Winiarstwo to nie jest romantyczny spacer z kieliszkiem wina przy księżycu. Byliśmy w Winnicy Senator w Niedoradzu. Zobaczcie

Czytaj dalej
Fot. Eliza Gniewek-Juszczak
Eliza Gniewek-Juszczak

Winiarstwo to nie jest romantyczny spacer z kieliszkiem wina przy księżycu. Byliśmy w Winnicy Senator w Niedoradzu. Zobaczcie

Eliza Gniewek-Juszczak

– Jak się człowiek zastanowi, ile tych winobrań do końca życia zostanie, to rozumie, że tę wiedzę trzeba przekazywać i uczyć młodzież – mówi Marek Senator, który w Niedoradzu i Zaborze prowadzi winnicę.

Marek Senator jest z zawodu specjalistą stomatologiem. Ma ponad 32 lata doświadczenia w tej branży. Ale jednocześnie jest też już doświadczonym winiarzem. Pierwszą winnicę założył w 1992 roku w Zielonej Górze na działce pracowniczej. Wtedy sadzonki kupowało się od przypadkowych ludzi. Potem dopiero się okazywało, że była to winorośl, z której owoców nie dało się zrobić dobrego wina.
– To była mała, amatorska winnica. Jak to, mieszkać w Zielonej Górze i nie mieć winnicy? To nie wypada. Spróbowałem zmienić to w profesję, ale to bardzo trudna droga – opowiada właściciel winnicy Senator.

Tak naprawdę winiarz to musi być pasjonat albo człowiek niezależny finansowo. Zdecydowana większość winiarzy nie zaczynała od rolnictwa – podkreśla Marek Senator.

Trudno zostać winiarzem

– Winnice w Europie tworzone były przez setki lat. Winiarz często dostawał winnice od ojca, lub dziadka. Nie musiał wszystkiego robić za jednego pokolenia. U nas jest tak, że musimy wszystko robić od gołej ziemi. Jak się człowiek zastanowi, ile tych winobrań do końca życia zostanie, to rozumie, że tę wiedzę trzeba przekazywać i uczyć młodzież. A tak naprawdę za wielu następców nie ma.
Marek Senator wspomina, że jako grupa inicjatywna z Zielonogórskiego Stowarzyszenia Winiarskiego, próbowali zaszczepić ideę winiarstwa. Nawet udało się wokoło winiarstwa zgromadzić grupę ludzi, która się tym fascynowała, ale niewielu z nich przerodziło zainteresowanie w działalność gospodarczą. – Prowadzenie profesjonalnej winnicy musi dać wynik ekonomiczny na plusie. I w tym momencie powstaje pytanie, ile winnicy trzeba mieć, aby rodzinę utrzymać. Areał, który mamy w Zaborze, czyli 2 ha powinien dać utrzymanie rodzinie. Ale np. w Niemczech granicą opłacalności jest 10 hektarów, w Czechach 5 ha. Tyle, że 5 ha zabija pracą rodzinę. To jest ponad 2 tys. roboczogodzin na hektar rocznie – wylicza pan Marek i potwierdza, że pierwsze 9 lat działania winnicy to bilans na zero. – Nie wiem, czy mając do wyboru drugi raz taką drogę życiową, czy jeszcze raz chciałbym to popełnić. Efekty cieszą, ale jeśli ktoś myśli, że winiarstwo to jest romantyczny spacer z kieliszkiem wina przy księżycu, to się myli. To jest pot, kurz, łzy, popsuty sprzęt, szpaki, problemy ze sprzedażą wina. Tak naprawdę winiarz to musi być pasjonat albo człowiek niezależny finansowo. Zdecydowana większość winiarzy nie zaczynała od rolnictwa – podkreśla Marek Senator.

