Dariusz Chajewski

Złote lata i tragiczny koniec mieszkańców grodu w Wicinie

Wicina praktycznie nie jest przebadana. W XXI wieku prace kontynuowano w starych wykopach Fot. Mariusz Kapała Wicina praktycznie nie jest przebadana. W XXI wieku prace kontynuowano w starych wykopach
Dariusz Chajewski

Wicina była jakby stolicą minipaństewka. W promieniu 15 km wokół rozciągał się niewielki region złożony ze „stolicy”, czyli osady obronnej oraz skupionych wokół niej sadyby, cmentarze...

Niedaleko niewielkiej rzeczki, dziś dopływu Lubicy, rozciągała się górująca nad okolicą piaszczysta wydma. Ponieważ wokół znajdowały się rozległe mokradła, przypominała wyspę. Wokół każdy skrawek nadającej się pod uprawę ziemi był zagospodarowany, ale dominowały zalewane okresowo łąki. Na niewielkich działkach uprawiano zboża: pszenicę, jęczmień i proso. Obok rosły groch, bób i soczewica, a także len oraz mak. Dlatego też jesienią czworokątne spichrze pękały w szwach. Za linią lasu teren nieco się podnosił, widać było wzgórza – to polodowcowe wyniesienie żarskie...

Życie w cieniu wału

Najpierw była to anonimowa wieś. Jednak z każdym rokiem stawała się coraz bardziej znana, a mieszkańcy zaczęli być majętni. Za sprawą sztuki produkcji brązu stawali się coraz zasobniejsi, a zaglądających tu kupców dobrze już znali. A nie były to bezpieczne czasy. Lotem błyskawicy, od osady do osady, rozchodziły się alarmujące opowieści o brodatych, okrutnych koczownikach, Kimme-rach, którzy zaczęli najeżdżać osady na południu. Stąd w VII wieku przed naszą erą także w Wicinie rozpoczęto budowę wału drewniano-ziemnego.

A już sto lat później wicinianie postanowili udoskonalić swoją fortecę. Prace były już na ukończeniu, wały miały mniej więcej sześć metrów wysokości i dziesięć szerokości u podstawy. To jakieś trzy czwarte planu zaplanowanego przez budowniczych. Czy osady kultury łużyckiej były pierwszymi lubuskimi, polskimi miastami? Historycy uważają, że nie. Osady nie miały miejsca centralnego, budowli publicznych, były samowystarczalne, a ich domy były niemal identyczne. To jeszcze nie miasto.

W blasku Słońca

Ozdoby, które przywdziewały ówczesne kobiety, mężczyźni i dzieci miały nie tylko upiększać, ale przede wszystkim chronić przed wszystkim, czego się bali. Zabezpieczeniem miały być zarówno zdobienia, jak i sama forma ozdób podporządkowana kultowi solarnemu. Słońce symbolizowały znak „x”, spiralna forma, znaki i ryty. Dla mieszkańców Wiciny, podobnie jak dziś dla archeologów, miały one przede wszystkim wartość duchową.

Stolica brązu

Specjalnością Wiciny, która rozsławiła ją zapewne w bliższej i dalszej okolicy, była produkcja brązu. Nic zatem dziwnego, że archeolodzy znaleźli tutaj narzędzia służące do wytopu metalu i jego obróbki. Były to gliniane łyżki i tygle odlewnicze, ułamki form odlewniczych, jedyny odkryty w Polsce egzemplarz młota kowalskiego z okresu halsztackiego, rogowy młoteczek cyzelerski, zestaw przecinaków i dłut. Bardzo bogaty jest również zbiór gotowych już przedmiotów z brązu i żelaza, chociaż nie do końca jest pewne, że wszystkie były „made in Wicina”. Głównie to ozdoby naszyjniki, szpile, bransolety, naramienniki, spiralki z drutu, guzy, wisiorki, paciorki. W osadzie znaleziono także figurki i wisiorki z brązu, przedstawiające ludzi i zwierzęta. Narzędzi było tam zresztą sporo: od żelaznych noży, przez płaskie kamienie żarnowe i rozcieracze do ziaren, brązowy sierp, ciężarki tkackie, przęśliki, rylce, szydła i igły.

Jak chcą historycy, grupa śląska kultury łużyckiej najprawdopodobniej przejęła kontrolę nad słynnym szlakiem bursztynowym, który prowadził od północnych wybrzeży Morza Adriatyckiego, przez obszary naddunajskie, a następnie rzeką Morawą ku Bramie Morawskiej i dalej przez Śląsk, Odrą do Morza Bałtyckiego. Wytwarzane w Wicinie przedmioty z brązu wymieniano na żywność, surowce i inne produkty sąsiednich osad. Produkcja metalu oparta była prawdopodobnie na sprowadzanej z dalekich stron rudzie. Żelazo, brąz i złoto nie występują w okolicy i najbliższe złoża, z których mogły pochodzić, znajdują się w Sudetach. Do osady trafiały też inne towary i surowce z odległych terenów. Z północy sprowadzano bursztyn.

