fogg. Żniwiarze wracają z pola, śpiewają, mimo zmęczenia.

Tak zniszczyli majątek

Mój ojciec przed samą wojną wydzierżawił 300 ha od Hipolita Wańkowicza w Olginianach. Swoje gospodarstwo też oddał w dzierżawę na trzy lata. Sprzedał kawał lasu, kupił trzy konie, sprzęt gospodarczy. Wyjechaliśmy do majątku. Rodzeństwo było już dorosłe - dwóch braci i siostra. Piękna wiosna, tato siał, orał. Do żniw wynajmował 20 mężczyzn i dziewcząt. Ojciec z braćmi, siostrą i robotnikami rozpoczęli żniwa. Mama była w domu, gotowała, sprzątała. Dziedziczka prowadziła dom wczasowy. Przyjeżdżali wczasowicze z Poznania, Torunia, Warszawy. Muzyka grała od rana do wieczora, śpiewał Fogg. Żniwiarze wracają z pola, śpiewają, mimo zmęczenia. Śpiew ptaków - jakże było pięknie. Dobiegał koniec żniw. Upletli wieniec dożynkowy dla dziedziczki i dla mego ojca. Na dożynkach bawili się wszyscy: żniwiarze, parobcy, dziedziczka ze służbą, moja cała rodzina. Ojciec się cieszył, że udane żniwa.

Zostaw te ziemie, jedź do Wilna, kup soli, nafty, cukru, ubrania. Ty i tak nie będziesz zbierał. To ludzie zbiorą i nie będzie głodu, jak w tamtą wojnę

Pod koniec sierpnia goniec przyjechał konno i przywiózł obwieszczenie "mobilizacja do wojska młodych mężczyzn". Ucichła muzyka, płacz, wczasowicze w popłochu odjeżdżali do domu. Wilno i nasz dworzec zbombardowali na początku września 1939. Wybuchła wojna. Nasz dziedzic postanowił wyjechać. Spakował ogromny wóz. Zebrał służbę, powierzył pieczę nad całym majątkiem memu ojcu i pojechał z rodziną do Wilna. Na drugi dzień pod wieczór wrócił. Gdzieś pod Wilnem wojsko radzieckie zawróciło naszego pana: "Kuda ty jedziesz? Waraczaj damoj". Do ojca przyszło wezwanie, żeby się stawił na zjazd dzierżawców do Wilna. Tam wielki urzędnik Antonow zapewnił, że dzierżawcom włos z głowy nie spadnie, co zasieją, to będzie ich. Tato uwierzył. Młócił i siał żyto, 150 ha zasiał żytem. Mama mówi: "Zostaw te ziemie, jedź do Wilna, kup soli, nafty, cukru, ubrania. Ty i tak nie będziesz zbierał. To ludzie zbiorą i nie będzie głodu, jak w tamtą wojnę". Przyjechali urzędnicy z gminy i z powiatu. Podzielili ziemię po 10 ha pięciu parobkom, pan 10 ha ojcu, ludziom ze wsi. Za parę dni przyjechali, podzielili bydło, konie, owce, drób. Panu dali konia, krowę, wóz, świniaka. Ule z pszczołami też rozdzielili wśród ludności. Został tylko wół, nikt go nie chciał, bo był bardzo duży. Został sam w dużej oborze, rano i wieczór szedł do rzeki pić wodę, moi bracia dawali mu siana. Naszego nie ruszali.