Winnica jest wielką pasją

Właściciel winnicy w Zaborze w Niedoradzu ma winnicę kolekcjonerską. Zgromadził tutaj ponad 200 odmian winorośli. Każda roślina jest inna. Uśmiecha się, że jeśli chce sprawdzić co gdzie rośnie, chodzi z mapą. Ale doskonale zna każdą z odmian, opowiada o każdej ciekawostki, pokazuje różnice w liściach i gronach. Winnicę prowadzi w taki sposób, aby z jednej winorośli było około 1,5 kilograma owoców, czyli tak, aby jedna roślina produkowała butelkę wina.
Na winnicy w Zaborze pan Marek uprawia dwie odmiany Roter Riesling i Reberger. Wyjaśnia, że to dlatego, że większa ilość odmian na polu wiąże się z problemami technicznymi w piwnicy, ponieważ powstają kolejne roczniki wina, które trzeba obsłużyć. – Mnogość odmian niczemu nie służy, generuje tylko mnogość kłopotów winiarzowi. Wiele odmian w niewielkich ilościach wina nie jest atrakcyjnym kontrahentem dla sieci hurtowi, bo jest go za mało, żeby z hurtownią rozmawiać – tłumaczy zawiłości zawodu. – Przed wojną winiarze, tak jak teraz, bardzo często nie traktowali winiarstwa jako jedynego zawodu. U wielu funkcjonowało to jako dodatkowe źródło dochodów.
Marek Senator produkuje również napoje alkoholowe. – Jesteśmy jedynymi producentami alkoholu w województwie. Mamy koncesję produkcyjną na likiery i nalewki oraz mocne alkohole. Mamy własne linie krupniku, alkoholi na bazie piołunu i anyżu. Produkujemy też gin, w sumie ponad 100 różnych alkoholi – wymienia.

Co w butelce, wie winiarz

– Jak się wejdzie do sklepu winiarskiego, to tam się półki uginają od kolorowej chemii. Można kupić genetycznie zmienione drożdże, które wprowadzają intensywny aromat muskata, czy różne inne proszki, po których dosypaniu, znika jeden aromat, a pojawia się drugi. Można zwiększyć gęstość, dokwasić, odkwasić, podnieść taniny, zbić taniny. Skalę możliwości określa procent przemysłu, który we Francji, pracując dla rolnictwa, pracuje na chemię dla winiarstwa, to aż 3/4 – mówi winiarz.
Winnice, które mają obszar 2-3 hektarów mają wino dopieszczone, wypielęgnowane. Owoce są zbierane ręcznie. – Nie ma co ukrywać, że w winnicach, które produkują dla sieci marketów każda czynność winiarska jest zmechanizowana. Takie wino człowieka nie widziało. Ale jest zrobione poprawnie i jest tanie – tłumaczy pan Marek. - Na jakość wina w 85 proc. wpływa praca na winnicy. Jak się ma dobry surowiec, to się zrobi dobre wino.
Właściciel winnicy podkreśla, że praca nie jest łatwa. – Winnice to monokultury, jedna roślina uprawiana jest w bardzo dużym zagęszczeniu. Nie da się monokultury uprawiać bez ochronnej chemii, można stosować tradycyjną, jak kiedyś, siarkę i miedź, albo nowoczesne zdobycze. To kwestia wyboru winiarza i odmiany. Postawiliśmy na Rebergera, który powstał ze skrzyżowania odpornej odmiany Regent z odmianą Frankovka. Niemcy się chwalą, że krzyżując te dwie odmiany uzyskali odmianę, która wymaga o 85 proc. mniej oprysków. Jest taniej, nie muszę jeździć latać z opryskiwaczem, mam mniej kosztów. A to próba wejścia w wina bio. Ten rok jest fajny, było gorąco, winorośle nie chorują. Ale są lata wilgotne, kiedy grzyby opanowują rośliny. Gdyby się udało w tym roku, to starałbym się o certyfikat bio. To się okaże w przyszłym sezonie, wtedy będzie jasne, jakie wyjdzie wino – liczy Marek Senator.