Śmierć wicińskiej księżniczki

Miała około 25 lat. Jej urodę podkreślały złote ozdoby głowy, sznur szklanych paciorków, szpila przytrzymująca szatę i zapinki. To znaczyło posażną pannę i zapewne dlatego nazwano ją wicińską księżniczką. Pewnego dnia, a działo się to na przełomie VI i V wieku przed naszą erą, wyszła z domu obwieszona ozdobami. Jak chcą niektórzy, tego dnia, a było to jesienią, w Wicinie trwało jakieś święto. Może plonów? To osłabiło czujność. Zresztą za sprawą przebudowy umocnień osada była niemal bezbronna. Jej mieszkańcy nie zdążyli przygotować się do obrony lub nie mogli się bronić, brakuje bowiem śladów zaciętej walki i szkieletów obrońców.

Wróg to wykorzystał. Kim byli okrutni najeźdźcy? Była to zapewne jedna z wypraw Scytów lub ludów powiązanych ze Scytami, żyjących w tamtym czasie na Zakarpaciu. O najeźdźcach świadczą pozostałości broni: liczne groty strzał do łuku oraza czekany typu scytyjskiego. Osada została zdobyta. Ludność uprowadzono w niewolę, częściowo wymordowano. Właśnie niewolnicy i bydło stanowiły główny cel łupieżczych wypraw. W trakcie prac wykopaliskowych odkryto szkielety kobiet, dzieci oraz starszych mężczyzn bez pochówku, pozostawione w zgliszczach spalonej osady. Znaleziono przy nich ozdoby stroju i ciała. Dla lubujących się w złocie Scytów kosztowności z brązu nie miały żadnej wartości. Niedaleko scytyjskiej księżniczki leżał szkielet matki przykrywającej swoim ciałem siedmioletnie dziecko. Część wicinian mogła zaczadzić się podczas pożaru grodu.

Mieszkańcy starali się w panice ukryć swoje mienie. W jednej z jam, wypełnionej żołędziami, leżały schowane brązowe ozdoby, które w ostatniej chwili przykryto jeszcze garnkiem.

Osadę całkowicie spalono. Pożar strawił wszystko, ale jednocześnie uchronił przed rabunkiem i likwidacją liczne przedmioty codziennego użytku. Jak w tragedii antycznych Pompejów – kataklizm przyczynił się do zachowania obrazu życia osiedla unicestwionego prawie w jednym momencie.

Czy byli Słowianami?

Kim byli? Na przełomie XIX i XX wieku dominował pogląd, według którego ludność kultury łużyckiej przybyła na obszar dorzecza Odry i środkowej Łaby z ziem położonych w dorzeczu środkowego Dunaju. Największe emocje wśród archeologów budzi kwestia przynależności etnicznej ludności kultury łużyckiej. Wiąże się to z teorią o autochtonicznej genezie Słowian oraz z powstaniem terminu „prasłowianie”. Według hipotezy Józefa Kostrzewskiego to właśnie ludność kultury łużyckiej miała być przodkiem późniejszych Słowian. Koncepcja ta obowiązywała w polskiej archeologii przez kilka dziesięcioleci, kiedy to badacze mieli za zadanie dowieść przynależności ziem zachodnich do Słowian. Była to także odpowiedź na teorie archeologów niemieckich, którzy doszukiwali się w kulturze łużyckiej wątków kultury pragermańskiego.

Wciąż czeka na odkrycie

Na ile ta nasza opowieść i rekonstrukcja Roberta Jurgi (na kolejnych stronach) odpowiada ustaleniom archeologów?
– W dużej mierze opierają się na wynikach badań, które przez lata prowadził Adam Kołodziejski – mówi archeolog Sławomir Kała-gate, który pracował w Wicinie już na początku XXI wieku. – Oczywiście wiemy dziś więcej, chociażby dzięki badaniom dendro-
chronologicznym i zoochrono¬logicznym. Tych pierwszych wykonaliśmy najwięcej w Europie. Dzięki nim możemy w miarę precyzyjnie powiedzieć, że początek budowy grodziska to mniej więcej rok 754 p.n.e., a niszczycielski najazd scytyjski miał miejsce po 571 roku p.n.e. Musimy sobie jednak zdać sprawę, że to ciągle ledwie wycinek, ułamek wiedzy, którą oferuje nam to grodzisko. Ostatnio zajmowaliśmy się jedynie eksploracją dwóch niedokopanych wykopów. Czeka nas tutaj z pewnością wiele niespodzianek i tajemnic do odkrycia.

Badacze nie mają wątpliwości, że Wicina to nasz nie tylko regionalny, ale narodowy skarb, co najmniej równoważny z Biskupi-nem. Dzięki swemu gwałtownemu kresowi czas się jakby tutaj zatrzymał, a grodzisko przetrwało w miarę dobrym stanie…

– To naprawdę nasz skarb, który powinien przyciągać tłumy turystów – mówi archeolog Alina Jaszewska. – Stąd nasz pomysł utworzenia parku kulturowego, którego stanowi on centrum. Park zajmuje 35,7 ha. Grodzisko znajduje się w jego północnej części i wraz z 30-metrowym kontekstem podlega ścisłej ochronie konserwatorskiej. Powołaliśmy fundację, którą ma zarządzać Centrum Naukowo-Badawczo-Edukacyjno-Turystyczne. Uważamy bowiem, że naszym obowiązkiem jest nie tylko zachowanie tego skarbu, ale przede wszystkim pokazanie go ludziom, Lubuszanom, gościom. Cóż, pozostał tylko drobiazg – fundusze…

Dariusz Chajewski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetalubuska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.