Tato, ludzie wybili szyby drzwi w pałacu i wtargnęli do środka

Pan z córkami wyjechał pod osłoną nocy. Została pani i jej 85-letnia matka. Ludzie ze wsi wciąż przychodzili do majątku. W zaduszny dzień, 2 listopada, dużo osób chodziło koło domów. Wieczorem w naszym domu było kilku mężczyzn, rozmawiali z ojcem. Przybiegł mój starszy brat: "Tato, ludzie wybili szyby drzwi w pałacu i wtargnęli do środka". Było słychać krzyki, trzaski. Moja starsza siostra była u pani. W jednym momencie drzwi wyważyli i kilka osób wpadło do pokoju starszych pań, chwytali poduszki, kołdry. Siostra chwyciła za poduszkę, dała starszej pani, otworzyła okno, przesadzili starą kobietę przez okno i uciekły do nas do domu. Tato z panami się poradził, że mogą na nas napaść, więc wysłał gońca do sąsiedniego majątku. Tam już stacjonowało wojsko radzieckie. Dał znać, że rabują majątek. Usłyszeliśmy strzał, krzyki, ludzie uciekali, rzucali łup. Kilka osób aresztowali, przeważnie młodych, nie wiem, co się z nimi stało. U nas była dziedziczka z matką, oficerowie radzieccy, a żołnierze przywozili znalezione rzeczy.

Rano, gdy tylko się obudziłam, pobiegłam do domu pani. Okna powybijane, naczynia potłuczone... Boże, co za widok. Pani idzie do mnie i uśmiecha się. Oficer mówi: "Czego to się śmiać, płakać nada". Pani na to: "Trudno, takie czasy". Politruk pozwolił obu paniom załadować wóz, dał parobka, przepustka do Wilna, bo już była granica z Litwą - i wyjechali.

Pewien gospodarz z wioski miał pusty dom, chata i stodoła.

Rządcą został parobek pana - Bazuk, nam zabronili młócić zboże. Pewnego razu ojciec bardzo się kłócił z politrukiem i Bazukiem. Tato mówi: "Antonow, jakiś minister, zapewniał, że dzierżawcom nic nie zabiorą, a wy odpychacie ludzi od ziemi". Ojciec dobrze władał językiem rosyjskim. Politruk na te słowa: "Gulbicki, ty maju duszu prabił na wylot. Bazuk, oddaj jemu co do nitki, niech młócą". Minął tydzień, przyniósł żołnierz pismo "w ciągu 24 godzin opuścić majątek". Wojsko już mieszkało w majątku. Nasz dom zajęty. Pojechał tato do tego pana, dał mu tyle, co on żądał, ale jeszcze nie ustąpił. Pewien gospodarz z wioski miał pusty dom, chata i stodoła. Trzy konie, trzy krowy, wszystko do jednej wstawili komory, świnie w sieniach. Jałówki, owce, zboże, siano po sąsiadach w wiosce pozostawiali. Mróz w 1940 r. był bardzo ostry, 40 stopni, śniegu dużo. W nocy koń się zerwał, zaczął gryźć, kopać. Jeden koń się skaleczył. Weterynarz wojskowy leczył tego konia. W końcu ojcu powiedział: "Sprzedaj, bo i tak ci zabiorą".

W lutym 1940 wojsko radzieckie wyjechało na front. Politruk Filjanecki też wyjechał. Już nas nie prześladował. Wszyscy cywile z majątku musieli się wyprowadzić. Majątek został opuszczony, rozebrali budynki, chyba na opał. A ten biedny wół chodził do rzeki, wieczorem wracał. Żołnierz stał na warcie, ciemno, "stój! stój!", nikt nie odpowiada, a słyszy, że się zbliża, więc strzela - i zabił woła. Żołnierze mieli co jeść. I tak zniszczony został 300-hektarowy majątek w tak krótkim czasie.

W czerwcu 1941 samoloty niemieckie bombardowały Wilno, a wojsko szosą jechało na wschód.