Wino łączy się ze sztuką

Winnica Senator bierze udział z sukcesami w różnych konkursach alkoholowych.
Przy winnicy działała też pracownia ceramiki. Pomieszczenie dla gości wypełnione jest pracami, które powstały na miejscu i zostały wypalone w ceramicznym specjalnym piecu. Ściany zdobią obrazy, które namalował właściciel winnicy. – Fajnie cieszyć się efektem jak wino wychodzi – mówi na koniec nasz rozmówca.

CO ZOBACZYĆ W OKOLICY?

Historia Matki Bożej z Klenicy w Otyniu
Miejscowy kościół został podniesiony do rangi Sanktuarium Matki Bożej Królowej Pokoju w grudniu 2005 roku.
Ubogiej pasterce z Klenicy miała podarować swój wizerunek sama Matka Boża. Dziewczyna umieściła figurę na dębie i modliła się do niej, podobnie jak później też inni mieszkańcy. Zbudowano nawet mały kościół. Z informacji parafii wynika, że podczas potopu szwedzkiego Jezuici, chcieli zabezpieczyć figurę przed profanacją i przenieśli ją do kaplicy zamkowej w Otyniu, a w 1656 r. do kościoła. Od 1665 r. odbywały się 2 lipca pielgrzymki z figurą Matki Bożej z Otynia do Klenicy. Pod koniec II wojny Otto Stephan kazał zamurować figurkę w podziemiach zamku, żeby nie została skradziona. Po pożarze klasztoru w 1952 r. trafiła do kościoła parafialnego najpierw do ołtarza bocznego, a w 2004 r. do głównego.

Reprezentacyjny plac w centrum Niedoradza
Fontanna i figura Matki Bożej położone są na reprezentacyjnym placu. To tutaj zbierają się czasem mieszkańcy. Można przysiąść na ławce.

Trwała ruina dawnego zamku i klasztoru w Otyniu
Niedaleko rynku można trafić na ruiny zamku. Z portalu Lubuskiego Konserwatora Zabytków dowiadujemy się, że w XVI wieku zamek był otoczony fosą. Zajmował obszar zbliżony do dzisiejszego. W jego obrębie znajdowały się budynki mieszkalne, kuchnia, piekarnia, browar, stajnia i zbrojownia. W połowie XVII w. obiekt remontowali jezuici. W 1702 r. miasteczko i klasztor dotknął pożar. Rok później jezuici znów przebudowali obiekt i dobudowali kaplicę. Po wojnie mieszkali tu pracownicy PGR.

Atrakcją będzie ścieżka rowerowa na dawnych torach
Budowana w powiecie ścieżka rowerowa prowadzi po nasypie nieczynnej linii kolejowej nr 371 Wolsztyn - Żagań. W gminie Otyń można się włączyć np. niedaleko parku technologicznego Interior. Cała ścieżka będzie wyłożona asfaltem. Będzie miała 48,2 km. Rowerostrada ma być gotowa do końca października. Już od wielu tygodni cieszy się ogromnym zainteresowaniem rowerzystów. Największą atrakcją będzie przejazd przez most nad Odrą zbudowany w 1905 roku.

Ciekawostka o herbie Otynia

Herb przedstawia rycerza w zbroi na wieży z uniesionymi rękoma, w których trzyma gotowy do rzutu kamień. - Niektórzy mogą uważać, iż przedstawia on miasto nieprzyjazne, wrogo nastawione do przybyszy. Należy jednak pamiętać, iż herb Otynia został nadany miastu w 1528 r. - wyjaśniała GL Mirosława Kochańska, Powiatowy Konserwator Zabytków. - Były to czasy, gdy mieszczanie musieli dbać o bezpieczeństwo, niejednokrotnie stawać do walki w obronie dóbr. Zatem mieszkańcy powinni być dumni z tego, że ich miejscowość ma tak długą i bogatą historię.

ZOBACZ KONIECZNIE - SERWIS POLSKA TOSKANIA

Eliza Gniewek-Juszczak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.gazetalubuska.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.