Bracia poszli na wojnę

W lutym wywieźli dwie rodziny z tej wioski na Sybir. Ktoś ojcu powiedział: "Uciekaj stąd, jesteś na liście". W nocy uciekliśmy do swego domu. Temu panu, co mieszkał u nas, ojciec zapłacił tyle, ile żądał. Już tylko mieliśmy jedną klacz i krowę. W 1940 r. poszłam do szkoły. Uczyli nas mowy i pisania po rusku. Nie wolno było rozmawiać po polsku, chodzić do kościoła. Nałożyli wielkie podatki. Wyrąb lasu przymusowy, kto miał konia - wywóz drewna, młodzi mężczyźni, od 18. roku życia, rąbali las. Nawet 20 km od miejsca zamieszkania.

Żegnaj, Wilno ukochane, droższe ponad cały świat (...)
Archiwum rodzinne Anna Czepukowicz z dziećmi: bliźniakami Mirosławem i Mieczysławem oraz Alicją.

W czerwcu 1941 samoloty niemieckie bombardowały Wilno, a wojsko szosą jechało na wschód. Wojsko radzieckie uciekało polem, lasem, z dala od publicznych dróg.

Ludność polska cieszyła się, że oswobodzili nas od Sowietów, że nie wywiozą nas na Syberię. Niedługo trwała ta radość. Hitlerowcy rozprawili się z ludnością żydowską. W Ponarach rozstrzelali tysiące Żydów i Polaków. Litwinom dali władzę, posterunki prawie w każdej wiosce. Nałożyli kontyngent nie do wypłacenia. Wielu gospodarzy nie zapłaciło, więc zabrali ludzi i dziesięć osób na placu w Michaliszkach rozstrzelali. Młodzież zabrali na przymusowe roboty.

Niestety, chleba już wszystkim brakowało.

Utworzyły się bandy z jeńców sowieckich. Sprzymierzeńcami tych band byli ludzie tutejsi, wskazywali, kogo rabować i zabijać. Zamordowali Oleńskiego z żoną, on miał majątek ziemski, wrócił do domu, jak Niemcy przyszli do nas. Banda napadła na leśniczego, zabili dwoje dzieci: 14 i 4 lata. Ludzie pomogli Niemcom wyłapać tę bandę. Utworzyła się polska partyzantka, prawdziwa. Rozgonili litewskie posterunki, chronili ludność polską. Niemcy już nie przyjeżdżali po kontyngent. Ale jeść wszyscy chcieli. Sowieci i Polacy. Niestety, chleba już wszystkim brakowało.

Mego brata Jasia też wyznaczyli do pracy przymusowej. On się nie stawił w danym czasie, więc Niemiec z sołtysem przyjechali i zabrali go. Tam gdzieś w areszcie dali mu 20 gum na plecy. Uciekł, udało mu się. Przybiegł do domu. Były wiosenne roztopy, więc był cały mokry, a plecy czarne jak węgiel. Ojciec go zawiózł 20 km do cioci, tam się przechował.

Pisał, że są w okopach pod Warszawą, a miasto płonie.

Latem 1944 słychać było strzały armatnie, zbliżał się front wojenny. Pojawiły się samoloty radzieckie, Niemcy uciekali w popłochu. Znów armia radziecka wkroczyła do Wilna. Ogłoszono mobilizację mężczyzn do wojska polskiego. Została utworzona armia polska Wandy Wasilewskiej. Partyzantów wyłapali, rozbroili i wywieźli do Kaługi. Nikt się nie zgłaszał do wojska, więc rozpoczęły się łapanki. Jeśli młodego człowieka złapali, zabrali do więzienia, bardzo dużo rozstrzelali na oczach rodziców. Moi dwaj bracia - Józek i Jaś - oraz dwaj kuzyni - Władek i Mietek Gulbiccy - poszli do wojska. Kazali im się podpisać na Białorusów. Nikt się nie zgodził, przydzielili ich do wojska polskiego. 12 listopada 1944 moi dwaj bracia i ośmiu kuzynów poszli na wojnę. Jaś i Mietek zostali przydzieleni do kościuszkowców. 7 stycznia 1945 ostatni list dostaliśmy od Jasia. Pisał, że są w okopach pod Warszawą, a miasto płonie. 7 lutego zginął na polu walki pod Wałczem. Rodzicom przysłali zawiadomienie, dokładne dane, gdzie zginął. Po wojnie byliśmy kilka razy w Wałczu na wojskowym cmentarzu. Polscy i radzieccy żołnierze leżą na tym cmentarzu, zadbanym, pięknym. 10 tys. młodych serc tam leży, brat miał 22 lata.

Wozem na plac Wolności

W lutym 1945 Stalin wydał rozkaz, że przerzucą 6 tys. Polaków na ziemie odzyskane. Otworzyli biura repatriacyjne na krótko, nie wszyscy mogli się zapisać, więc zamknęli. Część ludzi wyjechało. Jesienią otworzyli zapisy do Polski. Kto miał odpowiednie dokumenty, zapisał się. Co to ludzie dorośli przeżywali - jechać w nieznane.

Żegnaj, Wilno ukochane, droższe ponad cały świat (...)
Archiwum rodzinne Rodzina Anny Czepukowicz. Siedzą: babcia Petronela Rogacz i jej synowa Ludwika z Weroniką. Stoją od lewej: ciocia Aniela, wujek Bolesław, Wiktoria z mężem.

Moja cała rodzina - tato, mama, dwie siostry, mały brat i ja - w lutym 1946 opuściła dom rodzinny. Pożegnanie było krótkie, odmówiliśmy różaniec, popłakaliśmy, rozstaliśmy się ze stryjem (taty bratem) i jego rodziną. Na drodze w Gudogajach wyładowaliśmy swój dobytek i dwie doby czekaliśmy pod gołym niebem na transport. W sobotę podstawili towarowe wagony. Koledzy i kuzyni pomogli nam załadować konia, krowę i wszystkie rzeczy: paszę dla bydła, worek sucharów, chleb, słoninę, kaszę. Byliśmy zabezpieczeni w żywność.

Wieczór, wszyscy już są załadowani. Z resztek drewna, słomy rozpaliliśmy wielkie ognisko. Wszyscy stanęli kołem i zaśpiewali pieśń (na nutę "Wołga, Wołga, ruska rzeka"):

Żegnaj, Wilno ukochane,
droższe ponad cały świat,
tu się rodził, tu wychował,
tu wspomnienie z młodych lat.
Matko Boska Ostrobramska,
tyś królowa polskich ziem,
w tobie ufność pokładamy,
strzeż i ocal nas przed złem.

Urodziłam czworo dzieci, ostatnie bliźniaki. Najstarszy syn zginął, gdy miał 12,5 roku

Wszyscy płakali. W niedzielę rano dzwony w kościele dzwonią, a nasz pociąg rozpędził swój bieg i powiózł nas w nieznane. Trzy tygodnie jechaliśmy. Białystok, Olsztyn, Poznań, aż do Świebodzina. Przyjechał duży wóz drabiniasty i zawiózł na plac Wolności. Tu się mieścił PUR. Dostaliśmy pokój na dwie rodziny. Ojciec szukał po wioskach miejsca do zamieszkania. Osiedliliśmy się w Międzylesiu. Tu ludność była już z różnych stron Polski. Tu poznałam męża, który wrócił z wojny do swojej rodziny. Pięć lat mieszkaliśmy w Międzylesiu. Mąż pracował w jednostce wojskowej. Wyjechaliśmy do Świebodzina. Urodziłam czworo dzieci, ostatnie bliźniaki. Najstarszy syn zginął, gdy miał 12,5 roku, córka miała wtedy 8 lat, a bliźniaki 2-3 miesiące. Dzieci wyrosły, wykształciły się, założyły rodziny. Mąż 10 lat temu odszedł do wieczności, a ja, staruszka zostałam. Żyję z synem i jego rodziną w zgodzie i miłości.

Anna Czepukowicz, Czytelniczka ze Świebodzina

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetalubuska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.